Erdoğan już wygrał ten szczyt NATO. Bo jest przyjacielem Trumpa i Putina naraz
Co do tego, że Erdoğan wyszedł z tego spotkania jako zwycięzca, turecka prasa nie miała wątpliwości. “Dyplomacja liderów Erdoğana wygrała! Turcja dostała ze szczytu to, czego chciała” – ogłosił “Sabah”, jeden z największych dzienników w Turcji.
“Szczyt otwierający nową erę! Sankcje zostaną zdjęte, samoloty i silniki będą przekazane” – wtórowała prorządowa “Türkiye Gazetesi”. “Erdoğan przycisnął Trumpa” – pisał regionalny portal Manşet Aydın. Trzeba tu jednak dopowiedzieć jedną rzecz: to wszystko tytuły z mediów prorządowych, blisko związanych z pałacem. Państwowy nadawca TRT grał to z kolei tonem dumnego gospodarza: chwalił się, że serwuje szczyt światu z 80 kamer, eksponował słowa Trumpa o “militarnie bardzo silnej Turcji”.

Można oceniać, czy szczyt NATO w Ankarze przesuwa sojusz i Polskę dokądkolwiek dalej. Jedno jest pewne już teraz: turecki prezydent wyszedł z niego jako zwycięzca, zanim jeszcze zaczęły się obrady.
I nie chodzi o gospodarski splendor: salut 21 salw dla Trumpa, myśliwce nad miastem, delegacje kwaterujące pod jego pałacem. Erdoğan jest dziś jednym z niewielu przywódców na świecie, którego za przyjaciela uważa i Donald Trump, i Władimir Putin.
Przyjaciel Trumpa
Amerykański prezydent, który dla większości sojuszników miał w Ankarze wyłącznie pretensje, dla gospodarza nie szczędził komplementów. “Byłeś wielkim i szanowanym na całym świecie przywódcą” – mówił, siedząc u boku Erdoğana.
“Turcja stała się pod rządami prezydenta bardzo potężnym krajem. Militarnie, ludzie nie wiedzą, jak potężnym”. Mówił o “chemii”, która działa między nimi od początku, i o relacji “prawdopodobnie najlepszej w historii”. A kiedy padło pytanie o Turcję na tle reszty sojuszu, Trump nie miał wątpliwości: “Turcja była pod wieloma względami znacznie bardziej lojalna niż inne kraje, po których spodziewalibyśmy się lojalności”.

Za komplementami poszły konkrety. Trump zapowiedział zniesienie amerykańskich sankcji nałożonych na Turcję (“Nie chcemy nakładać sankcji na przyjaciół”) i uchylił drzwi do sprawy, o którą Ankara zabiega od lat, czyli powrotu do programu myśliwców F-35. Zapytany, czy sprzeda je Turcji, odparł: “Czemu mielibyśmy tego nie zrobić? To z pewnością coś, co rozważymy”.
Warto przypomnieć, że cała awantura o F-35 wzięła się od rosyjskich rakiet. W 2017 r. Turcja podpisała z Moskwą kontrakt na system obrony powietrznej S-400, a dwa lata później go odebrała. I właśnie dlatego Amerykanie wyrzucili ją z programu F-35, uznając, że rosyjski radar systemu S-400, działając obok F-35, mógłby poznać sekrety jego technologii “niewykrywalności” i przekazać je Moskwie.
…i przyjaciel Putina
Co ważne – Erdoğan jest też przyjacielem Putina. Kiedy Trump chwalił się w Ankarze rozmowami o Ukrainie, sam to przyznał: “Rozmawiałem z prezydentem Putinem, który zresztą darzy prezydenta Erdoğana wielkim szacunkiem, naprawdę wielkim”. Ten szacunek ma konkretne fundamenty i długą historię relacji turecko-rosyjskich.
Jak opisuje w raporcie “Dwuznaczne partnerstwo” Ośrodek Studiów Wschodnich, relacje Ankary i Moskwy są silnie spersonalizowane. Opierają się właśnie na bezpośrednich kontaktach Erdoğana i Putina, którzy od ponad dwóch dekad spotykają się osobiście co najmniej raz w roku.

Przyjaźń zbudował nieudany pucz wojskowy w Turcji w 2016 r. Putin zadzwonił wtedy do Erdoğana i zaoferował mu bezwarunkowe wsparcie. Tureckiego przywódcy nikt na Kremlu nie próbował obalić i Erdoğan tego nie zapomniał. Zachód, w oczach Ankary, zareagował za późno.
Nawet po pełnoskalowej inwazji na Ukrainę relacje Erdoğana z Putinem nie osłabły. To Erdoğan wynegocjował z Putinem tzw. korytarz zbożowy, czyli porozumienie, które na ponad rok odblokowało eksport ukraińskiego zboża z portów czarnomorskich. Dalej? To Ankara, korzystając z bezpośredniej linii do Kremla, pośredniczyła w wymianie jeńców, w ramach której na wolność wyszli m.in. dowódcy obrony Azowstalu.
I to w Stambule (dwukrotnie) siadały do jednego stołu delegacje rosyjska i ukraińska. I chociaż rozmowy nie przyniosły pokoju, to odbywały się w Turcji.
Oczywiście silną relację budują pieniądze. Turcja od lat jest kluczowym odbiorcą rosyjskich surowców, a wojna na Ukrainie tę zależność jeszcze pogłębiła. Z perspektywy Ankary liczy się to, że tym razem skorzystała na tym Turcja.

