Wielki zwrot w głośnej sprawie. Antoś znów odebrany rodzicom
- Według rodziców biologicznych policja zapukała do nich w niefortunnym czasie, gdy akurat mieli bałagan i mało jedzenia w lodówce. Twierdzą, że dobrze sobie radzą. Matka zarzuca urzędnikom “kradzież dziecka”.
- Rzecznik Praw Dziecka Monika Horna-Cieślak złożyła wniosek o pozbawienie rodziców władzy rodzicielskiej. – Materiał dowodowy jest bardzo szeroki. Pali się tu wiele czerwonych lampek – mówi.
- – Głośny przekaz, że zabrano rodzicom dziecko bez żadnych podstaw, okazał się całkowicie nieprawdziwy. Skrzywdzono nie tylko Antosia, ale też jego rodziców zastępczych – ocenia Katarzyna Krupa-Walkowiak, ekspertka ds. pieczy zastępczej.
- – Czytałam komentarze, że kupiliśmy z mężem dziecko. Bałam się, że ludzie będą nam rzucać w okna kamieniami. Przepłakałam wiele wieczorów – mówi Sylwia, była matka zastępcza Antosia.
Ujęcie pierwsze: Matka wyjeżdża na łóżku z sali porodowej. Uśmiecha się do kamery.
Kolejne: Siedzi przy dziecięcym łóżeczku. Drewniane szczeble osłonięte miękkim ochraniaczem w gwiazdy, żeby dziecku nie stała się krzywda. W środku pluszowy królik, nad materacem kolorowa karuzela ze zwierzętami. Ale łóżeczko jest puste.
Kobieta zanosi się płaczem.
– Oni mnie od razu skreślili. Na samym początku, gdy mnie zobaczyli.
Choruje od 13 lat na schizofrenię. “Nie jesteśmy potworami”
“Najlepsza laurka”
To fragment programu “Reporterzy” TVP z czerwca 2025 r., ale historię Antosia z Lwówka Śląskiego szybko podłapują inne media. Rodzice biologiczni opowiadają przed kamerami, że ich syn urodził się 20 lutego 2025 r. A niedługo później sąd wydał postanowienie o umieszczeniu dziecka w pieczy zastępczej.
Jak twierdzą wówczas rodzice, zabrano im dziecko ze względu na ich niepełnosprawność – opowiadają, że matka choruje na mózgowe porażenie dziecięce, a ojciec ma schizofrenię paranoidalną. Według nich, urzędnicy popełnili ogromny błąd, a decyzja sądu to dyskryminacja osób z niepełnosprawnością.
Dlaczego Antoś trafia do pieczy?
21 lutego 2025, dzień po narodzinach chłopca, szpital w Jeleniej Górze prosi Miejsko-Gminny Ośrodek Pomocy Społecznej w Lwówku Śląskim o wgląd w sytuację rodziny, uznając, że rodzice nie radzą sobie z opieką. MGOPS składa do sądu wniosek o zabezpieczenie, a ten wydaje postanowienie o umieszczeniu dziecka w pieczy.
Pracownicy MGOPS-u mówią, że rodzina była im znana.
– Objęliśmy ją monitoringiem, bo pracownik socjalny przy pierwszym spotkaniu zauważył niepokojące sytuacje wynikające m.in. z niepełnosprawności pani, ale również dotyczące jej partnera, który z uwagi na swoją chorobę miał takie a nie inne zachowanie – mówi “Wyborczej” zastępczyni kierownika MGOPS-u, Aleksandra Bilińska. Nie opisuje szczegółów.
Wiadomo, że pod koniec 2024 r. w domu trzy razy interweniuje policja po zgłoszeniach zakłócania ciszy nocnej.
– Ostatnia interwencja zakończyła się zabraniem pana do szpitala i była prośba policji do MOPS-u, żeby sprawdzić sytuację rodzinną – tłumaczy burmistrz Lwówka Śląskiego, Dawid Kobiałka, w programie “Państwo w Państwie” na antenie Polsatu we wrześniu 2025 r. Mówi też, że przejrzał dokumentację rodziny w MGOPS-ie i były wątpliwości co do przyjmowania leków przez tatę Antosia.
– Podsumujmy: najpierw były wątpliwości policji, potem pracowników MGOPS-u, w tym pracownika socjalnego, a decyzja zapadła po mailu ze szpitala – kontynuuje wówczas Kobiałka. Zaznacza jednocześnie, że stoi po stronie rodziców biologicznych.
Pełnomocnik rodziców Antosia, mecenas Ernest Ziemianowicz, opowiada w studiu, że ma wgląd w “bardzo szczegółową” dokumentację medyczną mężczyzny i nie było żadnych nieprawidłowości w zakresie leczenia przez niego choroby. Że interwencje policji nie zakończyły się ukaraniem rodziców ani nie toczy się wobec nich żadne postępowanie. Że MGOPS, składając do sądu wniosek o zabezpieczenie, opierał się tylko na mailu ze szpitala z prośbą o wgląd w sytuację rodziny, a tymczasem decyzję podjęto błyskawicznie. Przytacza opinię biegłego psychiatry sądowego.
– Opinia mówi wprost: pan przyjmuje leki w sposób regularny, choroba jest w fazie wycofywania, remisji. Mężczyzna nie stwarza żadnego zagrożenia dla własnego dziecka i jest w stanie wykonywać władzę rodzicielską. Chyba lepszej laurki nie trzeba niż ta opinia, która, uwaga, została zlecona przez sąd – mówi mecenas Ziemianowicz w programie “Państwo w Państwie”.
