Zaskakująca deklaracja Trumpa i Zełenskiego. “Odjazd na księżyc”
Pojawiły się także – głównie w mediach społecznościowych – głosy o możliwym przekazaniu technologii przez Polskę. Warto więc wyjaśnić, dlaczego jest to stwierdzenie nieprawdziwe. Polska, jako taka, nie posiada “technologii produkcji pocisków”. Spróbujmy zatem wyjaśnić to skomplikowane zagadnienie.

Co możemy, a czego nie możemy “produkować”?
Aby zrozumieć tę układankę, należy wyjaśnić, czym w ogóle jest “produkcja”. Dzisiaj, w zglobalizowanym świecie, rzadko który sprzęt wojskowy powstaje od początku do końca w jednym zakładzie czy wielkiej fabryce.
Często myli się “produkcję” z FAL, czyli final assembly line – zakładami, gdzie dostarczone komponenty składa się w gotowy produkt. Tak jest np. z zakładami w Świdniku czy Mielcu, które są w głównej mierze montowniami z dostarczonych z innego miejsca komponentów. Choć pewne komponenty są w nich także produkowane.
Nie można zatem mówić o “produkcji” np. śmigłowca w Polsce. Tak samo sytuacja wygląda w większości dużych firm produkujących sprzęt wojskowy. Jedna firma produkuje jakiś komponent, druga firma – inny. A na końcu jest to składane w całość w zakładzie FAL i powstaje gotowy produkt.
Jaki jest zatem udział Polski w “produkcji pocisku PAC-3” i jaki miałby być ewentualny udział Ukrainy? Opowiada nam o tym dziennikarz wojskowy, Dawid Kamizela.
Debunk mitu PAC-3. Nie mamy żadnej technologii produkcji rakiet
Już na początku ekspert podkreśla, że “jest bzdurą”, iż posiadamy “technologię produkcji rakiet”. Faktycznie, przy podpisaniu umowy zakupu Patriotów dla Polski (2018 r., system Wisła) w umowie zapisano pewien transfer technologii. Ale na relatywnie niskim poziomie.
– Po pierwsze produkujemy w Polsce wyrzutnie M903 służące do wystrzeliwania pocisków PAC-2 GEM-T oraz PAC-3MSE. W ramach offsetu towarzyszące programowi Wisła nabyliśmy również zdolności do produkcji kontenerów startowych do rakiet PAC-3MSE, wybranych bloków elektronicznych wyrzutni, wiązek kablowych oraz sekcji silnika korygującego rakiet PAC-3MSE. Przekazano także pewien zakres zdolności serwisowych. Otrzymaliśmy także pewne zdolności dotyczące produkcji przystawek przekazujących dane do systemu IBCS. Ale to jest koniec. Pewne kompetencje w ramach współprodukcji komponentów (np. w ramach napędu, ale do produkcji mniej skomplikowanych pocisków do wyrzutni HIMARS) mają być wdrożone wraz z uruchamianiem II fazy Wisły – wskazuje Kamizela.
Z tym zastrzeżeniem, że przyjmowanie takich zdolności trwa.
– Szczególnie dlatego, że umowa na II fazę została podpisana relatywnie niedawno (w 2023 r. – red.), więc zwolnijmy konie. Niemniej, o żadnym “uruchomieniu produkcji pocisków PAC-3MSE” w Polsce nie było mowy – dodaje.

Pocisków w całości nie produkują Niemcy ani Japończycy
Możemy, rzecz jasna, coś współtworzyć. Pewne elementy czy podzespoły, służące do konstrukcji całości, są tworzone w Polsce. Tyle że to nie jest (i nie będzie) “produkcja pocisku” w komplecie.
Podobnie wygląda to w przypadku naszych zachodnich sąsiadów, którzy produkują pewne elementy do pocisków. Ale nie jest to tworzenie całych rakiet. Mowa tu raczej o stosunkowo prostych komponentach jak elementy wyrzutni, kontenery itp. Tyle że Amerykanie jeszcze niedawno przekazywali, iż nie ma mowy o współprodukcji elementów w Polsce.
Zmieniło się to jednak po ataku na Iran na początku tego roku. Wtedy okazało się, że zapotrzebowanie na pociski jest olbrzymie, a zakłady w USA nie są w stanie nadążyć z serwisowaniem pocisków czy produkcją komponentów. Po tym doświadczeniu pojawiła się pewna elastyczność ze strony USA.