Po 2022 r., gdy Zachód odciął się od Moskwy, Turcja odmówiła przyłączenia się do sankcji i stała się istotnym partnerem handlowym Rosji. Trzeba pamiętać, że to kraj wykończony wieloletnim kryzysem gospodarczym – czyli inflacją, która latami sięgała kilkudziesięciu procent, i lirą, której wartość topniała z miesiąca na miesiąc.
W takim położeniu każdy zastrzyk gotówki jest na wagę złota, a rosyjskich pieniędzy napłynęło sporo. Do kraju trafiło kilka miliardów dolarów rosyjskiego kapitału, a ponad dwa tysiące nowych rosyjskich firm zarejestrowało się nad Bosforem. I tak Turcja stała się dla Rosji oknem na świat. A Rosja dla Turcji ratunkiem, kiedy własna gospodarka trzeszczała.
A jednocześnie – i to najlepiej oddaje naturę tureckiej gry – Ankara zbroi Ukrainę. Przecież to turecki koncern Baykar dostarczył Kijowowi słynne drony Bayraktar, które wsparły obronę w pierwszych tygodniach inwazji. To Turcja zamknęła cieśniny Bosfor i Dardanele dla rosyjskich okrętów.
To nie chwiejność
Ważne “ale” – Erdoğan potępił inwazję i jednocześnie ani na moment nie zerwał z Moskwą. OSW opisuje to jako coś innego, czyli wieloletnią i bardzo spójną strategię. Ankara wychodzi z założenia, że jednoznaczne związanie się z jednym mocarstwem nadmiernie ograniczyłoby jej pole manewru. Erdoğan nie wybiera więc między Waszyngtonem a Moskwą. Jest pomiędzy i mu to pasuje.

Członkostwo w NATO daje mu gwarancje bezpieczeństwa wobec Rosji, a relacje z Rosją dają mu z kolei kartę przetargową wobec Zachodu. Turcja uzależniała przecież zgodę na wejście Szwecji i Finlandii do NATO od ustępstw tych państw w sprawie kurdyjskiej i je wynegocjowała. Im ostrzej Zachód i Rosja rywalizują, tym bardziej obie strony potrzebują kogoś, kto rozmawia z każdym. A Turcja z radością sprzedaje tę usługę.
OSW zwraca uwagę na jeszcze jedno – wojna wzmocniła pozycję Ankary także dlatego, że Erdoğan uznał Rosję za mocarstwo słabnące. Turcja pomogła na przykład Azerbejdżanowi odzyskać Górski Karabach, a po obaleniu Asada w 2024 r. przejęła rolę głównego rozgrywającego w Syrii. “Ziomkostwo” z Putinem nie przeszkadza więc Erdoğanowi wygryzać go z kolejnych regionów.
Pozycja to efekt ćwierćwiecza budowania Turcji, którą dziś można pokazać jako mocarstwo. Nie można jednak zapomnieć, że fundamentem tego kraju jest twarda kontrola: w marcu 2025 r. aresztowano Ekrema İmamoğlu, burmistrza Stambułu i najgroźniejszego rywala prezydenta, co wywołało największe protesty od ponad dekady. İmamoğlu nawet zza krat wygrał opozycyjne prawybory na kandydata na prezydenta.
To o tyle ironiczne, że ćwierć wieku temu Erdoğan sam był więzionym burmistrzem Stambułu, a dziś to on więzi burmistrza Stambułu.
Ale to problem wewnętrzny na później. Dziś, kiedy Trump ze sceny w Ankarze wypominał sojusznikom, że “nie było ich przy nas”, a Europę straszył wycofaniem wojsk, gospodarz mógł słuchać spokojnie. Bo to nie o niego chodziło.
Aby zgłębić zawiłości tureckiej polityki zagranicznej oraz zrozumieć mechanizmy stojące za jej pragmatycznym podejściem w relacjach z Rosją, warto sięgnąć po pogłębioną analizę zawartą w publikacji Ośrodka Studiów Wschodnich – “Dwuznaczne partnerstwo. Rosja i Turcja między rywalizacją a współpracą” autorstwa Adama Michalskiego i Witolda Rodkiewicza.
Z Ankary Mateusz Ratajczak, dziennikarz Wirtualnej Polski
PREMIUM Zapisz się na newsletter!
Zapisz mnie