Zapowiada pozwanie MGOPS-u w związku z “ewidentnym błędem urzędniczym wynikającym z pośpiechu i przede wszystkim z tego, że nie przeanalizowano w żaden sposób sytuacji tej rodziny”.
Po postanowieniu sądu z lutego 2025 r. Antoś spędza ponad trzy miesiące w szpitalu. Później udaje się znaleźć dla niego rodzinę zastępczą, tyle że pod Rzeszowem, ponad 500 km od domu rodzinnego w Lwówku Śląskim.
W wakacje rodzice biologiczni jadą przez pół Polski zobaczyć się z synem.

“Bezlitosne państwo”
Sprawa staje się bardzo głośna. W internecie tysiące ludzi wysyłają rodzicom słowa wsparcia. Na MGOPS, szpital i sąd spadają gromy.
– Po prostu zabrali im dziecko! Czy my naprawdę żyjemy w tak bezdusznym i bezlitosnym państwie? – grzmi Przemysław Talkowski, prowadzący program “Państwo w Państwie”. Mówi o “totalnej dyskryminacji”.
Psycholog Aleksandra Piotrowska zwraca się przed kamerami do rodziców biologicznych. – Wszyscy wiemy, że niektóre rodziny stanowią dla dziecka zagrożenie. Ale na Boga, nie Wy!
W czerwcu, po pierwszym reportażu TVP, sprawę nagłaśnia nieżyjący już poseł Łukasz Litewka. – To chyba jedna z smutniejszych historii, jakie przyszło mi tutaj przedstawić. O niesprawiedliwości społecznej i ogromnej pustce, której ja także nie potrafię zrozumieć – pisze w mediach społecznościowych i też oburza się na decyzję sądu.
Niespełna miesiąc później jego fundacja rozpoczyna zbiórkę dla rodziny. Litewka tłumaczy: zadzwonił do niego ojciec Antosia i poprosił o pomoc w wymianie starego pieca. Szybko udaje się zebrać ponad 140 tys. zł na remont mieszkania. Ludzie śledzą losy rodziny i jej kibicują. Kiedy samochód babci Antosia zostaje zdewastowany, właściciel komisu przekazuje rodzinie auto. Tłumaczy, że to “odruch serca”.
Wtedy wiadomo już, że będzie w nim jeździł m.in. Antoś.
We wrześniu 2025 r. sąd na przyspieszonej rozprawie uchyla postanowienie o zabezpieczeniu i nakazuje powrót dziecka do rodziców biologicznych. W kolejnym reportażu TVP rodzice nie kryją wzruszenia.
Matka: – Jestem najszczęśliwszą osobą na świecie […] Uśmiech Antosia jest moim uśmiechem.
Ojciec: – Powoli wiem, co to znaczy być prawdziwym ojcem. Pierwszy raz w życiu zaznałem takiego szczęścia.
Burmistrz Lwówka Śląskiego, Dawid Kobiałka: – Bardzo przepraszamy, że spotkała państwa taka sytuacja. Cieszymy się, że Antoś wrócił do Lwówka Śląskiego. Tu, gdzie jest jego miejsce.
Wydaje się, że na tym historia się kończy. Aż do lipca 2026 r., gdy do Wirtualnej Polski zgłasza się anonimowy informator.
– Polecam sprawdzić, co się dzieje z Antosiem z Lwówka. Sprawa ma swój dalszy ciąg. Niekoniecznie taki, jaki przewidywano w mediach.

Antoś znowu w pieczy zastępczej. Policja: liczne nieprawidłowości
25 czerwca 2026 r. Sąd Rejonowy w Lwówku Śląskim na rozprawie o ograniczenie władzy rodzicielskiej ponownie nakazuje umieścić dziecko w rodzinnej lub instytucjonalnej pieczy zastępczej. Na początku lipca chłopczyk znów zostaje odebrany rodzicom. Przebywa w pieczy zastępczej niedaleko domu rodzinnego.
Czym kierował się sąd? Co wydarzyło się od powrotu Antosia do ponownego umieszczenia dziecka w pieczy? 13 lipca zadaliśmy szereg pytań rzecznikowi prasowemu Sądu Okręgowego w Jeleniej Górze, który po tygodniu odesłał nas do prezesa Sądu Rejonowego w Lwówku Śląskim. Od 20 lipca do momentu publikacji reportażu nie uzyskaliśmy odpowiedzi.
– Należy stanowczo podkreślić, że decyzja o zmianie zabezpieczenia nie była związana z jakimikolwiek zaniedbaniami rodziców, narażeniem dziecka na niebezpieczeństwo czy zagrożeniem jego dobra – twierdzi pełnomocnik rodziców biologicznych, mec. Ernest Ziemianowicz.

– W naszej ocenie sąd uznał jedynie, że na obecnym etapie postępowania właściwe jest zastosowanie odmiennego sposobu zabezpieczenia. Nie oznacza to jednak, że dobro małoletniego było zagrożone z przyczyn leżących po stronie jego rodziców – przekonuje i zaznacza, że nie będzie ujawniał szczegółów z materiału dowodowego z uwagi na dobro dziecka i “szacunek do postępowania”.
Okazuje się jednak, że podejrzenia co do zaniedbania dziecka miała policja.
