Rolnik zaorał drogę, bo granica mogła przebiegać inaczej? Zdjęcia Google pokazują nowe szczegóły w sprawie
W usłudze Google Street View po najechaniu na ulicę Rybacką w Gliwicach można zobaczyć zdjęcia archiwalne z poziomu ziemi. Zrobiono je w 2012 r. oraz ponownie w 2025 r. W obu przypadkach w okolicach miejsca, gdzie ul. Rybacka krzyżuje się z ulicą Ekonomistów, widać dwa betonowe słupki wkopane w ziemię. Wirtualna Polska pokazała je geodetom. Ci nie mogą przeczytać tego, co jest napisane na słupkach, ale przekonują, że opcje są tak naprawdę dwie.
– To albo słupek graniczny pomiędzy dwoma działkami, albo słupek pokazujący koniec pasa drogowego – mówi Piotr, jeden z geodetów pracujących na Podhalu. – W obu przypadkach efekt jest jednak ten sam. Ten słupek wskazuje krańcowy punkt, do którego powinna dochodzić droga, by nie zabierać nieruchomości tego rolnika. Tymczasem z analizy tych archiwalnych zdjęć i fotografii, które od weekendu ogląda cała Polska (pokazują zaorany przez 60-latka asfalt) wygląda, że ta nowa droga jest jednak dużo szersza niż była wcześniej.
“Miejsce, gdzie stały te słupki jest w środku obecnego asfaltu i niemal dokładnie tam, gdzie rolnik zaczął orać asfalt” – piszą internauci. “Ten chłop musiał być do tej granicy tak silnie przywiązany, że orał dosłownie po niej” – dodają.
- 1
Słupki graniczne przy ulicy Ryback…

Słupki graniczne przy ulicy Rybackiej na zdjęciach z 2012 r.
- 2
Słupki graniczne przy ulicy Ryback…

Słupki graniczne przy ulicy Rybackiej na zdjęciach z 2012 r.
“Wielu starszych ludzi jest do takich granic, czasem słupków, czasem kamieni, bardzo przywiązanych. Traktują taką granicę jako największą świętość. Dla nich słupek graniczny jest więcej wart niż papier” – dodają kolejni.
Miasto sprawdza akta i prosi, by uzbroić się w cierpliwość
Czy granica pomiędzy ziemią należącą do Urzędu Miasta Gliwice i Józefa M. (jak nazywa się rolnik) faktycznie w przeszłości przebiegała inaczej? A jeśli tak, to czy w przeszłości 60-latek został z niej wywłaszczony? Czy otrzymał za to odszkodowanie, a jeśli tak, to czy je podjął, czy też może nie uznał tej decyzji i pieniądze cały czas czekają na niego na specjalnym koncie bankowym?
Te wszystkie pytania wysłaliśmy rzecznikowi prasowemu Urzędu Miasta Gliwice.
– Ziemia pod drogą jest miasta, ale informacje na temat tego, jak dokładnie weszliśmy w jej posiadanie, są przygotowywane przez Zarząd Dróg Miejskich. To może trochę potrwać. Odpowiemy na wszystkie wątpliwości najszybciej jak tylko się da – mówi Mariusz Kopeć.
Tym samym gliwicki magistrat dalej nie ucina spekulacji internautów. Wielu z nich twierdzi, że nawet jeśli część działki rolnika została przejęta pod drogę, mógł on nie wiedzieć o zmianie własności lub nie mieć świadomości jej prawnych konsekwencji. Słupki graniczne, które stały przy ul. Rybackiej jeszcze w 2025 r. mogły go utrzymywać w przekonaniu, że jego własność sięga dalej, niż było to faktycznie.
Gliwicka radna: miasto mogło przejąć ziemię bez pieniędzy i bez notariusza
Więcej światła na sprawę w gliwickiej dzielnicy Ostropa rzuca Alicja Mainusch-Buhl, radna miejska z Gliwic. Ta na prowadzonym przez siebie profilu na Facebooku opublikowała kulisy przejęcia ziemi rolnika, do którego miało dojść 25 lat temu. Radna przyznaje jednak, że stało się to w bardzo kontrowersyjny sposób. “Ziemia zmieniła właściciela bez notariusza” – informuje lokalna działaczka.
“Wszyscy wiemy, jak w zwyczajnych warunkach wygląda sprzedaż ziemi: umawiasz się z kupującym, idziecie do notariusza, podpisujecie akt, dostajesz pieniądze, wydajesz grunt. Najpierw kasa, potem towar. Tak działa świat. Ale w polskim prawie istnieje jeden wyjątek, o którym większość ludzi nie ma pojęcia. Nazywa się art. 98 ustawy o gospodarce nieruchomościami i działa tak: Jeżeli właściciel dzieli swoją nieruchomość na mniejsze działki i w wyniku tego podziału wydziela się pas gruntu pod drogę publiczną — ten pas przechodzi na własność gminy automatycznie, z mocy samego prawa. Bez umowy. Bez notariusza. Bez pieniędzy na stół w dniu przejęcia. W dniu, w którym decyzja o podziale staje się ostateczna — własność po prostu “przeskakuje” na gminę – pisze Alicja Mainusch-Buhl, radna Rady Miasta Gliwice.
Jak dodaje, dokładnie to stało się przy ul. Rybackiej. W marcu 2001 r. ówczesny prezydent miasta Gliwice zatwierdził — na wniosek ówczesnego właściciela — podział jego nieruchomości. Z podziału wydzielono m.in. dwie wąskie działki pod drogę. I te działki, zgodnie z ustawą, przeszły na miasto jeszcze w 2001 r. Wpis w księdze wieczystej rok później tylko to potwierdził.
Tu jednak pojawia się “ale”. Zdaniem radnej Mainusch-Buhl rolnik mógł do dziś nie dostać za przejętą ziemię pieniędzy.

