Reforma czy dymisja. A może jedno i drugie?
- Politycy KO zastanawiają się, czy częścią pakietu naprawczego nie będzie dymisja minister zdrowia.
- Politycy PiS przedstawili własną, ekspercką propozycję zmian w ochronie zdrowia, które w części idą w podobną stronę, co rządowe pomysły.
Sprawa ewentualnej reformy w ochronie zdrowia biegnie dwutorowo: z jednej strony mają być decyzje podjęte w uzgodnieniu z KPRM dotyczące tego, co dalej z reformą, z drugiej mogą być podjęte decyzje kadrowe wobec szefowej resortu zdrowia czy kierownictwa NFZ. To efekt afery wokół Szpitala Południowego w Warszawie. Nagłośnione przez portal Zero kwestie wynagrodzenia lekarza Dawida Kacprzyka czy saloniku VIP wywołały nie tylko reakcje KO w Warszawie, ale mogą stać się podstawą do pakietu zmian w ochronie zdrowia.
Warianty na zdrowie
Od polityka KO słyszymy, że możliwe są dwie strategie. – Albo idziemy na ostro, choć rozpoczęcie walki z lekarzami na rok przed wyborami to średni pomysł, albo trwamy, tylko kolejne rzeczy będą wychodzić i będą opisywane przez media – mówi. Ale w praktyce widać, że możliwe są raczej trzy, a nie dwa warianty, i nie ma też mowy o trwaniu. A obok tych wariantów na stole leży zmiana ustawy o minimalnym wynagrodzeniu zawodów medycznych.

Wariant minimalny
Ten obejmowałby dwie kwestie zapowiadane już wcześniej: z jednej strony zapowiadana przez premiera likwidacja możliwości obchodzenia kolejek w ochronie zdrowia i tzw. zeszytów.
– Centralna e-rejestracja, która odbierze władzę nad kolejką tym, którzy chcą kolejkę omijać, to jest coś, co możemy wspólnie przeprowadzić szybciej, niż to przewidziano. A więc koniec z salonikami VIP, koniec z zeszytami i omijaniem kolejek, koniec z niesprawiedliwymi, wynikającymi z wad systemu i pazerności niektórych, kominami płacowymi – mówił w zeszłym tygodniu Tusk, zapowiadając zmiany.
Ale częścią tych korekt mają być także zmiany zasad ewidencji czasu pracy, tak by szpital podawał dokładne godziny czasu pracy lekarzy. Obecnie są to często wartości średnie, pokazujące, ile lekarz pracował w szpitalu, jednak nie pozwalają się zorientować, czy np. w tym samym czasie miał pełnić dyżur w dwóch różnych szpitalach. A nowa ewidencja miałaby pozwolić wyeliminować tego typu przypadki. Do tych zmian mogą dołączyć inne, które mogą mieć także porządkujący system charakter, np. likwidacja możliwości pracy na akord, czyli wynagradzania jako proc. od udzielonych procedur. – Ewidencjonowanie czasu pracy to minimum. Choć jeśli w 4 powiatowych szpitalach operuje jeden chirurg, to one stracą kontrakty, bo doktor będzie musiał się zdecydować, w którym pracuje. Ale tu każdy ruch niesie ryzyko – podkreśla polityk KO.
Wariant średni
Taka ścieżka może zakładać różne regulacje dotyczące ograniczenia kominów płacowych w ochronie zdrowia. Oprócz wspomnianej wyżej likwidacji pracy na akord, w grę mogą wchodzić różnego rodzaju limity, czyli cap-y na wynagrodzenia. Albo w wersji indywidualnej, jak maksymalne wynagrodzenie miesięczne lub maksymalna stawka godzinowa. Albo przez wprowadzenie maksymalnego pułapu, jaki może być z kontraktu NFZ ze szpitalem przeznaczony na wynagrodzenia. To ma pozwolić uniknąć sytuacji, w której szpitale wydają nawet ponad 100 proc. pieniędzy z kontraktu na wynagrodzenia. Na pewno, z jednej strony, tego typu ruchy mieszczą się w zapowiedziach minister zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy o likwidacji kominów płacowych. Ale z drugiej strony wypowiedzi premiera świadczą, że nie pali mu się do odgórnego ograniczania zarobków lekarzy i nie ma chęci iść na wojnę z lekarzami.