– Dzielnicowi regularnie odwiedzają parę pod wskazanym adresem, monitorując sytuację w rodzinie. Z każdej wizyty jest sporządzana dokumentacja. Policjanci podczas tych czynności ujawnili liczne nieprawidłowości wskazujące na prawdopodobne zaniedbania dziecka przez rodziców. Informowali o tym Sąd Rejonowy w Lwówku Śląskim, MGOPS w Lwówku Śląskim oraz PCPR, przesyłając stosowną dokumentację – przekazuje Wirtualnej Polsce oficer prasowy Komendy Powiatowej Policji w Lwówku Śląskim, mł. asp. Olga Łukaszewicz.
Policja informuje też, że w ostatnich miesiącach u rodziców Antosia miały miejsce dwie interwencje. W czerwcu policjanci dostali zgłoszenie o głośnej kłótni. Nie stwierdzili na miejscu oznak stosowania przemocy. Wcześniej, w kwietniu, miała miejsce interwencja dotycząca zdrowia mężczyzny.
– W związku z tą interwencją został przewieziony do specjalistycznego szpitala – przekazuje policja.

RPD wnioskuje o odebranie praw. “Szeroki materiał dowodowy”
Od czerwca 2025 r. z rodziną współpracowali asystent rodziny oraz pracownik socjalny. Urzędnicy nie dostrzegli żadnych sygnałów świadczących o zaniedbaniu dziecka.
– W toku prowadzonych działań obserwowano stopniowe rozwijanie przez rodziców kompetencji opiekuńczo-wychowawczych oraz ich zaangażowanie w zaspokajanie bieżących potrzeb dziecka. W okresie współpracy nie stwierdzono zaniedbań wobec małoletniego dziecka ani sytuacji świadczących o niewłaściwym sprawowaniu nad nim opieki – twierdzi MGOPS w Lwówku Śląskim. Dodaje jednocześnie, że rodzice wykazywali “ograniczoną samodzielność w wykonywaniu części codziennych obowiązków związanych z opieką nad dzieckiem” i istotnym elementem dla funkcjonowania rodziny było wsparcie babci dziecka.
Rzeczniczka Praw Dziecka Monika Horna-Cieślak złożyła wniosek o pozbawienie rodziców praw rodzicielskich.
– Cały materiał dowodowy jest bardzo szeroki i w pełni uzasadnia złożenie takiego wniosku. Monitorujemy sytuację rodziny od czerwca 2025 r. Nie mogę mówić o pewnych szczegółach, ale wypełniłam kwestionariusz szacowania ryzyka zagrożenia dla życia lub zdrowia dziecka z ustawy o przeciwdziałaniu przemocy domowej i wiele lampek pali się na czerwono – tłumaczy RPD.
– Gdyby opinia publiczna poznała całość materiału dowodowego, być może wiele osób zmieniłoby zdanie, które wyrobiło sobie, słysząc o historii pierwszy raz. Dziecko pilnie potrzebuje bezpieczeństwa i stabilizacji – dodaje Horna-Cieślak.
I zaznacza, że nie można mówić w tej historii o dyskryminacji osób z niepełnosprawnościami. – Analizowaliśmy całą sprawę. Gdyby okazało się, że dziecko odebrano rodzicom wyłącznie z powodu ich niepełnosprawności, jako pierwsza podjęłabym interwencję – deklaruje.
Jak od momentu powrotu Antosia do domu rodzinnego przebiegała współpraca rodziny z MGOPS-em?
– Asystent rodziny oraz pracownik socjalny systematycznie motywowali rodziców do korzystania z dostępnych form wsparcia specjalistycznego, w tym pomocy psychologicznej. Pomimo wielokrotnie przedstawianych propozycji, rodzina nie wyraziła zainteresowania skorzystaniem z tej formy pomocy. Rodzicom proponowano również wspólne wykonywanie czynności dnia codziennego oraz praktyczne wsparcie w organizacji opieki nad dzieckiem i prowadzeniu gospodarstwa domowego, jednak deklarowali oni, że radzą sobie samodzielnie i nie widzą potrzeby korzystania z takiej pomocy – odpowiadają urzędnicy.
– Przebieg współpracy wskazywał również, że funkcjonowanie rodziny pozostawało w istotnym stopniu uzależnione od stanu zdrowia psychicznego ojca dziecka – dodaje MGOPS.

Ojciec Antosia: policja przyszła w niefortunnym czasie
Wszystko przez nadgorliwą sąsiadkę.
Tak przynajmniej twierdzi matka biologiczna Antosia. Proste włosy za ramiona, ciemne oczy. Mówi, że opowiadanie o sprawie jest bolesne, ale od razu zgadza się na spotkanie. Podobnie jak ojciec biologiczny, który co chwilę spogląda przed siebie, zastanawiając się, jak najlepiej opisać to, co ich spotkało. Oboje nie kryją emocji.
Matka: – Sąsiadka często dzwoniła na policję i zjawiali się u nas funkcjonariusze. Zarzucono nam, że Antoś jest przez nas zaniedbywany. Zupełnie się nie zgadzam. Przede wszystkim jest przez nas kochany.
Ojciec: – Sąsiadka zgłaszała zakłócanie ciszy nocnej. Raz spaliśmy do dziewiątej czy dziesiątej. Słyszymy pukanie do okna: policja. Jest u nas czysto, ale tego dnia jeszcze nie wstaliśmy i nie posprzątaliśmy. No i był trochę bałagan na stole. Nie jakiś straszny: wczorajsze frytki, trochę szklanek, kubków. Nic wielkiego. Poza tym porozrzucane zabawki. Każde dziecko robi bałagan.
