05 August, 2026

Ranny w akcji strażak żyje ze zrzutki. “W straży jesteśmy rodziną. G…o prawda”

Cała siła uderzenia poszła w prawą stronę ciała. Ramię – rana szarpana i otwarte złamanie wieloodłamowe. Łopatka złamana w kilku miejscach, razem z wyrostkiem barkowym. Kość promieniowa i łokciowa – również wieloodłamowo. Do tego stłuczenie prawego płuca z odmą i niedowład nerwu promieniowego, czyli tego, który odpowiada za prostowanie ręki i palców.

Ranny w akcji strażak żyje ze zrzutki. "W straży jesteśmy rodziną. G...o prawda"

W dokumentacji medycznej, do której dotarła Wirtualna Polska, zapisano m.in. “ranę szarpaną ramienia prawego z otwartym złamaniem wieloodłamowym”.

Ranny w akcji strażak żyje ze zrzutki. "W straży jesteśmy rodziną. G...o prawda"Strażacy pędzili na akcję. Kobieta wjechała w wóz z drabiną

Biurokratyczny koszmar

Amadeusz pracował na umowę-zlecenie. Ile zarobi, zależało od tego, ile przepracuje – a z ręką pełną drutów i śrub nie może przepracować ani godziny. Rehabilitacja trwa do dziś i kosztuje. Prawo przewiduje dokładnie taką sytuację: druhowi OSP rannemu podczas akcji przysługuje rekompensata z budżetu Państwowej Straży Pożarnej. Żeby ją dostać, trzeba jednak przejść przez procedurę.

Ranny w akcji strażak żyje ze zrzutki. "W straży jesteśmy rodziną. G...o prawda"

Sprawą zajął się ojciec poszkodowanego. Piotr Szmidt też jest strażakiem i prezesem OSP w Piławie Górnej (tej samej jednostki, w której służy jego syn). Koordynację wzięła na siebie komenda powiatowa w Dzierżoniowie i początek wyglądał obiecująco: protokół powypadkowy, bez którego nie ma wypłaty, był gotowy w dwa tygodnie po wypadku. Z Dzierżoniowa dokumenty pojechały do Komendy Wojewódzkiej Państwowej Straży Pożarnej we Wrocławiu.

Potem przez cztery miesiące nie działo się nic. W czerwcu Piotr Szmidt napisał do Wrocławia sam.

W odpowiedzi z Wrocławia przyszła lista dokumentów. Pełnomocnictwo podpisane przez syna – z ręką w drutach zajęło to kilka godzin. Zaświadczenia z ZUS, choć Amadeusz nigdy nie był płatnikiem składek. Papiery potwierdzające, że ojciec jest opiekunem prawnym dorosłego mężczyzny. O zaświadczenie o zarobkach poproszono nawet pracodawcę – tego samego, u którego syn od stycznia nie przepracował ani godziny. – Zażądano ode mnie tony papierów. Wszystko cierpliwie dosyłałem – opowiada Wirtualnej Polsce Piotr Szmidt.

Ranny w akcji strażak żyje ze zrzutki. "W straży jesteśmy rodziną. G...o prawda"

Piotr Szmidt kontakt z Dzierżoniowem miał cały czas – z komendantem widują się często, rozmawiali o sprawie wielokrotnie. Nigdy nie wysłał pisma, wszystko załatwiali ustnie. Zarówno komendant, jak i jego zastępcy wiedzieli, w jakiej sytuacji znalazła się rodzina.

Ranny w akcji strażak żyje ze zrzutki. "W straży jesteśmy rodziną. G...o prawda"Europa w ogniu. Nie żyje strażak, panika w barcelońskim metrze

– Pytałem go o tę sprawę wiele razy, prosiłem o pomoc. Bez rezultatu. Myślałem, że będę miał w nich wsparcie. Nie miałem. Obaj nie mieliśmy – mówi Wirtualnej Polsce Piotr Szmidt.

Ranny w akcji strażak żyje ze zrzutki. "W straży jesteśmy rodziną. G...o prawda"

Strażacy zrobili zrzutki

Rodzina utrzymuje się dziś z tego, co zebrali inni strażacy. Zrzutkę zorganizowali druhowie z Piławy Górnej i zawodowcy z Dzierżoniowa – ci sami, którzy ratowali Amadeusza po wybuchu. Ojciec, sam prezes OSP, też nie pracuje: ma własne problemy ze zdrowiem.

Chłopaki z Dzierżoniowa zachowali się jak trzeba. Zrobili zrzutkę, pomogli nam. Ale pieniądze się kończą, a leczenie kosztuje – mówi Wirtualnej Polsce Piotr Szmidt.

Przebieg akcji strażacy udokumentowali. Zrobili z tego prezentację, którą pokazano w Komendzie Wojewódzkiej we Wrocławiu. Wiedza o tym, co stało się 20 stycznia, dotarła więc do Wrocławia dwiema drogami: przez protokół powypadkowy i przez prezentację strażaków. Rekompensata dla młodego strażaka nie wyszła jednak żadna.

Ranny w akcji strażak żyje ze zrzutki. "W straży jesteśmy rodziną. G...o prawda"

Wystarczył jeden podpis. Decyzję o wypłacie rekompensaty podejmuje komendant wojewódzki – na Dolnym Śląsku jest nim nadbrygadier Marek Hajduk.

Ustawa o ochotniczych strażach pożarnych nie zostawia tu pola do interpretacji. Druhowi, który ucierpiał w zaewidencjonowanej akcji ratowniczej i przez to nie mógł pracować, rekompensata przysługuje – na jego wniosek, z budżetu Państwowej Straży Pożarnej. Amadeusz brał udział w akcji na wezwanie. Wypadek udokumentowano w protokole. Wniosek złożono.