– Odgórny limit niewiele załatwi. Z jednej strony wkurzy tych, którzy zarabiają najwięcej i na tym stracą, a resztę zmobilizuje, żeby starała się dorównać swoimi zarobkami do limitu. Lepszy jest już limit na procent pieniędzy z NFZ wydawanych na pensje. Choć wtedy konflikt z lekarzami schodzi z poziomu resortu na poziom dyrektorów szpitali i jest rozproszony po kraju – zauważa polityk KO.
Wariant maksymalny
Najdalej idący wariant to ruszanie sieci szpitali i, zdaniem wielu naszych rozmówców, bez tego nie ma mowy o prawdziwej reformie. Dziś to często konkurencja między szpitalami powiatowymi jest jedną z przyczyn kominów płacowych, i to mimo że licytujące wysokimi pensjami szpitale często są w złej sytuacji finansowej. Stąd są różne pomysły, by spróbować ją racjonalizować, bo to może rozwiązać też inne problemy.
– Przy tak rozbudowanej bazie szpitalnej popyt na kadrę medyczną jest po prostu bardzo duży, a to winduje wynagrodzenia. Na utrzymywanie szpitali w takiej skali, jaką mamy dzisiaj, moglibyśmy sobie pozwolić w tamtej dekadzie, a nie jak lekarz zarabia dziś 70 tys. zł, a pielęgniarka 25 tys. zł – podkreśla jeden z rozmówców znający realia w ochronie zdrowia.
Chodzi o to, że część szpitali musi utrzymywać pełne obsady, np. chirurgów, anestezjologów, mimo przeprowadzanej relatywnie niewielkiej liczby zabiegów. A utrzymuje je po to, by dostać kontrakty z NFZ. – I to jest zgodne z regułami systemu, tu nikt nie łamie prawa. Dopóki premier nie zdecyduje się na to, to nie naprawimy systemu – zauważa polityk KO.
Co z ryzykami?
Tyle że wszelkie tego typu zmiany to duże ryzyko polityczne, gdyż w praktyce oznacza to zmniejszenie sieci szpitali, a więc protesty w powiatach. – A każdy, kto powie o likwidacji szpitali, musi się pożegnać z funkcją – mówi inny polityk KO. Stąd pojawiają się pomysły, by przesunąć problem o szczebel niżej, np. przez przekazanie nadzoru nad szpitalami w województwie marszałkowi lub wojewodzie, by prowadzili politykę zdrowotną na terenie województwa.

– Premier skupił się na pokłosiu afery w Szpitalu Południowym, chce zaopiekować się oburzeniem opinii publicznej i słusznie. Ale to nie załatwia sedna problemu. Wszyscy wiedzą, co robić. Ustawy leżą w resorcie jeszcze od poprzedniego ministra. Jak nie pójdziemy w racjonalizację sieci szpitali, to nawet jak wprowadzimy limity wynagrodzeń, to nie rozwiąże problemu – mówi polityk KO.
Stąd KO i premier mają dylemat, jakie zmiany zaprogramować. – Ryzyko wdrażania reform, zwłaszcza w roku przedwyborczym, jest bardzo duże i można się na tym wyłożyć. Tylko pytanie, czy niewprowadzanie reform w zdrowiu w tym momencie nie będzie KO kosztowało więcej, bo samo pudrowanie to może być za mało – mówi jeden z rozmówców zorientowany w problemach ochrony zdrowia.
Wyciągnięta ręka od opozycji?