– Robimy co jakiś czas duże zakupy i zbliżał się ten czas. W lodówce było jeszcze trochę jedzenia, ale nie za wiele. Policja zapukała w niefortunnym czasie. Ocenili, że dziecko ma mało jedzenia, chociaż Antoś miał jeszcze słoiczki Gerber – twierdzi tata Antosia.
Dla Rzeczniczki Praw Dziecka tłumaczenia rodziców to jeszcze jeden niepokojący sygnał.
– Każda osoba zajmująca się pomocą krzywdzonym dzieciom wie, że gdy rodzice mówią o złym momencie wizyty służb, jest to kolejna czerwona lampka. W życiu zdarzają się różne sytuacje. Natomiast jeśli na taki argument powołuje się rodzina, która od dłuższego czasu jest monitorowana i nie zawsze chce współpracować ze służbami, jest to alarmujące – analizuje Horna-Cieślak.
Ojciec Antosia przyznaje, że rodzina ma założoną Niebieską Kartę, ale zapewnia, że “to pomyłka” i “wszyscy sobie to już uświadomili”, a rodzice rozmawiali z MOPS-em i “karty prawdopodobnie zostaną szybko anulowane”.
Mężczyzna opowiada, że w kwietniu 2026 r. pogorszył się jego stan psychiczny.
– Wystąpił nawrót choroby. Stwierdziłem, że walka z wewnętrznym wrogiem zaszła w mojej głowie za daleko. Że muszę pojechać do szpitala, żeby mi pomogli. Spędziłem tam niecałe cztery tygodnie. Zmieniono mi leki. Biorę je do dzisiaj – mówi. Podkreśla, że obecnie czuje się dużo lepiej.
– Chcielibyśmy normalnie żyć. Nie mieć żadnych asystentów rodziny, żadnej współpracy z MGOPS-em, tylko jak zwykli szarzy ludzie. Mam w zaleceniach od psychiatry, że powinienem unikać stresujących sytuacji. Za dużo już tego było dla mnie – tłumaczy. I dodaje, że bardzo przeżył śmierć posła Litewki, który im pomagał.
Rodzina znów czuje się skrzywdzona. Twierdzi, że dobrze sobie radziła.
Ojciec: – Sąd, instytucje i urzędnicy wymagali od nas, żebyśmy byli idealnymi rodzicami. Każde nasze najmniejsze nieodpowiednie posunięcie było traktowane jako sygnał, że nie jesteśmy odpowiedni.
Matka: – Dla mnie to nie jest zabranie, to jest złodziejstwo, kradzież dziecka. Jak tak można robić? To ja nosiłam go dziewięć miesięcy pod sercem, a ktoś rządzi się tym dzieckiem? To jest po prostu karygodne i nienormalne.
Powtarzają to, co mówili w mediach wcześniej: za pierwszym razem, w lutym 2025 r., stracili Antosia głównie ze względu na swoją niepełnosprawność.

MGOPS: ojciec zaprzeczał, że jest chory
Według Miejsko-Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Lwówku Śląskim te zarzuty “nie znajdują potwierdzenia w zgromadzonej dokumentacji oraz ustaleniach, którymi dysponował MGOPS”.
Urzędnicy podkreślają, że wniosek skierowany do sądu w lutym 2025 r. nie był podyktowany niepełnosprawnością rodziców i opierał się na informacjach gromadzonych przez wiele miesięcy w czasie wizyt u rodziny i poprzez kontakt z innymi instytucjami.
– Podczas pierwszej wizyty w miejscu zamieszkania matki dziecka stwierdzono, że warunki mieszkaniowe rodziny są trudne i nieodpowiednie dla zaspokojenia potrzeb osób tam zamieszkujących. W mieszkaniu panował wyjątkowy nieład i bałagan (w przedpokoju przejście uniemożliwiały hałdy ubrań oraz porozrzucane obuwie, w kuchni były stosy brudnych naczyń, podłogi w mieszkaniu były brudne i klejące, ściany obdrapane i brudne) – wylicza MGOPS.
Ośrodek pomocy społecznej miał też wątpliwości co do stanu zdrowia ojca.
– W trakcie prowadzonych rozmów ojciec dziecka nie nawiązywał kontaktu wzrokowego z pracownikami socjalnymi. Z informacji posiadanych przez MGOPS wynikało, iż mężczyzna choruje na schizofrenię. Nie był w stanie wskazać miejsca przechowywania swoich leków ani określić ich dawkowania, twierdząc, że stosuje je doraźnie. Dodatkowo zaprzeczał, jakoby był osobą chorą, informując, że to jego rodzina cyt. “robi z niego chorego człowieka” – tłumaczy MGOPS.
– Ojciec dziecka ma istotne problemy zdrowotne, nie stosował się do zaleceń lekarskich, nie uczęszczał na wizyty lekarskie, nie przyjmował zaleconych leków. Zgromadzony podczas monitoringu materiał wskazywał na poważne wątpliwości co do zdolności rodziców do sprawowania funkcji opiekuńczych względem nienarodzonego jeszcze dziecka – twierdzą urzędnicy, wskazując, że ze względu na ograniczoną sprawność ruchową codziennego wsparcia wymaga też matka dziecka.
