“Sygnał dla państw NATO”. Rosja szykuje mobilizację?
Ppłk Maciej Korowaj, analityk wojskowy z Instytutu Wschodniej Flanki i wykładowca z Uniwersytetu w Białymstoku, podkreśla, że takiego scenariusza nie można wykluczyć na ten moment. W rozmowie z Wirtualną Polską ekspert wskazuje na ewentualne przyczyny takiego stanu rzeczy oraz korzyści, które Kreml może wynieść z takiego ruchu.
Rosyjska fabryka żołnierzy
Rosja od dłuższego czasu przygotowywała zaplecze pod masowy pobór. – Przygotowali ośrodki szkoleniowe, które w jednym miesiącu mogą przeszkolić od 90 do 120 tysięcy żołnierzy. Mówimy tu o klasycznych obiektach, nie licząc tych doraźnych, które mogłyby tę liczbę zwielokrotnić – wylicza ppłk Korowaj.

Rozmówca WP wskazuje jednocześnie, że mobilizacja to proces znacznie bardziej złożony niż samo wręczenie powołań. Rosyjski plan zakłada tzw. szybkie ścieżki szkoleniowe. – To kursy trwające do 45 dni. Powołać ludzi to nie problem, zrobili to już wcześniej. Wyzwaniem jest ich przeszkolenie, zgranie, wsadzenie do sprzętu i sprawienie, by to wszystko na polu walki “grało” – zaznacza ekspert.
Czemu jednak Kreml może zdecydować się na taki ruch? Zdaniem analityka, kluczowym powodem ogłoszenia mobilizacji zaraz po jesiennych wyborach do Dumy może być strach Kremla przed własnym społeczeństwem.
– Po wyborach mogą wystąpić napięcia społeczne lub zamieszki. Mobilizacja to idealny sposób, by “zgarnąć” tych ludzi. Dzięki temu można sprawić, by potencjalne protesty zostały rozmasowane i straciły na sile – ocenia.
Mobilizacja pozwala Moskwie także na osiągnięcie efektu zewnętrznego. – To byłby sygnał dla państw NATO: “Szykujemy się do czegoś dużego, zacznijcie z nami wreszcie gadać” – podkreśla ppłk Korowaj.

Kryzys “kontraktowców” i straszenie frontem
Lista problemów, które Kreml mógłby takim posunięciem rozwiązać, na tym się jednak nie kończy. Rozmówca WP wskazuje przy tym na obecne problemy Rosjan na froncie. Plotki o mobilizacji są celowo podsycane przez rosyjskie służby, gdyż Rosjanie odnotowują drastyczny spadek chętnych do podpisania kontraktu z armią. – Obecnie w Rosji podpisuje się od 500 do 800 kontraktów dziennie, podczas gdy wcześniej liczba ta przekraczała tysiąc – wylicza ekspert. Nie jest to jednak wyłącznie świeży narybek, który mógłby pozwolić uzupełnić straty. Na tę liczbę składają się także osoby, które już wcześniej były na kontrakcie w armii, a teraz podpisały kolejny.
– Rosja regularnie wypuszcza plotki o mobilizacji. Przekaz jest prosty: “lepiej podpisz kontrakt teraz na dobrych warunkach, bo zaraz weźmiemy cię siłą i będziesz walczył za darmo” – tłumaczy wykładowca Uniwersytetu Białostockiego.
Ppłk Korowaj zwraca uwagę na jeszcze jeden aspekt. Sama mobilizacja nie zmieni natychmiastowo sytuacji na froncie – nie przełoży się także na natychmiastowe zagrożenie dla wschodniej flanki NATO. Wcielenie rezerwistów to proces czasochłonny i złożony – z takimi Rosja ma spore problemy. Ponadto operacja “nasycenia” armii rezerwistami wymagałaby od Rosji pauzy operacyjnej, na którą Moskwa nie może sobie pozwolić.
– Żeby skonsolidować rezerwistów z doświadczonymi jednostkami, trzeba by te ostatnie wycofać z frontu. Rosjanie są jednak pod stałą presją ukraińskich dronów i ataków, co zaburza procesy rotacyjne. Wiemy też, że Rosja często “nie dowozi” tak skomplikowanych logistycznie operacji do szczęśliwego finału – ocenia ekspert.

Wysłanie nowych rekrutów w kamasze powoduje jednak także problemy. Mobilizacja wyssie bowiem pracowników z gospodarki, co w obecnych warunkach jeszcze bardziej mogłoby pogłębić kryzys ekonomiczny w Rosji. – Z drugiej jednak strony rosyjski przemysł mierzy się z brakiem paliwa – wskazuje wojskowy. To powoduje, że zakłady nie produkują, pracownicy nie mają co robić, narasta w nich frustracja, a następnie mogliby wyjść na ulicę. Tego jednak nie zrobią, jeśli pójdą w kamasze.