Receptami na zdrowie nie zajmuje się tylko koalicja. Politycy PiS przygotowali ekspercką propozycję, która ma pomóc rozwiązać problem. Raport “Zmiany zasad wynagradzania medyków”. Przewiduje ona wprowadzenie wystandaryzowanych umów dla świadczeń publicznych, które byłyby przygotowywane centralnie i mogły być zawierane tylko z lekarzami, a nie spółkami czy spółdzielniami. Te ostatnie mogłyby się ubiegać o kontrakty tylko zgodnie z procedurą zamówień publicznych. Chodzi m.in. o umowy na stawkę godzinową, procent od procedury, stałą stawkę tygodniową. Umowy sporządzane byłyby w wersji elektronicznej i umieszczane w centralnym rejestrze, z którego wyciąg zawierający dane dotyczące wycen, bez danych osobowych, byłby dostępny publicznie. A jednocześnie minister zdrowia miałby prawo do ustalania maksymalnych stawek dla poszczególnych typów umów. To miałoby zwiększyć przejrzystość systemu i jednocześnie zmniejszyć presję na rekordowe wynagrodzenia.

Dymisja czy nie?
Osobną kwestią jest, na jaki zakres zmian zdecyduje się KO, a osobną, jakie będą decyzje kadrowe. Wprawdzie Tusk zasugerował, że jeśli będzie niezadowolony z propozycji, to polecą głowy, ale nie można wykluczyć, że polecą i tak, jeśli będzie taka polityczna potrzeba.
– Dymisja minister zdrowia to dziś 50 na 50 – uważa ważny polityk KO. A inny dodaje: – Pewnie sama Grenda nie wie, co z nią, a liczba osób, które na tyle rozumieją system, że mogą za nią wejść w biegu, jest niewielka. To maksymalnie 10-12 osób – podkreśla polityk. Teoretycznie może wchodzić w grę przekazanie resortu koalicjantowi, ale to zostałoby odebrane jako słabość KO, a do tego premier, ostatnio zapowiadając rozstrzygnięcie, cały czas pozytywnie wypowiadał się o niepartyjnym sposobie kierowania resortem zdrowia.
– Ja bym obrał jednak łagodny kurs. Jesteśmy w czteroczłonowej koalicji i wszyscy mówią o remoncie systemu, ale jak przyjdzie do szczegółów czy rozwiązań personalnych, to zaraz się okaże, że tego nie można robić, tego człowieka nie wolno ruszać – zauważa polityk KO.
Ale inny z rozmówców uważa, że zmiany w resorcie i NFZ to tylko kwestia czasu. – Wszyscy polecą, i Sobierańska-Grenda, i Nowak, tyle że po przedstawieniu planu na reformę. Kolejne afery wychodzą i będą wychodzić, trzeba to przeciąć i nadać temu twarz. Tusk powie, że to mało ambitne jak na tę skalę patologii – mówi osoba znająca resortowe realia. A inny rozmówca dodaje, że ostatnie dni pokazały także inne problemy. – Premier powinien ją zdymisjonować, bo poza kwestiami dotyczącymi systemu wychodzą takie sprawy jak zakaz konkurencji wypłacony jej, jak została ministrem, tylko co to za formuła, na jakiej podstawie to się odbyło – mówi rozmówca.
Jak pisaliśmy w wp.pl, choć Jolanta Sobierańska-Grenda od lipca 2025 r. szefuje resortowi zdrowia, to mimo tego publiczna spółka szpitalna, którą wcześniej kierowała, wciąż jej płaci. W 2025 r. Szpitale Pomorskie wypłaciły jej łącznie ponad 530 tys. zł. A w 2026 r. dopłaciły kolejne 57 tys. zł odszkodowania za to, że nie będzie z nimi konkurować.
W KO od kilku dni trwają spekulacje, co jeśli premier zdecyduje się na dymisję minister zdrowia. Jak pisaliśmy w zeszłym tygodniu, najczęściej w kontekście jej potencjalnych następców wymieniani są Bartosz Arłukowicz były minister zdrowia, obecnie europoseł KO oraz Jakub Szulc, były wiceminister zdrowia, a obecnie wiceszef NFZ
PREMIUM Zapisz się na newsletter!
Zapisz mnie