“Ustawa mówi: właścicielowi należy się odszkodowanie. Ale — i tu proszę usiąść — odszkodowanie przychodzi po przejęciu gruntu, nie przed. Czasem po miesiącach. Czasem po latach” – pisze na Facebooku gliwicka radna. “A przejście własności nie zależy od tego, czy pieniądze w ogóle dotarły. Czyli państwo czy miasto najpierw biorą, a dopiero potem płacą. Odwrotnie, niż każdy z nas robi to w normalnym życiu. Czy w tej konkretnej sprawie odszkodowanie wypłacono? Tego z ksiąg wieczystych nie wyczytamy. I właśnie to zamierzam ustalić — jako radna mam do tego narzędzia” – dodaje Alicja Mainusch-Buhl.
Rolnik kolejny dzień nie złożył zażalenia wobec umieszczenia go w areszcie. Pomoże mu Ordo Iuris?
O tym, że najsłynniejszy w ostatnich dniach polski rolnik tak naprawdę może być osobą nieporadną i nieznającą prawa, świadczy jeszcze jeden szczegół. Jak ustalił dziś ponownie dziennikarz WP, do Sądu Rejonowego w Gliwicach już drugi dzień z rzędu nie wpłynęło zażalenie na areszt tymczasowy dla rolnika.

Mężczyzna ten ma prawo zaskarżyć umieszczenie siebie w areszcie. Może to zrobić osobiście choćby na skrawku papieru, jaki powinni mu udostępnić strażnicy z aresztu. Mężczyzna w teorii powinien wiedzieć, że przysługuje mu takie prawo. Powinien go o tym informować sąd.
– Takie pismo dziś do sądu na pewno nie wpłynęło – mówi WP Agata Dybek – Zdyń, rzeczniczka prasowa Sądu Okręgowego w Gliwicach. – Mężczyzna ma na zaskarżenie decyzji o umieszczeniu samego siebie w areszcie siedem dni. Czas biegnie od zeszłej niedzieli – dodaje sędzia.
Ustaliliśmy także, że Józef M. cały czas nie ma obrońcy. Tu także nic nie zmieniło się od poniedziałku.

– Na razie nie mieliśmy kontaktu od nikogo z kręgu rodziny lub znajomych tego aresztowanego pana – przyznaje Filip Bator, rzecznik prasowy Fundacji Instytut na rzecz Kultury Prawnej Ordo Iuris. – Dlatego na razie nie uczestniczymy w tej sprawie w żadnym aspekcie. Nie wykluczamy jednak, że jeśli ktoś się do nas z taką prośbą zwróci, to zajmiemy się pomocą temu mężczyźnie. Wydaje się, że tutaj możemy mówić o nadmiernej surowości wymiaru sprawiedliwości względem tego mężczyzny i takie coś jest jak najbardziej w zakresie służby naszej Fundacji – dodaje.

