Kąpali się tu dwa lata temu. Teraz idą przez łąkę na dnie
Na facebookowej grupie “Beskid Niski” mieszkańcy zestawili ze sobą dwie fotografie tego samego miejsca – górnej części jeziora, najdalszej od zapory i najbliższej Uściu Gorlickiemu. Na pierwszej zbiornik jest pełny, woda sięga brzegów. Na drugiej wody nie ma w ogóle: jest łąka, którą pośrodku przecina wąskie koryto Ropy – rzeki, która kiedyś to jezioro zasilała. “Wstrząsający widok” – komentują internauci. Wielu przyznaje, że dwa, trzy lata temu kąpali się dokładnie tam, gdzie dziś rośnie trawa.
“Wstrząsający widok” – komentują internauci, którzy przyznają, że jeszcze dwa-trzy lata temu kąpali się w miejscu, gdzie dziś mamy łąkę.

Drugie zdjęcie to nie archiwum sprzed dekady, tylko widok sprzed dwóch sezonów. W tym czasie nikt nie spuścił jeziora celowo – zbiornik oddawał wodę tak, jak nakazuje pozwolenie wodnoprawne sprzed trzydziestu lat, a rzeki przestały nadążać z uzupełnianiem.

Winna susza czy prawo?
Problemem zbiornika w Beskidzie Niskim jest słaby dopływ. W trakcie suszy Ropa i mniejsze potoki wpadające do zalewu przynoszą około 0,5 metra sześciennego wody na sekundę. Zapora w tym samym czasie musi oddać cztery razy tyle. Bilans wychodzi na minus: jezioro traci wtedy około 130 tys. metrów sześciennych wody na dobę. Podczas zeszłorocznych wakacji dopływ spadał okresowo do 0,12 metra sześciennego na sekundę – wtedy z Klimkówki uciekało ponad szesnaście razy więcej wody, niż do niej wpływało.
Tymczasem pozwolenie wodnoprawne, które dla Klimkówki opracowano jeszcze w latach 90., zakłada, że zapora będzie zrzucać co najmniej 2 metry sześcienne wody na sekundę. Tak dzieje się do dziś – także po to, by elektrownia wodna wbudowana w zaporę mogła stale produkować prąd. Gdy rzeki przynosiły do zalewu dużo wody, nie było w tym nic dziwnego.
– To tak jakby próbować napełnić wannę bez zatkania odpływu – mówią wprost mieszkańcy Klimkówki, którzy cierpią przez politykę Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej.
Skutki widać w każdy weekend. Nad Klimkówką nie ma już wędkarzy ani żeglarzy, a pomosty stoją nad wyschniętym dnem. Nie przyjeżdżają nawet plażowicze z pobliskich Gorlic i Nowego Sącza – ci wybierają Jezioro Rożnowskie albo Czorsztyńskie, gdzie woda jeszcze jest. Kwaterodawcy zostają z pustymi pokojami w środku sezonu.
Idą zmiany?
Dla RZGW turystyka schodzi jednak na dalszy plan. Na spotkaniu zorganizowanym w Uściu Gorlickim na początku maja Wojciech Kozak, dyrektor krakowskiego RZGW, przyznał, że zbiornik powstał przede wszystkim po to, by produkować prąd i chronić dolinę przed powodzią. Ruch turystyczny był tylko efektem ubocznym.
Po protestach samorządowców i mieszkańców Wody Polskie, których RZGW jest jednostką, zgodziły się rozpocząć prace nad zmianą pozwolenia wodnoprawnego dla Elektrowni Wodnej w Klimkówce. W okresie suszy zrzuty mogłyby być wtedy mniejsze – ale nie wcześniej niż za kilka miesięcy.
Co ważne, karta obiektu na stronie Wód Polskich wymienia funkcje zbiornika w Klimkówce: ochronę przeciwpowodziową, wyrównywanie przepływów w Ropie, produkcję energii elektrycznej, turystykę i rekreację oraz gospodarkę rybacką. Turystyka figuruje tam na równi z prądem – nie jako efekt uboczny.
A sama elektrownia przy zaporze jest niewielka: ma 1,1 MW mocy i produkuje około 5,1 mln kWh rocznie, czyli tyle, ile zużywa niespełna dwa tysiące gospodarstw domowych. Nie ma prywatnego właściciela – obiekt należy do Skarbu Państwa i jest eksploatowany przez Wody Polskie. Ten sam urząd, który zarządza zbiornikiem, czerpie więc korzyść z każdego metra sześciennego przechodzącego przez turbiny. I ten sam urząd musi zdecydować, czy zrzuty ograniczyć.
O pilne działania apeluje też Ryszard Wilk, poseł Konfederacji z okręgu nowosądeckiego. W sprawie ratowania turystyki nad Klimkówką złożył interpelację w Sejmie. W mediach społecznościowych poinformował, że w sierpniu ma ruszyć opracowywanie nowych ekspertyz hydrologiczno-hydraulicznych dla okolic jeziora. Gotowe mają być za mniej więcej trzy miesiące – czyli już po sezonie.

Dopiero wtedy dokumentacja trafi na biurko ministra infrastruktury Dariusza Klimczaka. To jego podpis jest potrzebny, by zmienić pozwolenie wodnoprawne dla zapory.
Wirtualna Polska chciała porozmawiać z politykiem PSL o terminach. W SMS-ie odpowiedział, że przebywa na urlopie, i odesłał do Regionalnego Zarządu Gospodarki Wodnej.
– Jesteśmy obecnie na etapie ogłoszenia przetargu, który wyłoni firmę, jaka zrobi dla nas nową dokumentację dla Klimkówki – tłumaczy WP Katarzyna Tokarz, rzeczniczka prasowa RZGW w Rzeszowie.
– Będą to dokumenty, które sprawdzą, jak elektrownia wodna będzie zachowywać się przy zmniejszonych przepływach. Ten dokument ma być gotowy do końca roku. Jeśli zostanie w nim wskazane, że można zmniejszyć przepływy przez zaporę, to wówczas zaczniemy przygotowywać inne dokumenty, które ostatecznie pozwolą zmienić prawo wodne dla Jeziora Klimkowskiego. Zmianę tego prawa ostatecznie będzie musiało zaakceptować ministerstwo. To jednak kwestia najwcześniej przyszłego roku – dodaje.
Nawet przy najlepszym scenariuszu nowe zasady zrzutów zaczną obowiązywać w przyszłoroczne wakacje – po trzecim z rzędu sezonie, w którym nad Klimkówką nie było czego oglądać. Pytanie, czy kwaterodawcy, wędkarze i żeglarze wrócą, gdy woda w końcu wróci.