20 June, 2026

Memorandum USA-Iran. Kronika zapowiedzianej katastrofy

Musieliby jednak robić dobrą minę do złej gry. “Arbuzy i oliwki? Przepyszne. To nieprawda, że wydaliśmy krocie. Zawsze myśleliśmy, że perscy handlarze są zwykłymi oszustami i kłamcami. Tymczasem okazali się wspaniałymi ludźmi!”.

Memorandum USA-Iran. Kronika zapowiedzianej katastrofy

Donald Trump stwierdził niegdyś: “Iran nigdy nie wygrał wojny, ale nigdy też nie przegrał w negocjacjach”. Gdy przyjrzeć się amerykańsko-irańskiemu memorandum, które miałoby położyć kres obecnej wojnie i którego treść została w dużej mierze wynegocjowana przez trzech wspomnianych dżentelmenów, to trudno się z Trumpem nie zgodzić. Tym bardziej że targowanie się z wysłannikami prezydenta USA, którzy o bliskowschodnich obyczajach mają znikome pojęcie, to jak strzelanie do pustej bramki. Efekty widać jak na dłoni…

Memorandum USA-Iran. Kronika zapowiedzianej katastrofyNagły zwrot ws. planowanych rozmów USA-Iran. Jest komunikat MSZ

J.D. Vance, pytany o widmo Iranu wyposażonego w broń jądrową, mówi: – Obiecali nam, że nie będą już wzbogacać uranu.

Memorandum USA-Iran. Kronika zapowiedzianej katastrofy

Sam Trump, indagowany przez dziennikarzy, dlaczego w memorandum nie ma ani zdania o rakietach balistycznych, odpowiada: – Skoro inne kraje regionu je posiadają, to byłoby niesprawiedliwe, gdybyśmy na to nie pozwolili Iranowi.

Irańscy przywódcy zapewne w najśmielszych snach nie spodziewali się, że blisko cztery miesiące po rozpoczęciu wojny usłyszą takie deklaracje.

Susan Rice, była doradczyni ds. bezpieczeństwa narodowego Baracka Obamy i ambasadorka USA przy ONZ, słynęła zawsze z oszczędnego, dyplomatycznego języka. Tym bardziej jej ocena wstępnego porozumienia pokojowego jest dla obecnej administracji druzgocąca: “Koszmarna kapitulacja. Miliardy dolarów reparacji [dla Teheranu]. To efekt niekompetencji amerykańskich negocjatorów i strategicznej katastrofy, jaką było samo rozpętanie tej feralnej wojny. Stany Zjednoczone długo się po tym nie pozbierają. Największy błąd w sferze polityki bezpieczeństwa od dekad”.

Memorandum USA-Iran. Kronika zapowiedzianej katastrofy

Weźmy poprawkę na to, iż Susan Rice jest demokratką i nie darzy Donalda Trumpa nadmierną sympatią. Weźmy drugą poprawkę: przeciwnicy obecnego prezydenta nie będą teraz dzielić włosa na czworo i analizować wszystkich wad i zalet dwustronnego memorandum, tylko wykorzystają okazję, żeby przypuścić na niego kolejny atak. Problem w tym, że podobne nastroje zaczynają się szerzyć wśród republikanów, którzy są podobnego zdania co Rice, choć na razie niewielu wyraża je publicznie.

Niektórzy jednak czynią to z otwartą przyłbicą. “Kwota 300 miliardów dolarów, którą miałby otrzymać Iran, przyćmiewa fundusze wypłacone niegdyś przez prezydenta Obamę” – napisał w specjalnym oświadczeniu Roger Wicker, republikański przewodniczący senackiej Komisji Sił Zbrojnych. Inny konserwatywny senator, teksańczyk Ted Cruz, ogłosił w jednym z podcastów: – Mam nadzieję, ba, modlę się o to, żeby ajatollahowie tych pieniędzy jednak nie dostali. Bill Cassidy, jego partyjny kolega z Luizjany, gorzko drwił z “dealu” Trumpa na X: “Przed wojną Cieśnina Ormuz była otwarta, Iran uginał się pod ciężarem sankcji, 13 amerykańskich żołnierzy wciąż żyło. Teraz mamy 13 ofiar, sankcje mają zostać zniesione, a w międzyczasie wszyscy zapłaciliśmy miliardy dolarów za droższe paliwo na stacjach”.

Memorandum USA-Iran. Kronika zapowiedzianej katastrofyEksperci USA: Trump przegrał wojnę, Iran może przegrać pokój Memorandum USA-Iran. Kronika zapowiedzianej katastrofy

Trump poniósł klęskę i jak bardzo by się nie starali jego najbardziej lojalni zwolennicy, jak gorliwie by się nie ćwiczyli w werbalnej ekwilibrystyce, trudno im będzie obrócić tę “strategiczną katastrofę” w kolejny sukces swojego patrona. Sam prezydent, w piątkowym wywiadzie dla portalu Axios, uznał, że memorandum oznacza “bezwarunkową kapitulację Iranu”. Nadal zatem żyje w swoim równoległym, wyimaginowanym, orwellowskim świecie, w którym wojna to pokój, wolność to niewola, a ignorancja to siła.