Ojciec Antosia zarzeka się, że twierdzenia o bałaganie i nieładzie w mieszkaniu to wierutne kłamstwa, a panie z MGOPS-u mówiły, że warunki są w sam raz. Opowiada, że podczas pierwszej wizyty urzędników nie powiedział im o chorobie psychicznej. Jak tłumaczy, nie chciał, by “wszystko o nim wiedzieli”.
Przypomnijmy: o wątpliwościach w kwestii leczenia mężczyzny mówił już we wrześniu 2025 r. burmistrz Lwówka Śląskiego, Dawid Kobiałka.
Ojciec Antosia opowiada, że na jakiś czas odstawił jeden lek, bo bardzo źle na niego wpływał: raz bał się, że ma zawał serca, a raz stracił przytomność. Dwukrotnie trafił do szpitala. Podobno właśnie przez działanie tego leku, a psychiatra nie chciał go zmienić.
– Nie miałem wyjścia, to było zagrożenie mojego życia. Nie brałem leku przez jakiś czas. I dlatego poprzednia pani kierownik MGOPS-u bardzo złośliwie powiedziała, że nie chciałem się leczyć, stygmatyzując mnie jako schizofrenika. Chciałem, ale chciałem też żyć. Nie wiedzą, jaka to była dla mnie trudna sytuacja. Omal nie skończyłem na cmentarzu. Żyłem bez tego leku. I po prostu nawróciła mi się choroba. Było mi bardzo ciężko – wspomina. Zaznacza, że cały czas brał inne przepisane leki.
MGOPS nie ma wątpliwości: wniosek o zabezpieczenie dziecka w lutym 2025 był zasadny.

Ostre cięcia
– Głośny przekaz, że rodzicom zabrano dziecko bez żadnych podstaw, okazał się całkowicie nieprawdziwy – ocenia Katarzyna Krupa-Walkowiak, ekspertka fundacji Adiuvame ds. pieczy zastępczej, nauczycielka akademicka, matka zastępcza i adopcyjna.
– Część społeczeństwa oblała egzamin, dając się ponieść emocjom. W Polsce raczej nie zabiera się dzieci za kurz na półkach. Ta historia doskonale to pokazuje. I uczy nas, że zanim wydamy wyrok, zwłaszcza w tak delikatnej sprawie, warto na chwilę wcisnąć pauzę. Zadać sobie pytanie, czy naprawdę mamy przed sobą pełny obraz sytuacji – dodaje Krupa-Walkowiak.
– Sporo mediów i twórców z dużymi zasięgami bazuje na szybkim przekazie, chwytliwych hasłach. Historiach opowiadanych głównie przez pryzmat emocji, a nie faktów. Przeraziło mnie, jak wielu ludzi automatycznie przyjęło retorykę rodziców, ignorując perspektywę dziecka. To był zbiorowy obłęd. A instytucje miały w przekazie związane ręce, bo nie mogą ujawniać wielu wrażliwych informacji – analizuje ekspertka.
Jak mówi z kolei dr Anna Krawczak, współzałożycielka Interdyscyplinarnego Zespołu Badań nad Dzieciństwem Uniwersytetu Warszawskiego, umieszczenie Antosia w pieczy zastępczej nie powinno być dla nikogo szokiem.
– Od początku było wiadomo, że istnieje wiele czynników ryzyka krzywdzenia dziecka i jednocześnie brak jest czynników ochronnych. Mam na myśli m.in. kryzys zdrowia psychicznego jednego z rodziców, gdzie dodatkowo pojawiły się wątpliwości co do leczenia, czy wiek dziecka do trzeciego roku życia. Ponadto ze stanowiska ośrodka pomocy społecznej jasno wynika, że proponowano różne formy wsparcia, ale rodzina odmawiała – wylicza Krawczak.
Podkreśla, że wszystko, czego przez półtora roku doświadczył Antoś, może mieć dla niego poważne konsekwencje.
– Skoro tata chłopca cierpi na chorobę psychiczną, dziecko jest w grupie ryzyka. I co mu zafundowaliśmy? Kilkukrotną zmianę miejsca zamieszkania. Kilka ostrych cięć. Tak naprawdę nie wiemy jeszcze, jaki te przeżycia będą miały skutek dla jego psychiki – mówi badaczka współpracująca z Fundacją Dajemy Dzieciom Siłę.
Jej zdaniem, w całej historii skrzywdzono nie tylko Antosia.
– Wiele osób założyło, że wspierając rodziców biologicznych automatycznie działa też dla dobra dziecka i w związku z tym wszystkie chwyty dozwolone. Przez podgrzewanie atmosfery złość społeczeństwa na system przeniosła się też na rodziców zastępczych. A nie mówimy o żadnej placówce czy urzędnikach, tylko o zwykłym małżeństwie, które chciało pomóc dziecku.
– Ci ludzie byli po prostu niszczeni.

Niezobowiązująca rozmowa
Połowa lipca 2026 r. Mała miejscowość pod Rzeszowem.
Juan wyszedł na drogę, żeby nie było wątpliwości, który to dom. Przez dwanaście lat mieszkali z Sylwią w Hiszpanii, ale wiedzieli, że kiedyś osiądą w Polsce. Są tu od 2017 r.
