Polska nie wdrożyła w terminie ważnej unijnej dyrektywy. Zależą od niej nasze rachunki i zdrowie
Sprawa jest o tyle poważna, że od podjętych przez decydentów działań zależą przyszłość 15 mln budynków w Polsce, ich modernizacje wyceniane na ponad 2 biliony złotych, rachunki milionów rodzin, a nawet wzrost lub zmniejszenie antyunijnych nastrojów.
Polska nie wdrożyła dyrektywy
Tymczasem jak na razie najbardziej wyróżniającym się działaniem polityków jest zwlekanie.
Unijna dyrektywa budynkowa (EPBD), która ma wesprzeć renowację 35 milionów budynków w UE do 2030 r., powinna być wdrożona przez państwa członkowskie do 29 maja 2026 r. W Polsce (i nie tylko w niej) nie została. Co więcej, jej kluczowe elementy wciąż są na wczesnym etapie realizacji i nawet nie znajdują się w wykazie prac legislacyjnych Rady Ministrów. Oznacza to, że szanse na wdrożenie dyrektywy w tym roku są bliskie zeru.
Eksperci podkreślają, że dyrektywa budynkowa to nie “wymysł Brukseli”, lecz konkretny plan mający przynieść realne korzyści obywatelom. Zakłada ona przede wszystkim stworzenie przez państwa członkowskie kompleksowego wsparcia dla użytkowników różnych typów budynków: od punktów doradztwa po zachęty finansowe (jak dotacje). Harmonogram działania powinien zaś określać Krajowy Plan Renowacji Budynków.
Jak podkreśla dr Mateusz Piegza, jeden z dyrektorów Habitat for Humanity Poland, KPRB jest czymś więcej niż spełnianiem wymogów. “Powinien być strategią inwestycji społecznych, która pomoże zmniejszyć ubóstwo energetyczne, poprawić warunki mieszkaniowe i chronić gospodarstwa domowe znajdujące się w trudnej sytuacji przed rosnącymi kosztami energii” – komentuje Piegza.
“W Polsce stawka jest szczególnie wysoka. Ubóstwo energetyczne dotyka około 4,6 miliona osób w Polsce, zwłaszcza na obszarach wiejskich i w mniejszych gminach. Budynki pozostają jednym z największych źródeł marnotrawstwa energii i emisji, ale jednocześnie stanowią jedną z największych możliwości obniżenia rachunków, poprawy warunków życia i wzmocnienia bezpieczeństwa energetycznego” – dodaje Mónica Vidal, ekspertka ogólnoeuropejskiej organizacji klimatycznej CAN Europe.
Sporo do zyskania…
Dyrektywa ma objąć nawet 15 mln budynków w Polsce. Większość z nich została wzniesiona przed 1990 r., a więc nie dość, że jest już dość zużyta, to jeszcze przy ich budowie wykorzystywano starsze technologie i mniej efektywne rozwiązania. Do tego Krajowa Agencja Poszanowania Energii (KAPE) podkreśla, że ok. 60 proc. budynków jednorodzinnych jako główne źródło ogrzewania wykorzystuje paliwa stałe, w tym węgiel i drewno. Efekt? Wysokie zużycie energii, wysokie rachunki i pogorszenie jakości powietrza (szczególnie w sezonie grzewczym).
Według danych z raportu stowarzyszenia Polska Fala Renowacji masowa termomodernizacja budynków w naszym kraju może przynieść 94 tys. nowych miejsc pracy oraz zwiększyć PKB o 18 mld zł. Przełoży się też na łączne obniżenie rachunków za ogrzewanie o ponad 40 mld zł rocznie (z czego trzy czwarte w gospodarstwach domowych ). Do tego może też ograniczyć zależność od importu paliw kopalnych, a przez to poprawić bezpieczeństwo energetyczne Polski. Osobne szacunki, na które powołują się różne media, wskazują zaś, że inwestycje w modernizacje budynków pochłoną nawet ponad 2 bln zł.
Przeciwnicy unijnej dyrektywy straszą jednak, że koszty te zostaną przerzucone na zwykłych ludzi, w tym najbiedniejsze rodziny. Przekonują też, że gospodarstwa domowe zostaną zmuszone do usuwania kotłów gazowych, a przygotowane przepisy to “atak na prawo własności” i ryzyko eksmisji osób, których nie stać będzie na wyższe czynsze w odnowionych budynkach.
Czy aby na pewno?
…ale czyim kosztem?
“Wyobraźmy sobie szkolną imprezę, na którą wszyscy się składają, ale wysokość składki zależy od możliwości finansowych. Ci, którzy mają najmniej, płacą najmniej. Podobnie działa dyrektywa budynkowa” – wyjaśnia Mónica Vidal z CAN Europe.