Pierwsze zdanie, jakie wypowiedział Trump kilka sekund po złożeniu podpisu pod wiekopomnym dokumentem, brzmiało: “Oil down, stocks up”, czyli “ceny ropy w dół, giełdy w górę”. W tych czterech słowach zawiera się cała smutna rzeczywistość, o której napisała na platformie X Susan Rice.

Nie “obaliliśmy krwawy reżim ajatollahów”.

Memorandum USA-Iran. Kronika zapowiedzianej katastrofy

Nie “zbrodniarze zostaną osądzeni”.

Nie “Iran stanie się teraz państwem demokratycznym”.

Nie “kobiety przestaną być prześladowane przez policję obyczajową”.

Memorandum USA-Iran. Kronika zapowiedzianej katastrofy

Nie “Iran nie będzie już wspierał islamskich organizacji terrorystycznych”.

Ważniejsze są rynki surowców i wskaźniki giełdowe. “Oil down, stocks up”. Tak jakby obniżenie cen benzyny i dopieszczenie Wall Street miało być głównym celem wojny. Co, rzecz jasna, brzmi dzisiaj groteskowo.

Memorandum USA-Iran. Kronika zapowiedzianej katastrofy"Ani dziesięciu centów". Trump reaguje na "desperację" z Teheranu

Susan Rice nie bez powodu pisze o “strategicznej katastrofie”. Owszem, tak jak ciężko udowodnić, iż Ameryka tę wojnę wygrała, tak samo nieuczciwe byłoby stwierdzenie, że ją przegrała. Na pewno nie przegrała jej tak jak konfliktów w Wietnamie czy Afganistanie, choć niektórzy komentatorzy pokusili się w ostatnich dniach o takie porównania. Nie poniosła porażki militarnej: straty po stronie irańskiej były nieporównywalnie większe.

Dlatego Rice użyła takiego, a nie innego sformułowania. Trump poległ w sensie strategicznym, nie taktycznym. Bo jego decyzje – od początku wojny do jej zakończenia – będą miały w przyszłości bardzo nieprzyjemne konsekwencje dla stabilności całego regionu. Niższe ceny benzyny przy dystrybutorach mogą na krótką metę pomóc Trumpowi i Republikanom w sondażach. Lecz w dłuższej perspektywie ten “deal” przyniesie więcej korzyści Iranowi.

Gdy piszę te słowa nie wiadomo nawet, czy i w jakim trybie zaczną się ostateczne pertraktacje, które mają m.in. rozstrzygnąć kwestie dotyczące irańskiego programu nuklearnego (w czwartek wieczorem J.D. Vance odwołał podróż do Szwajcarii, gdzie owe rozmowy miały zostać zainicjowane). Niemniej, paradoksalnie, Teheran ma dzisiaj dużo lepszy punkt wyjścia do negocjacji niż przed amerykańskimi i izraelskimi nalotami. Nie chodzi wyłącznie o owe 300 miliardów, których Irańczycy prawdopodobnie nigdy nie zobaczą na oczy – tak jak Palestyńczycy nigdy nie zobaczyli 50 mld dolarów obiecanych przez Jareda Kushnera w ramach tzw. “Planu stulecia”, ogłoszonego jeszcze w trakcie pierwszej kadencji Trumpa.

Memorandum USA-Iran. Kronika zapowiedzianej katastrofyPorozumienie USA-Iran. Media ujawniły pełny tekst

Przede wszystkim ajatollahowie wiedzą już, jak nie przegrać wojny z Wielkim Szatanem. Okazało się, że wystarczy na trzy miesiące zablokować szlaki handlowe w Zatoce Perskiej, by Amerykanie zgięli kark. Trochę min, chmara tanich dronów, przy niewielkich nakładach i niskich kosztach logistycznych. Bolesne, punktowe uderzenie w fundamenty amerykańskich interesów ekonomicznych, zamiast bezpośredniego starcia militarnego, którego wynik można było przewidzieć z góry. To dlatego m.in. reżim zaczął rozpuszczać groźby, że jeśli Izrael nie zaprzestanie swoich ataków w Libanie, zablokowana zostanie również Cieśnina Bab al-Mandab, łącząca Morze Czerwone z Zatoką Adeńską (co oznaczałoby paraliż Kanału Sueskiego). Wówczas jej arabska nazwa (“Wrota łez”) nabrałaby niemal dosłownego znaczenia.

Irańczycy wiedzą też, że mogą bezkarnie szantażować i trzymać w szachu swoich sąsiadów w regionie. Jedna rakieta spadająca na lotnisko w Kuwejcie. Kolejna uderzająca w hotel w Dubaju. Zniszczony radar w Bahrajnie. Utrzymywanie stałego napięcia było również jednym ze sposobów na “nieprzegranie” tej konfrontacji.