Ona przez lata pracowała w biurze, on jest elektromonterem. Sylwia to typ gaduły. Juan, choć mówi po polsku, głównie dopowiada. Uśmiechają się, że ułożyło im się w życiu. Mają czwórkę zdrowych dzieci. Duży dom, który Juan budował własnymi rękami razem z teściem. Nie żyją w luksusach, ale na chleb im nie brakuje. Uznali, że mogą komuś pomóc. Zaczęli odwiedzać dzieci w pobliskim domu dziecka. Przeszli kurs, zostali niezawodową rodziną zastępczą. W grudniu 2024 r. trafiła do nich mała dziewczynka, która właśnie pokazuje palcem, że ma ochotę na ciastko.

Któregoś dnia Sylwia obejrzała program o dzieciach czekających na miejsce w pieczy zastępczej. Tylko w szpitalu w Jeleniej Górze było dwanaścioro takich niemowlaków. Sylwia nie mogła uwierzyć, że nie ma dla nich rodzin. Pod linkiem do programu napisała w mediach społecznościowych, że rozważają z mężem przyjęcie kolejnych dzieci.
Tego samego dnia odezwało się do niej Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie z Lwówka Śląskiego. Chcieli “niezobowiązująco porozmawiać”. Przesłali Sylwii i Juanowi krótki opis historii kilkumiesięcznego Antosia. Później wszystko potoczyło się szybko, ale małżeństwo nie miało wątpliwości.
Pod koniec maja 2025 r. zostało dla Antosia rodziną zastępczą.
Jak mówią, chłopczyk świetnie się u nich odnalazł. Żywy, wesoły, nie rozstawał się z pluszowym misiem córki Sylwii. – Nie mieliśmy wtedy pojęcia, że stanie się zaraz jednym z najbardziej znanych dzieci w Polsce – opowiada Juan.
Miesiąc po jego przyjeździe, w czerwcu, do Sylwii zadzwoniła bratowa. Zobaczyła w telewizji program o Antosiu.
Zareagowali z Juanem spokojnie. Zrobiło im się żal biologicznej matki, że nie może wychowywać dziecka, o którym marzyła. Pomyśleli, że skoro rodzice są tacy zdeterminowani, pewnie chłopczyk szybko do nich wróci. Nie mieli z tym problemu.
Nie byli jeszcze świadomi, jak wielkie emocje wywołuje sprawa. Sylwia zobaczyła w mediach społecznościowych, że nagłośnił ją m.in. poseł Łukasz Litewka, który ostro skrytykował decyzję sądu. Zaczęła czytać komentarze pod jego postem.
“Posypali kasą i tyle”
Komentuje “Julia”: Bogaci ludzie zapłacili za dziecko.
“Dawid”: Kur…, nie ludzie, ci co im to zrobili. Byście wy, śmiecie je…, kiedyś sami stali się osobami niepełnosprawnymi.
“Domo Wesoło”: Szczerze, sądzę, że ta para, która dostała nieswoje dziecko, posypała kasą i tyle. Taki jest świat.
“Marta”: To się dzieje u nas w kraju? Ten, kto wydał decyzję, powinien zostać ukamieniowany.
Sylwia milknie i pociąga nosem. Wstaje od stołu, żeby ochłonąć i się pozbierać.
– Przeżyłam szok. Nie rozumiałam, dlaczego ludzie piszą o nas z taką nienawiścią. Chcieliśmy tylko pomóc, a w oczach wielu staliśmy się intruzami, którzy zabrali komuś dziecko. Nie mogłam tego pojąć. Bałam się, że zaraz zaczną rzucać nam w okna kamieniami. Z czasem strach przerodził się w żal – mówi.
Wkrótce zaczęli odbierać telefony.
Od pełnomocnika rodziców biologicznych, który poinformował ich o wszystkich prawach swoich klientów.
Od matki biologicznej, że “Antoś jest ich i do nich wróci”. – Powiedziałam, że rozumiem i że nie musi mi tego mówić, bo opiekujemy się chłopczykiem tymczasowo. Nigdy nie zakładaliśmy adopcji żadnego dziecka, które jest w naszej pieczy – tłumaczy kobieta.
Rodzice biologiczni chcą zobaczyć Antosia. Sylwia i Juan zapraszają ich do domu.
Sylwia: – Poprosiłam tylko, by podczas wizyty nie było kamer. Nie chcieliśmy, by filmowano nasz dom. Wywoływało to u mnie duży stres. Bałam się kolejnej fali nienawiści i krzywdzących ocen. Mój jedyny warunek dotyczący braku kamer i zdjęć domu bardzo nie spodobał się mecenasowi rodziny biologicznej. Mówił, że sprawa jest już tak medialna, że nie da się tego zatrzymać. Traktował nas z góry. Poczuliśmy się przez niego zaatakowani.
Juan: – Zupełnie nie rozumieliśmy całego zamieszania. Przecież Antoś potrzebował przede wszystkim rodziny, nie telewizji.
Ostatecznie spotykają się w wakacje 2025 r. w Powiatowym Centrum Pomocy Rodzinie niedaleko domu Juana i Sylwii.
– Rodzicom biologicznym zależało, by ich spotkanie z synem po rozłące rejestrowały kamery. Było to dla nas dziwne, ale rozmawiało się sympatycznie. Nie doświadczyliśmy z ich strony żadnej wrogości. Na pierwszym spotkaniu potrzymali Antosia, próbowałam posadzić go mamie biologicznej na kolanach. Rozstaliśmy się w dobrej atmosferze. Pozostaliśmy w kontakcie, wysyłaliśmy im zdjęcia dziecka – wspomina.
