Niekoniecznie do TK? Kolejne spekulacje w sprawie przyszłości ważnego dla Tuska ministra
Ale nie tylko kontrowersje dotyczące tej potencjalnej kandydatury – sprowadzające się do argumentu, że za rządów PiS miało już nie być wysyłania polityków wprost do Trybunału – są problemem. Kolejnym, być może dużo poważniejszym z perspektywy rządu, jest to, czy za chwilę tych planów nie pokrzyżuje prezydent Karol Nawrocki. A będzie miał ku temu co najmniej dwie okazje.
Prezydencki kij w rządowe szprychy?
Pierwsza dotyczy przyjęcia dymisji ministra Berka i późniejszego powołania jego następcy (o ile będzie taka potrzeba). W tym sensie Berek przetrze koalicji szlaki w kontekście ewentualnej rekonstrukcji rządu. Prezydent bowiem może przeciągnąć sprawę w czasie lub zachować się tak jak w przypadku części wybranych przez Sejm sędziów TK i całymi miesiącami nie podjąć decyzji, zasłaniając się trwającym namysłem. Art. 161 Konstytucji mówi jedynie, że prezydent, na wniosek premiera, dokonuje zmian w składzie rządu i nie związuje głowy państwa żadnymi terminami (choć w praktyce przyjęło się, że powinno to się stać niezwłocznie).
Z naszych ustaleń wynika, że już we wtorek – gdy premier ogłaszał decyzję w sprawie Berka – stosowne papiery trafiły do Pałacu Prezydenckiego. Tam jednak nie słyszymy klarownych deklaracji w sprawie tego, czy dymisja zostanie szybko przyjęta.
– Prezydent nie ma wyznaczonego terminu, ale po co z tym czekać? Jak chcą odciąć sobie rękę, to nie ma co im piły zabierać – słyszymy od jednego z rozmówców z pałacu.
Inny jednak sugeruje, że może się tu odbyć jakaś polityczna rozgrywka. – Prezydent może i działa niezwłocznie, są nawet takie co dwumiesięczne sloty – żartuje rozmówca.
Druga okazja prezydenta do storpedowania planów rządu dotyczy odebrania ślubowania od kolejnego sędziego TK wybranego przez Sejm. Rządzący obawiają się, że skoro Nawrocki, nie mając ku temu podstaw konstytucyjnych, badał życiorysy sędziów TK wybranych przez Sejm i na tej podstawie wybrał sobie dwójkę, którą zaprzysiągł, tak i tym razem może znaleźć sobie pretekst dotyczący ewentualnej nominacji Berka. Tym bardziej że i prezydent, i PiS mają w tym interes – jeśli dopuszczą do wprowadzenia kolejnego nominata do TK, obecna koalicja będzie miała tam większość (ośmiu z 15 sędziów), a to otworzy drogę do potencjalnego przesilenia w samym trybunale na jesieni.
Niektórzy w koalicji nie dowierzają wciąż wariantowi TK z jeszcze bardziej przyziemnych powodów. – TK z różnych powodów jest trudny, Berkowi nie gwarantuje to chleba, nie wiadomo przecież, czy prezydent odbierze ślubowanie, w związku z czym trzeba mieć inne, stabilne źródło dochodu – ocenia rozmówca z rządu.
Jak nie TK, to co?
Mimo że w kontekście Macieja Berka najwięcej mówi się o Trybunale Konstytucyjnym, to jednak ciągle słychać o innych wariantach. Przykładowo mówi się o obsadzeniu miejsca w Trybunale Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE). Z naszych informacji wynika, że jakiś czas temu sam Maciej Berek miał sondować Kancelarię Prezydenta, czy jest chętna, by rozmawiać o obsadzie wakatu w TSUE. Choć jak słyszymy od rozmówcy z Pałacu, nie padło wówczas konkretne nazwisko. A aby skutecznie uzupełnić przynależny Polsce wakat w TSUE, potrzebna jest jeszcze zgoda prezydenta – to efekt tzw. ustawy kompetencyjnej przygotowanej jeszcze przez Andrzeja Dudę.
– Tam od kilku lat jest wakat po Marku Safjanie – przypomina nam rozmówca zbliżony do obozu rządowego. Mimo to krytykuje pomysł ewentualnego wysłania tam ministra. – Do TSUE powinni iść przede wszystkim specjaliści od prawa europejskiego. Przy całym szacunku do Berka, który jest sprawnym organizatorem i dobrze radził sobie na polu deregulacji, nie znam jego aktywności w obszarze prawa europejskiego. I choć polski sędzia nie uczestniczy w wydawaniu orzeczeń dotyczących jego własnego kraju, TSUE nie powinien być polem do walki politycznej. Dlatego nie powinniśmy wysyłać tam osób, które realizują określoną agendę polityczną – ocenia.
Dlatego pojawiają się kolejne domysły.
– Bardziej wierzę w koncepcję wysłania Berka do Europejskiego Trybunału Obrachunkowego. TSUE nie jest głupim pomysłem, ale to ETO pasuje do wizerunku i kompetencji ministra Berka – ocenia rozmówca z koalicji.
Inny przypomina, że w końcu Berek swego czasu typowany był jako następca Mariana Banasia na stanowisku prezesa Najwyższej Izby Kontroli, a ETO często traktowany jest jako unijny odpowiednik NIK. Kolejny rozmówca z koalicji wskazuje, że stanowisko w ETO jest “bardzo dobrze płatne, merytoryczne i bardziej to pasuje do Berka niż TSUE”. – Wtedy to byłoby klasyczne podziękowanie premiera za wierną służbę, polityczna emigracja – podkreśla. Inna sprawa, że w ETO jest związany z PiS Marek Opioła, którego kadencja mija dopiero w 2028 r. Co więcej, jest on dobrze oceniany przez naszego rozmówcę z obecnego rządu. – Dobrze się z nim współpracuje, nie robi wokół siebie zbędnego szumu – wskazuje.
Punkty oporu
Jeśli wierzyć zapewnieniom premiera Donalda Tuska, o przyszłości ustępującego ministra Berka dowiemy się oficjalnie więcej na czwartkowej konferencji szefa rządu. Mimo to już teraz pojawiają się komentarze, że koalicja zaczyna wykonywać ruchy, które mają na celu zdobycie ważnych przyczółków instytucjonalnych na wypadek przegranych wyborów w 2027 r. – Sądząc po tym, co się dzieje wokół Trybunału Konstytucyjnego czy ostatniej nominacji na Rzecznika Praw Obywatelskich, zaczyna się tworzenie instytucji, które mają na celu stawianie oporu przyszłej nowej władzy, o ile ta się zmieni – diagnozuje rozmówca zbliżony do obecnej władzy.
PREMIUM Zapisz się na newsletter!
Zapisz mnie