Jednak najistotniejszy wydaje się inny geopolityczny przełom. Ajatollahom udało się wbić klin między “najbardziej proizraelską administrację w dziejach USA” a rząd w Jerozolimie. Także w tym wypadku sami irańscy liderzy są zapewne nieco zaskoczeni takim obrotem spraw, ale tempo, w jakim pogarszały się w ostatnich tygodniach relacje między Donaldem Trumpem a Benjaminem Netanjahu, było rzeczywiście zdumiewające.

Zaczęło się od telefonicznych połajanek ze strony amerykańskiego przywódcy wobec “Bibiego”. Wkrótce usłyszeliśmy, że szef izraelskiego rządu jest nieco zbyt “porywczy” i nie powinien stosować w Libanie zasady spalonej ziemi. Wreszcie Trump obwieścił, że w tym szczególnym związku to Stany Zjednoczone są potęgą, a Izrael jedynie “małym partnerem”.

Te docinki zbladły przy antyizraelskiej tyradzie J.D. Vance’a, której byliśmy świadkami w miniony czwartek. Według słów wiceprezydenta Izrael “istnieje tylko dzięki amerykańskim pieniądzom”, może się dzisiaj bronić wyłącznie dzięki dostawom amerykańskich rakiet, a członkowie izraelskiego rządu nie powinni atakować ad personam Donalda Trumpa, bo to “jedyny przywódca na świecie, który Izrael jeszcze lubi”. Być może J.D. Vance doszedł do wniosku, że w obliczu zmieniających się nastrojów w USA oraz gwałtownie pogarszającego się wizerunku Izraela i Żydów, można już sobie pozwolić na tego typu niewybredne komentarze. Powiedzmy sobie szczerze, gdyby jakiś hiszpański, szwedzki czy polski polityk powiedział na konferencji prasowej, że “Izraela nikt nie lubi”, zostałby z miejsca oskarżony o antysemityzm.

Memorandum USA-Iran. Kronika zapowiedzianej katastrofyWersal i totalne zwycięstwo Iranu. "USA nie zrealizowały żadnego celu"

“Trudno sobie przypomnieć jakiegokolwiek prezydenta lub wiceprezydenta USA, który wypowiadałby się w ten sposób na temat izraelskiego rządu i izraelskiego premiera” – zauważył znany publicysta Ronen Bergman. “Pomimo ostrych starć z Netanjahu, ani Bill Clinton, ani Barack Obama, ani Joe Biden, ani Kamala Harris nigdy nie zbliżyli się nawet do tego poziomu gniewu. Minuta i dwadzieścia sekund, które wiele mówią o sytuacji Izraela w Waszyngtonie”.

Jeffrey Lax, profesor prawa na jednym z nowojorskich uniwersytetów i znany, konserwatywny komentator telewizyjny, zaangażowany w walkę z antysemityzmem w Ameryce, napisał na X: “Ten człowiek (J.D. Vance – red.) nie może zostać kolejnym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Jestem zszokowany jego oburzającymi, nieakceptowalnymi moralnie słowami”.

Jednak to nie J.D. Vance ma dzisiaj problem. W prawdziwych tarapatach jest Benjamin Netanjahu, którego czekają za kilka miesięcy wybory do Knesetu. Liczył na to, że Trump oficjalnie go wesprze, wręcz osobiście, przylatując do Izraela na ostatniej prostej kampanii. Teraz może o takim scenariuszu zapomnieć. W dodatku jest bombardowany przez opozycję, która właśnie poczuła krew i oskarża go o to, iż nie powstrzymał Trumpa przed porozumieniem z Iranem – fatalnym z punktu widzenia Państwa Żydowskiego.

“Przez lata Netanjahu budował swój wizerunek w oparciu o dwie obietnice złożone izraelskim wyborcom: że tylko on jest w stanie oprzeć się międzynarodowej presji, by pójść na ustępstwa w kwestii bezpieczeństwa Izraela, oraz że tylko on potrafi rozmawiać z Trumpem” – pisze w swoim eseju Yair Rosenberg, autor “The Atlantic”. “Teraz prezydent USA zmusza Netanjahu do wyboru między tymi dwiema opcjami. Albo szef izraelskiego rządu sprzeciwi się dyktatowi Trumpa w kwestii Libanu i Iranu, by ocalić swoją reputację twardego gracza, albo ulegnie, by zachować sojusz z Białym Domem. Niezależnie od tego, którą drogę wybierze, podważy swoją wiarygodność w oczach izraelskich wyborców”.

Netanjahu nie należy do najbardziej religijnych polityków w Jerozolimie. Może jednak najwyższy czas na konsultacje z jakimś rabinem – na którą opcję postawić. Kłopot w tym, że w tych okolicznościach nawet najstarsi cadycy mogą nie być wystarczająco mądrzy, by uratować mu skórę.

Podobne artykuły