Procedura, która powinna zamknąć się w kilka tygodni, trwa ponad pół roku.

Wirtualna Polska wysłała do Komendy Wojewódzkiej we Wrocławiu pytania: jakie działania podjęła w sprawie Amadeusza Szmidta, czy strażak otrzyma rekompensatę i kiedy, a także o to, czy komenda zażądała dokumentu podpisanego własnoręcznie przez poszkodowanego.

Ranny w akcji strażak żyje ze zrzutki. "W straży jesteśmy rodziną. G...o prawda"

W odpowiedzi Komenda Wojewódzka przedstawiła własną chronologię wydarzeń. Twierdzi w niej, że wniosek o rekompensatę poszkodowany złożył dopiero 3 lipca, a do Wrocławia dokumenty trafiły 7 lipca. “Wniosek jest obecnie procedowany. Decyzja w przedmiotowej sprawie zostanie wydana po zakończeniu postępowania wyjaśniającego” – napisała komenda.

Ranny w akcji strażak żyje ze zrzutki. "W straży jesteśmy rodziną. G...o prawda"Zniszczyli grób strażaka z Podhala. "Niepokoją Pawła zza grobu"

Z tej samej odpowiedzi wynika jednak coś jeszcze. Komendant powiatowy w Dzierżoniowie o tym, że rekompensata w ogóle przysługuje, miał dowiedzieć się 19 czerwca – podczas odprawy we Wrocławiu, dzień po tym, jak ojciec Amadeusza poprosił go o pomoc w znalezieniu jakiegokolwiek wsparcia finansowego.

Przez pięć miesięcy od wypadku nikt nie wskazał rodzinie ścieżki, którą przewiduje ustawa. Komenda wylicza za to inne formy wsparcia: w dniu wypadku do szpitala pojechali zastępca komendanta powiatowego i dwaj oficerowie, dwa dni później psycholożka z komendy wojewódzkiej zadeklarowała pomoc poszkodowanemu i jego ojcu – z tej propozycji rodzina nie skorzystała. W lutym, po prośbie ojca, komenda pomogła nawiązać kontakt ze szpitalem rehabilitacyjnym w Kamiennej Górze.

Były komendant wojewódzki łapie się za głowę

Sprawę ocenia nadbrygadier Jarosław Tomczyk, do niedawna komendant wojewódzki Państwowej Straży Pożarnej w Szczecinie. Dwa lata temu przeszedł na emeryturę. Wcześniej przeszedł w straży całą drogę służbową.

– Nie wiem nawet, co powiedzieć. Tam nie ma żadnych, najmniejszych nawet przesłanek, by to tyle trwało – mówi Wirtualnej Polsce. Sam kilka lat temu miał na biurku podobną sprawę: druh OSP, wypadek podczas akcji, ciężkie obrażenia. Rekompensatę z budżetu Państwowej Straży Pożarnej ranny strażak dostał bez zwłoki.

– Ogarnąłbym to w kilka tygodni, nawet dla świętego spokoju. Dla mnie to jest niedopuszczalne, że tego nadal nie zrobiono – mówi nadbrygadier Tomczyk.

– Tyle razy słyszeliśmy różne wielkie słowa. Że w straży jesteśmy “rodziną”. G…o prawda – mówi Wirtualnej Polsce Piotr Szmidt.

Po wysłaniu pytań do Wrocławia w sprawie zaczęło się dziać. Jak nieoficjalnie ustaliła Wirtualna Polska, telefony odebrali zarówno poszkodowany, jak i jego ojciec. Rozmowy dotyczyły kontaktów rodziny z mediami.

Ranny w akcji strażak żyje ze zrzutki. "W straży jesteśmy rodziną. G...o prawda"Wóz strażacki stoczył się ze skarpy. Radny przyznał się do winy

– Komendant powiatowy rozmawiał ze mną przez telefon. Przekazał mi, że był proszony przez swojego przełożonego, żeby ze mną porozmawiać na temat prasy, żeby nic nie zgłaszać i nic nie autoryzować, bo jak się tę sprawę rozdmucha, to wcale nie musi to być korzystne dla mnie i dla mojego syna. Lepiej, żeby te sprawy zostały rozwiązane po cichu, bez rozgłosu medialnego – mówi Wirtualnej Polsce Piotr Szmidt.

Sprawę komentuje także strażacki związek zawodowy. Młodszy brygadier Maciej Piszczek stoi na czele Międzyregionalnej Sekcji Pożarnictwa NSZZ “Solidarność” województwa lubelskiego. – Nie ma w słowniku ludzi kulturalnych słów wystarczająco obelżywych, aby określić, co myślę o zachowaniu kierownictwa Komendy Wojewódzkiej PSP we Wrocławiu w sprawie druha Amadeusza – mówi Wirtualnej Polsce.

W jego ocenie sprawa powinna zostać szczegółowo wyjaśniona na najwyższym szczeblu. Brak empatii wobec młodego strażaka podważa zaufanie do oficerów kierujących komendami – zarówno we Wrocławiu, jak i w Dzierżoniowie.

Zdaniem Piszczka trudno w ogóle mówić o zaangażowaniu, skoro od stycznia nikt nie doprowadził do wypłaty pieniędzy chłopakowi tak ciężko rannemu podczas akcji.

Wirtualna Polska zapytała ministra spraw wewnętrznych i administracji Marcina Kierwińskiego (Państwowa Straż Pożarna podlega MSWiA), czy zamierza zająć się sprawą młodego strażaka. Do dnia publikacji odpowiedzi nie było.

PREMIUM Zapisz się na newsletter!

Zapisz mnie

Podobne artykuły