Konie “na kilogramy” i bez dokumentów. Wstrząsające kulisy handlu
Reporterzy Polsat News Ujawnia opisali mechanizm sprzedaży koni poza kontrolą, bez wymaganych dokumentów i na prywatnych posesjach. W materiale pokazano też, jak omijane bywa prawo, a jednym z wątków jest pytanie o to, co stało się z kilkudziesięcioma końmi, które w ostatnich latach przestały pojawiać się na Rynku Głównym w Krakowie.
Szokujące kulisy handlu końmi
Fundacje Viva! oraz Ratuj Konie opublikowały dane o zwierzętach pracujących na krakowskim rynku. Z ich wyliczeń wynika, że spośród 68 koni zgłoszonych do pracy między 2022 r. a wrześniem 2024 r. wszystkie już padły. Najmłodszy miał sześć lat.
W sprawie śmiertelności zwierząt głos zabrała mecenas Katarzyna Topolewska. – Od lat walczymy, żeby zakazać tego transportu. Apelujemy do władz, bo miasto w XXI wieku to nie jest miejsce dla koni, z bardzo wielu przyczyn. Walimy głową w mur. Te konie umierają młodo, średnio mając 11 lat. A ten najmłodszy, to było jeszcze dziecko. I teraz pytanie, dlaczego konie w dobrych warunkach, pod opieką Fundacji, przeżywają ponad 20, a ta rotacja w Krakowie jest tak wysoka? – zaakcentowała.
“Wygląda to jak epidemia”
Aktywistki z Viva! przeanalizowały także wcześniejsze zgłoszenia koni do pracy na krakowskim rynku. Jak ustaliły, w latach 2019-2024 znany jest los 378 zwierząt wożących turystów. Z tej grupy 129 koni nie żyje, co oznacza ponad jedną trzecią.

Jedna z aktywistek, w nagraniu opublikowanym w mediach społecznościowych, zwróciła uwagę na powtarzalność dat. – Wygląda to jak epidemia. Kiedy zaczęliśmy układać daty śmierci koni, pojawił się pewien wzór. Nie były to pojedyncze przypadki, tylko po kilka śmierci w tym samym dniu. A kiedy kilka zwierząt umiera jednego dnia, wiemy dokładnie, że to rzeźnia – powiedziała.
Według działaczek zwierzęta są przeciążone. W ramach dziennikarskiej prowokacji reporterka Monika Gawrońska pytała dorożkarzy o możliwość wynajęcia koni do wożenia gości weselnych przez sześć, siedem, a nawet osiem godzin. Dorożkarze z Krakowa zgadzali się na taką usługę, zapewniając, że zwierzętom nic nie będzie.
Fundacje monitorujące sprawę wskazują tymczasem, że nie mają wątpliwości co do losu 68 koni, które miały zniknąć z krakowskiego rynku w ostatnich latach: ich zdaniem zwierzęta sprzedano na rzeź albo już nie żyją.
Luka w przepisach
Dorożkarze odrzucili wnioski aktywistek. – Kłamstwo, kłamstwo, kłamstwo. Dlaczego nie piszą, ile ludzi dziennie umiera? – mówili dziennikarzom.
Stwierdzili za to, że zwierzęta wyrejestrowano w czasie pandemii, gdy nie było ruchu turystycznego i przekonywali, że jeśli znikną dorożki, to znikną również konie, bo miałyby trafić do rzeźni. – Konie są użytkowo-rzeźnym zwierzęciem. Jak my nawet go sprzedamy, to nie możemy zabezpieczyć jego przyszłości na następne 10 lat – dodali.
Największe kontrowersje wśród reporterów wzbudziło jednak to, co wynika z odpowiedzi władz Krakowa. Z maila cytowanego w materiale wynika, że miasto nie prowadzi ewidencji i nie ma informacji o dalszym losie koni po ich wycofaniu z pracy.
“Aktualnie obowiązujące umowy nie nakładają na przedsiębiorców obowiązku informowania Gminy o dalszych losach koni po ich wycofaniu z pracy. Jednocześnie, w związku z pojawiającymi się postulatami społecznymi, analizowane jest wprowadzenie dodatkowych rozwiązań zwiększających transparentność w tym zakresie” – przekazano.
Poruszająca relacja założycielki schroniska
Z informacji dziennikarzy Polsat News Ujawnia wynika, że konie pracujące w dorożkach w różnych częściach Polski trafiają na nielegalne targi. Reporterzy pojechali z ukrytą kamerą na jeden z takich targów.

Na miejscu – jak relacjonowali – nikt nie ukrywał, że kupionego konia można od razu zawieźć do rzeźni i dostać za niego pieniądze.
W materiale przypomniano też, że każdy koń powinien mieć paszport, czyli urzędowy dokument identyfikacyjny, pełniący funkcję “dowodu osobistego” zwierzęcia. Paszport wydają właściwe związki hodowlane; dokument zawiera kluczowe informacje o koniu i jego właścicielu. Dziennikarze wskazują, że często takich dokumentów nie ma albo dane w nich się nie zgadzają.
Reporterzy opisali również, że na nielegalny targ podjeżdżają ciężarówki, które mają wywieźć konie do rzeźni, mimo że zwierzęta bywają zdrowe i młode. W ich relacji na takim procederze zarabia sprzedający, zarabia dostawca, a przede wszystkim – ubojnie.
W materiale pojawia się także perspektywa osoby, która zajmuje się ratowaniem zwierząt. Scarlett Carmen Szyłogalis, założycielka pierwszego w Polsce schroniska dla koni, obecnie zajmuje się ponad setką koni, a wiele uratowano bezpośrednio z rzeźni. – Tam konie już wiedzą, co się dzieje. Przeważnie panuje tam taka gęsta cisza, a w ich środku dusza drga, bo wiedzą, czują zapach krwi, słyszą krzyki tych, które już są ogłuszane. Niektóre ciągnęły mnie za kurtkę, dając znać: “Pomóż mi”, a ja nic nie mogłam zrobić – wspominała.
Resort rolnictwa umywa ręce
W materiale podkreślono, że handel, sprzedaż i wywożenie koni na rzeź są w Polsce legalne. Jednocześnie warunki, w jakich to się odbywa, powinny podlegać kontroli.
Dziennikarze zwrócili uwagę na skalę rynku. Polska należy do największych producentów i eksporterów koniny w Unii Europejskiej. Z danych Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi – przytoczonych w materiale – wynika, że w 2025 r. w rzeźniach ubito ponad 27 tys. koni, co ma stanowić ponad 10 proc. wszystkich żyjących w Polsce.
Scarlett Szyłogalis zapowiedziała działania na rzecz zmiany prawa. – Chodzi o zmianę zapisu w ustawie, która będzie mówiła, że konie są zwierzętami towarzyszącymi człowiekowi. A co za tym idzie, nie będzie można ich ubijać w polskich rzeźniach i wywozić na rzeź za granicę. Ruszam we wrześniu z “powstaniem” dla koni. Wierzę, że będą nas setki tysięcy – powiedziała.
Resort rolnictwa przekazał dziennikarzom Polsat News Ujawnia, że obecnie nie trwają żadne prace legislacyjne dotyczące zmiany zasad uboju koni ani wyłączenia ich z kategorii zwierząt rzeźnych. Podkreślono też, że podobne zasady uboju koni – jak i innych gatunków zwierząt gospodarskich – określają przepisy Unii Europejskiej.