We wrześniu zapada decyzja sądu o powrocie Antosia do domu rodzinnego. Rodzice biologiczni znów ruszają pod Rzeszów.
– Skontaktowała się z nami kobieta, która przedstawiła się jako przyjaciółka rodziny. Powiedziała, że na 9.00 Antoś ma być gotowy, bo rodzice jadą z postanowieniem sądu. Okazało się później, że była to reporterka TVP, współautorka pierwszego reportażu o Antosiu. I że jego rodzice zmierzają do nas z ekipą telewizyjną. W internecie zapowiadano już relację TV z odbioru dziecka. Znowu byliśmy zdezorientowani – mówi Sylwia.
Ostatecznie przekazanie Antosia nastąpiło w jednej z placówek podlegających PCPR. Rodzice biologiczni nie kryli wzruszenia. Zrobili sobie pamiątkowe zdjęcia.
Sylwia i Juan byli przekonani, że to finał historii. Bardzo się mylili.

Wątek iberyjski
Kilka dni później usłyszeli wypowiedzi mecenasa rodziców biologicznych, Ernesta Ziemianowicza, który odpowiadał na pytania użytkowników Facebooka. Mówił między innymi o procesie adopcji.
– Trzeba oczywiście spełnić całą paletę wymagań. A faktycznie te adopcje zagraniczne budzą duże wątpliwości. U Antosia też był wątek iberyjski, że tak powiem. Będę musiał to wyjaśnić jeszcze – opowiadał.
– Proszę państwa, pamiętajcie też, że w pewien sposób to jest biznes systemowy. Dziecko idzie dalej, w sensie do pieczy. Piecza to też wynagrodzenia, to też pieniądze. – zaznaczył.
Krytykował, że Antoś trafił do pieczy ponad 500 km od domu. – I jakim cudem dziecko trafiło do mieszanej rodziny? Też nie mogę tego zrozumieć dalej, bo to nie była tylko polska rodzina, ale polsko-hiszpańska. Czyli osoba, która, załóżmy, nie włada językiem polskim, jest Hiszpanem, Czechem, potrafi więcej załatwić, nie znając języka, w przypadku chorego dziecka, niż ojciec? Który mówi po polsku? Który logicznie rozumuje, który się leczy? Nie mogę tego zrozumieć, proszę państwa. Ale ten temat na pewno będzie wyjaśniany. Ja tego też tak nie zostawię – grzmiał mecenas.
– Nie wierzyłam, że to się dzieje naprawdę – mówi Sylwia.
– Jesteśmy jedyną rodziną zastępczą w okolicy, w dodatku polsko-hiszpańską. Wszyscy wiedzą tu, że chodzi o nas. Jakim prawem pan mecenas mówił takie rzeczy? “Wątek iberyjski”, “biznes systemowy”, “adopcja zagraniczna” – przecież takie hasła wyłącznie podsycały złe emocje. A to wszystko w momencie, gdy Antoś wrócił już do rodziców.
– Mąż mówi po polsku. Poza tym już wcześniej czytaliśmy komentarze, że chcemy się dorobić na dziecku. Dostawaliśmy na Antosia 1500 zł miesięcznie jako zwrot kosztów jego utrzymania. Taka była wówczas stawka. Jako niezawodowa rodzina zastępcza nie otrzymujemy wynagrodzenia – dodaje Sylwia.
Juan przestał śledzić, co dzieje się w mediach wokół sprawy. Sylwii radził to samo.
Juan: – Daliśmy sobie radę i idziemy dalej. Ale żona bardzo to przeżyła. Zapłaciła za to, że ma dobre serce. Że każdego dnia poświęca się dla dzieci.
Sylwia: – Przepłakałam wiele wieczorów. Korzystałam z pomocy psychologa i grupy wsparcia. Pomogły mi też rozmowy z PCPR-em z Lwówka Śląskiego. Potrzebowaliśmy od kogoś usłyszeć, że nie zrobiliśmy nic złego.
– To, co się wydarzyło, jest dla nas niesprawiedliwe i bardzo krzywdzące. Ukarano nas. Tylko nie wiem, dlaczego i za co.
Katarzynę Krupa-Walkowiak oburzyły nie tylko słowa mec. Ziemianowicza, ale dominujący medialny przekaz, pokazujący – jak ocenia ekspertka – przede wszystkim perspektywę rodziców biologicznych.
– Bardzo skrzywdzono nie tylko Antosia, ale też panią Sylwię i pana Juana. Rodziny zastępcze zostały przedstawione jako złodzieje, hieny, ludzie czerpiący korzyści z czyjegoś nieszczęścia. Przez tę historię mocno oberwało całe środowisko.
Mecenas Ziemianowicz: krytyka systemu, nie konkretnych osób
– Stanowczo nie zgadzam się z sugestiami, jakobym podsycał negatywne emocje wobec rodziny zastępczej lub dążył do jej identyfikacji. Takie twierdzenia nie odpowiadają rzeczywistości – komentuje mecenas Ziemianowicz.
Mówi, że krytykował system, a nie rodziców zastępczych.
– Od początku tej sprawy prezentuję konsekwentne stanowisko, że system pieczy zastępczej w Polsce wymaga zmian organizacyjnych i funkcjonalnych. Krytyka dotyczyła funkcjonowania instytucji jako całości, a nie konkretnych osób pełniących funkcję rodziny zastępczej – dodaje.
