Polski ochotnik zginął na Ukrainie. “Jeździł tam, gdzie bały się służby”
Z profilu Polaka na Facebooku wynika, że często jeździł on do Ukrainy z ładunkami pomocy humanitarnej. Przekazywał je mieszkańcom miejscowości znajdujących się w pobliżu linii frontu.
– Samotny wilk. Bardzo małomówny. Zawsze jeździł sam, bez ekipy. Miał zresztą mieszkanie w Charkowie, długo tam mieszkał – mówi nasz rozmówca.

Ale nie ograniczał się tylko do dostarczania pomocy. Według naszej wiedzy, Marek Rusek-Wolski wykonywał też o wiele trudniejszą i bardziej niebezpieczną pracę: przewoził zwłoki poległych.
Działał, jak słyszymy, w jednostce ewakuacyjnej i zajmującej się dowozem różnych materiałów bardzo blisko linii frontu. Nie trafiają tam osoby przypadkowe. Rusek-Wolski musiał mieć odpowiednie szkolenia i doświadczenie. Sito eliminacyjne jest bardzo gęste. Ukraińcy czasem odrzucają nawet weteranów ze Stanów Zjednoczonych.
Jeździł po ludzi tam, gdzie bały się służby. No i tym razem… – mówi nasz rozmówca.
Strefa śmierci na 30 km
Rosjanie wykorzystują niezwykle podstępną taktykę. Dokonują ostrzałów, np. przy pomocy dronów lub rakiet, a potem często wypuszczają kolejne, kiedy na miejscu akcji pojawią się ratownicy, a także ludzie dokonujący ewakuacji.
A charkowskie drogi są niebezpieczne. Opowiada o tym Igor Tracz, wolontariusz, założyciel fundacji swojego imienia, który także jeździł na wschód Ukrainy.
Ryzyko poruszania się po tych drogach jest. Można mieć pecha. Z Charkowa często wyjeżdżamy do Kupiańska, który jest już de facto strefą śmierci – nafaszerowaną elektroniką, dronami itp. To nie jest już linia frontu, tylko szeroka na ok. 30 km strefa śmierci. A drony mają coraz większe zasięgi. Zarówno te na światłowodach, jak i te sterowane radiowo. Z tego względu mnóstwo rzeczy jest pochowanych pod ziemią: sztaby, punkty pomocy materiałowej itp. – mówi Tracz.

Ukraińcy i Rosjanie wykorzystują detektory RF – detektory częstotliwości radiowej – oraz detektory optyczne. Ale, jak dodaje Igor Tracz, najlepszym źródłem informacji nadal są żołnierze, którzy po prostu mają najlepiej rozpoznane zagrożone rejony.
Ilu Polaków walczy w Ukrainie? “Nikt tego nie rusza”
Udział polskich ochotników w walkach na Ukrainie jest tematem tabu. Ilu dokładnie walczy za naszą wschodnią granicą – nie wiadomo. Nieoficjalnie mówi się o ok. 500 osobach. Niektórzy zrzekli się polskiego paszportu, więc sprawa jest trudna do oceny.
Nie wiedzą tego także służby specjalne. Ludzie z kontrwywiadu wojskowego mówią, żeby pytać “inne służby”. A przecież wielu spośród ochotników ma korzenie wojskowe. To byli żołnierze, operatorzy jednostek specjalnych. Powinni być “na radarze” państwa. Ale nie są.
Jest z tym problem. Z jednej strony, udział w obcej armii jest nielegalny. Ale jakoś głupio karać tych, którzy walczą z Rosją, nie? No i efekt taki, że nikt tego tematu nie rusza – mówi oficer jednej z formacji.