Najważniejsze elementy wciąż powstają w USA
Krajami, które mają możliwości produkcji pocisków, są Japonia i Niemcy. USA współpracują z nimi w tym zakresie od dekad. Na tyle długo, by wykształciły się zaufanie, pełne zdolności technologiczne i zaplecze produkcyjne.
Na zupełnie innym poziomie jest Polska, która zaledwie nieco ponad dekadę temu zdecydowała w ogóle wejść w program Patriot. Przypomnijmy: wnioski o pozyskanie systemu podpisał w 2014 r. jeszcze Tomasz Siemoniak, będący wtedy ministrem obrony. Finalizacja pierwszej fazy programu “Wisła” to 2018 r., kiedy minister Mariusz Błaszczak podpisał wartą 16,6 mld zł umowę na zakup dwóch baterii Patriot oraz systemu IBCS. To zintegrowany system obrony powietrznej, mający “spinać” systemy obronne (“Wisła” i oparta na brytyjskich rakietach CAMM “Narew”) oraz nasze siły lotnicze.
Warto w tym miejscu przypomnieć, że Polska ma o wiele mniejsze zdolności w zakresie produkcji własnej. Obecnie od zera tworzony jest u nas tylko jeden pocisk – do przenośnego zestawu przeciwlotniczego “Piorun”. System Patriot jest nieporównanie bardziej skomplikowany. A Ukraińcy, choć są piąty rok w stanie wojny, byli w stanie stworzyć takie pociski, jak Grom-2 czy system Flaming.

Wróćmy jednak do Patriotów i PAC-3. Pomimo współpracy USA z Niemcami i Japonią, niektóre kluczowe komponenty, a raczej ich produkcja, poza Stany Zjednoczone nie wyszła.
– Seeker, czyli głowica naprowadzania, systemy autopilotujące, dwuimpulsowy silnik, struktury zwiększające możliwości hit-to-kill pocisku produkowane są w USA. Koniec, kropka. Właśnie dlatego w Japonii, w FAL-u, są obecni Amerykanie, którzy nadzorują cały proces. A pewnych rzeczy Japończycy nie mogą nawet dotknąć – tłumaczy ekspert.
Z tego względu, w jego ocenie, trudno realnie rozpatrywać, by pociski do Patriotów miały być tworzone u naszego wschodniego sąsiada.
– Mówienie o “produkcji pocisków PAC-3 w Ukrainie” jest mrzonką, odjazdem na księżyc. Być może będą mogli wejść we współprodukowanie pewnych komponentów i dostarczanie ich np. do Niemiec czy nawet USA, ale nie wierzę w żadną “produkcję pocisków” od zera w Ukrainie – twierdzi Kamizela.
Przypomina przy tym, że w objętej wojną Ukrainie panują zupełnie inne reguły produkcji czy bezpieczeństwa. O wiele łatwiej jest przejąć czy zniszczyć pewne technologie. A na to Amerykanie nie mogą sobie pozwolić. Czym innym jest bowiem produkcja komponentów, podzespołów czy nawet wyrzutni, a czym innym – przekazanie technologii produkcji głowic lub silników. Nie mówiąc o systemach nawigacyjnych, naprowadzania i zakłócania, czy bardziej zaawansowanej elektronice.

Polska walczy o centrum serwisowe. Co to znaczy?
Szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz przekazał kilka dni temu, że Polska chce wejść mocniej w program Patriot. Walczymy o powstanie centrum serwisowego pocisków w Polsce. Co to oznacza? To już technikalia.
Współczesne pociski rakietowe, biorąc pod uwagę użytkowanie, mają swoje okresy przydatności. Swoje – jak określa się to w nomenklaturze wojskowej – cykle życia. Trwają one zwykle 20-30 lat. W tym czasie podlegają przeglądom, serwisom, konserwacjom. Inaczej jest np. z paliwem rakietowym. Stałe paliwo rakietowe (a w takie wyposaża się pociski PAC-3) ma około połowę tego okresu użycia, czyli 10-15 lat. Po tym okresie należy zabrać pociski do zakładu i wymienić je.
Druga rzecz to pewne elementy głowicy. Aby wymienić moduł pocisku, np. silnika czy głowicy, dotąd pakowano pocisk na statek, płynął za ocean i na pół roku traciliśmy go z oczu. Zakładając, że w Polsce (albo w Niemczech czy w Holandii) powstanie centrum serwisowe, będziemy w stanie robić tego rodzaju rzeczy w Europie. Czyli wymienić komponenty lub dokonać diagnostyki głębszej niż na poziomie użytkującej go jednostki.
– Współczesne pociski, takie jak PAC-3, są w dużej mierze bezobsługowe. Trzymane w zamknięciu, w hermetycznych zasobnikach. Co pewien czas podpina się do nich komputer z systemem, który dokonuje diagnostyki pocisku i tyle. I o takie kompetencje jak najbardziej warto walczyć, bo można na tym, jak wspomniałem, zarabiać, ale nikt nie mówi o pełnej produkcji komponentów poza USA – mówi Kamizela.
Trudno zatem mówić o przełomie. Ale nawet skrócenie czasu obsług pocisków będzie krokiem do przodu. Skróceniu mógłby ulec czas napraw, konserwacji i obsług, co pozytywnie wpłynęłoby na gotowość systemów. A w realiach okołowojennych jest to coś, co ma konkretny wymiar i wagę.