Według niego rodzice zastępczy “lub osoby z nimi związane” zamieszczali w internecie personalne wpisy na temat rodziców biologicznych i jego samego, a powinni zachować “pełną neutralność” i “powściągliwość”. Nie wskazuje, o jakie dokładnie wpisy chodzi, ale “zostały odpowiednio zabezpieczone”.
W porównaniach ojca biologicznego z “załóżmy Hiszpanem, Czechem”, wcale nie chodziło mu o pochodzącego z Hiszpanii ojca zastępczego. Chciał jedynie podkreślić, że opiekunowie powinni swobodnie porozumiewać się po polsku. – Nie była to wypowiedź odnosząca się do narodowości czy pochodzenia konkretnych osób, lecz do praktycznych wymagań związanych z zapewnieniem dziecku właściwej opieki.
– Nie wywierałem żadnej presji ani nie stawiałem żądań naruszających prywatność rodziny zastępczej. Nieprawdziwe są również twierdzenia, jakobym traktował kogokolwiek z góry lub w sposób napastliwy – odpowiada.
Ziemianowicz uważa, że wykonywał jedynie swoje obowiązki pełnomocnika procesowego rodziców biologicznych.

Czas na stabilizację
Antoś od kilku tygodni jest w pieczy zastępczej blisko domu rodzinnego. Rodzice regularnie go odwiedzają.
– Gdy chłopczyk przebywał w szpitalu, był moment, by kompleksowo zbadać sytuację rodziny i na przykład powołać biegłych czy zasięgnąć opinii opiniodawczego zespołu sądowych specjalistów. To był kluczowy okres. Tak częsta zmiana pobytu dziecka będzie miała kolosalny wpływ na jego funkcjonowanie w przyszłości. Sytuacja dziecka musi się ustabilizować – komentuje Monika Horna-Cieślak.
– Bardzo źle się wydarzyło, że dziecko zostało umieszczone 500 kilometrów od rodziny. Moim zdaniem to największy błąd systemu w całej historii. Nie można obwiniać tu sądu, PCPR-u i MGOPS-u. Oni stanęli na wysokości zadania, znaleźli miejsce. Natomiast nieraz sami szukamy dla dzieci miejsc w całej Polsce i nigdzie ich nie ma. Pod tym kątem system pieczy zastępczej musi się natychmiast zmienić – apeluje Rzeczniczka Praw Dziecka.
Dlaczego za pierwszym razem dziecko umieszczono ponad 500 km od Lwówka Śląskiego? I czemu pierwsze trzy miesiące swojego życia, zamiast w jakiejś rodzinie, spędziło w szpitalu?
– Z uwagi na brak wolnych miejsc w rodzinnej pieczy zastępczej, zarówno na terenie powiatu lwóweckiego, jak i w innych powiatach – informuje Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie z Lwówka Śląskiego.
– Jednocześnie żadna z osób z najbliższej rodziny, ze strony rodziców biologicznych, pomimo sugestii ze strony właściwych instytucji, nie złożyła wniosku o pełnienie funkcji rodziny zastępczej dla dziecka – zaznaczają urzędnicy.
Jak mówi babcia Antosia, pytano ją, czy nie zostałaby rodziną zastępczą, ale w ich rodzinie nigdy nie było takich przypadków, a jej wydawało się, że jeśli tak się stanie, utrudni rodzicom drogę do odzyskania syna.
Zapowiada jednak, że niebawem złoży wniosek o zostanie dla chłopca rodziną zastępczą. Rodzice Antosia też tego chcą. Obawiają się, że nie odzyskają pełnej opieki nad synem. Mają nadzieję, że będzie jak najbliżej nich.
Matka: Antoś wypełniał nam każdy dzień, a teraz mamy w domu pustkę. Obcy ludzie mają się cieszyć naszym dzieckiem? A ja mam je widzieć tylko na zdjęciach i spotkaniach w PCPR? Tak się nie robi.
W grudniu ma odbyć się kolejna rozprawa.
Kolejna zmiana
Sylwia i Juan nie chcą oceniać postanowienia sądu o powrocie dziecka do pieczy. Tłumaczą, że mają swoje zdanie, ale nie będą się nim dzielić.
– Antoś jest w miejscu tymczasowym, więc niebawem czeka go pewnie kolejna duża zmiana. Pod tym względem dziecko zostało skrzywdzone, a system zawiódł. Dlatego myśląc dziś o historii Antosia, czuję złość. Powinien od początku trafić do pieczy zastępczej blisko domu rodzinnego – ocenia Sylwia.
Po medialnej burzy ona i Juan zastanawiali się, czy nie rozwiązać rodziny zastępczej. Uznali jednak, że nie mogą tego zrobić. – Dzieci, którymi się opiekujemy, by na tym ucierpiały. Nie po to z mężem zaczęliśmy pomagać, żeby teraz się poddawać i skazywać je na zmianę miejsca – tłumaczy Sylwia.
Zdecydowała się pierwszy raz zabrać głos dla innych rodzin zastępczych, które często są krzywdzone i niesprawiedliwie oceniane.
Ale Sylwia nie ma wątpliwości: najbardziej w całej historii ucierpiał Antoś.
Chcesz skontaktować się z autorem? Napisz! dariusz.faron@grupawp.pl
PREMIUM Zapisz się na newsletter!
Zapisz mnie