W komentarzu dla Wirtualnej Polski tłumaczy, że zgodnie z dyrektywą koszty termomodernizacji powinny być dzielone między państwa, fundusze unijne i właścicieli budynków. Jednocześnie gospodarstwa domowe o najniższych dochodach powinny otrzymać największe wsparcie. Innymi słowy: ci, których najmniej stać na termomodernizację, nie powinni zostać z jej kosztami sami.
“Równie ważne jest to, że termomodernizacja nie ma prowadzić do pogorszenia dostępności mieszkań. Wręcz przeciwnie – jej celem jest poprawa komfortu życia i obniżenie rachunków za energię” – tłumaczy Vidal.
Jak wyjaśnia ekspertka, nikt nie będzie też zmuszany do natychmiastowej wymiany sprawnie działającego kotła. “Dyrektywa wyznacza raczej długoterminowy kierunek zmian: stopniowe odchodzenie od ogrzewania opartego na paliwach kopalnych i wspieranie bardziej nowoczesnych, czystszych rozwiązań zamiast dalszego dotowania nowych kotłów gazowych czy węglowych” – podkreśla.
Warto przy tym dodać, że we wzorze krajowego planu renowacji budynków faktycznie znajduje się zapis o stopniowym wycofywaniu paliw kopalnych z ogrzewania “w celu całkowitego wycofania kotłów zasilanych paliwami kopalnymi najpóźniej do 2040”. Portal SmogLab poprosił o komentarze Aleksandra Śniegockiego (prezes Instytutu Reform) i Bartosza Kwiatkowskiego (dyrektor Polskiej Organizacji Gazu Płynnego). Według nich tak przyjęty zapis nie oznacza przymusu wymontowania kotła gazowego po 2040 r. Wszystko zależy od tego, jakie regulacje przyjmie Polska – a tych na razie nie ma.
Co z budynkami? Zdecyduje rząd, nie UE
Dla Polaków dyrektywa powinna więc przede wszystkim zapewnić łatwiejszy dostęp do dotacji, fachowego doradztwa i programów wsparcia, a w dłuższej perspektywie – niższe rachunki za energię i bardziej komfortowe mieszkania. Dotyczy to zwłaszcza osób, które dziś żyją w najgorszych warunkach i już teraz mają olbrzymi problem z płaceniem rachunków za energię, której nawet kilkadziesiąt procent może być marnowane.
“To właśnie osoby w najtrudniejszej sytuacji mają być pierwsze w kolejce po wsparcie. Celem dyrektywy jest pomóc ludziom obniżyć rachunki za energię i poprawić komfort życia, a nie dokładać im nowych kosztów. To, czy tak będzie w praktyce, zależy jednak od rządów – od tego, czy przygotują dobrze działające programy i zapewnią środki dla tych, którzy najbardziej ich potrzebują” – dodaje ekspertka CAN Europe.
Ten ostatni element jest niezwykle istotny. Unijna dyrektywa wyznacza cel, który mają osiągnąć kraje – ale nie trasę. Inaczej pisząc: wiadomo, że mamy dojechać z Warszawy do Gdańska, ale czy zrobimy to pociągiem, samochodem, autokarem i ile przesiadek czy postojów zaplanujemy po drodze, zależy już tylko od nas.
“Od polskiego rządu będzie więc zależało, czy transformacja zostanie przeprowadzona w sposób sprawiedliwy społecznie. To on dysponuje narzędziami, które mogą chronić mieszkańców przed nadmiernymi podwyżkami czynszów czy wypieraniem ich z dotychczasowych miejsc zamieszkania” – tłumaczy Vidal dla WP.
Sporo do stracenia
Co grozi Polsce za niedotrzymanie terminu wdrożenia dyrektywy? “Nic” – odpowiada w rozmowie z rp.pl Jan Ruszkowski, dyrektor Stowarzyszenia Fala Renowacji.
I tłumaczy: “Dopiero jeśli opóźnienie transpozycji przepisów stanie się rażące, grożą nam takie same konsekwencje jak przy każdej innej dyrektywie: nałożenie kar przez Trybunał Sprawiedliwości. Tym się jednak na razie nie przejmujmy, bo dużo groźniejsze są dla nas skutki stagnacji – wieczny brak planu i ponadresortowej koordynacji działań, niepewne, a więc niesprzyjające warunki inwestycyjne, ciężkie uzależnienie od ogromnych dotacji, dezinformacyjne rozgrywanie nas przez wrogów i hamulcowych polskiej transformacji energetycznej. Wreszcie – marnowanie dziesiątków miliardów złotych środków publicznych. Niech każdy sobie odpowie, co według niego jest najgroźniejsze.”
Do listy tej można też dorzucić potencjalny wzrost antyunijnych nastrojów. Już dziś dyrektywa budynkowa często służy szerzeniu dezinformacji i zniechęcaniu Polaków do Unii Europejskiej. Mając na uwadze, że poparcie dla wspólnoty w Polsce maleje, ataki te można uznać za skuteczne. Nie widać też, by polski rząd potrafił je neutralizować.