12 July, 2026

Prof. Grzegorz Motyka dla WP: Zełenski przywrócił problem, który można było odłożyć do końca wojny

Mateusz Lachowski dla Wirtualnej Polski: Kolejna rocznica Krwawej Niedzieli przypada w atmosferze największego od lat sporu historycznego między Polską i Ukrainą. Po spotkaniu prezydentów w Ankarze nie udało się osiągnąć porozumienia. Czy z punktu widzenia historyka widzi pan dziś wyjście z tej sytuacji?

Prof. Grzegorz Motyka dla WP: Zełenski przywrócił problem, który można było odłożyć do końca wojny

Prof. Grzegorz Motyka: Sytuacja jest bardzo trudna. Mam wręcz wrażenie, że doszło do zresetowania polsko-ukraińskiego dialogu historycznego. Mówię to z dużym żalem, bo wydawało się, że po odblokowaniu ekshumacji polskich ofiar i wznowieniu rozmów udało się wypracować ścieżkę, która – choć trudna – pozwalała stopniowo rozwiązywać najbardziej drażliwe kwestie.

Symbolem tego był kongres w Baranowie Sandomierskim i wznowienie kontaktów historyków obu krajów. Moim zdaniem sprawy historyczne zostały wówczas zdjęte z politycznego stołu i mogły poczekać do zakończenia wojny. Tymczasem prezydent Wołodymyr Zełenski zdecydował się ponownie uczynić z nich przedmiot politycznego sporu.

To zmieniło sytuację całkowicie.

Prof. Grzegorz Motyka dla WP: Zełenski przywrócił problem, który można było odłożyć do końca wojny

Co musiałoby się wydarzyć, żeby ten impas przełamać?

Przede wszystkim potrzebny jest wyraźny gest ze strony Ukrainy. Nie da się odbudować zaufania bez uszanowania polskiej wrażliwości historycznej. Państwo ukraińskie powinno jasno powiedzieć, że Ukraińska Powstańcza Armia dopuściła się masowych zbrodni na ludności polskiej i że współczesna Ukraina te zbrodnie potępia.

To nie jest kwestia interpretacji czy sporu między historykami. To kwestia elementarnego uznania faktów.

Prof. Grzegorz Motyka dla WP: Zełenski przywrócił problem, który można było odłożyć do końca wojny

Po drugie, potrzebna jest wola polityczna po obu stronach. Takie decyzje zapadają na najwyższym szczeblu i są uzależnione od kalkulacji politycznych. Dzisiaj jednak te kalkulacje są bardzo trudne, bo znaczna część polskiej opinii publicznej odebrała ostatnie decyzje Wołodymyra Zełenskiego jako lekceważenie pamięci o ofiarach.

Prof. Grzegorz Motyka dla WP: Zełenski przywrócił problem, który można było odłożyć do końca wojny"To nie powinno być normalne". MSZ nie zna szczegółów spotkania z Zełenskim

W Polsce większość badanych popiera odebranie prezydentowi Zełenskiemu Orderu Orła Białego.

Prof. Grzegorz Motyka dla WP: Zełenski przywrócił problem, który można było odłożyć do końca wojny

Ja akurat należę do tych, którzy są temu przeciwni. Uważam jednak jednocześnie, że decyzje prezydenta Ukrainy były głęboko błędne. To nie są poglądy sprzeczne.

Można uważać, że odebranie najwyższego polskiego odznaczenia byłoby niewłaściwe, a jednocześnie bardzo krytycznie oceniać działania władz Ukrainy w sprawach historycznych.

W ostatnich tygodniach pańskie wypowiedzi są znacznie ostrzejsze niż wcześniej. Wielu pamięta pana jako zwolennika dialogu z Ukrainą. Co się zmieniło?

Prof. Grzegorz Motyka dla WP: Zełenski przywrócił problem, który można było odłożyć do końca wojny

Nie sądzę, żebym zmienił poglądy. Od wielu lat sprzeciwiałem się relatywizowaniu zbrodni wołyńskiej i zasadzie symetrii win. W 2023 r. należałem do osób, które bardzo ostro krytykowały wspólny wpis prezydentów Andrzeja Dudy i Wołodymyra Zełenskiego sugerujący równą odpowiedzialność obu stron.

Uważałem wtedy i uważam dziś, że takie stawianie sprawy jest historycznie nieprawdziwe.

Zmieniło się natomiast coś innego. Mam wrażenie, że przestaliśmy rozmawiać wyłącznie o historii. Dzisiaj obserwujemy zderzenie dwóch polityk historycznych.

Prof. Grzegorz Motyka dla WP: Zełenski przywrócił problem, który można było odłożyć do końca wojny

Polska stoi przed wyborem: albo zaakceptuje ukraińską narrację historyczną, albo będzie jej zdecydowanie się przeciwstawiać. Pole do kompromisu bardzo się zawęziło.

Jeszcze kilka miesięcy temu wierzyłem, że wiele uda się wypracować w dialogu historyków. Dzisiaj nie jestem już takim optymistą. Jeżeli nie pojawi się wyraźny sygnał ze strony władz Ukrainy, żadne kolejne komisje czy seminaria nie rozwiążą problemu.

W przestrzeni publicznej pojawia się coraz więcej fałszywych informacji dotyczących historii. Dotyczy to także prób stawiania znaku równości między Armią Krajową a UPA.

To nie ma oparcia w faktach historycznych. Pamiętam spotkania kombatantów AK z przedstawicielami UPA sprzed lat. Były one incydentalne, często odbywały się w atmosferze bardzo ostrych sporów. Dziś przedstawia się je jako dowód rzekomego pojednania obu formacji, co jest zwyczajnym fałszowaniem historii.

Prof. Grzegorz Motyka dla WP: Zełenski przywrócił problem, który można było odłożyć do końca wojnyTak władze uczczą pamięć ofiar ludobójstwa na Wołyniu. Znamy plany. Spodziewane prowokacje

Wróćmy do samej historii. Często mówi się o 11 lipca 1943 r. jako początku rzezi wołyńskiej, choć w rzeczywistości zbrodnie rozpoczęły się wcześniej. Jak wyglądał ten proces?

To rzeczywiście nie zaczęło się 11 lipca. Żeby zrozumieć Krwawą Niedzielę, trzeba cofnąć się do przełomu 1942 i 1943 r. Wtedy kierownictwo Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów frakcji Bandery podjęło decyzję o tworzeniu własnych oddziałów partyzanckich, z których później powstała Ukraińska Powstańcza Armia.

W planach walki zbrojnej przeciwnikami mieli być Niemcy i Sowieci, ale także Polacy. Wynikało to z przyjętej wcześniej doktryny wojskowej zakładającej stworzenie etnicznie jednolitego państwa ukraińskiego. W praktyce oznaczało to usunięcie polskiej ludności z terenów uznawanych za ukraińskie.

Pierwszą akcję UPA przyjmuje się na 9 lutego 1943 r. Tego dnia oddział dowodzony przez Hryhorija Perehijniaka po ataku na niemiecki posterunek wymordował mieszkańców wsi Parośla. To był początek zaplanowanej operacji, która w kolejnych miesiącach objęła niemal cały Wołyń.

Co wydarzyło się 11 lipca?

Na rozkaz Dmytra Kłaczkiwskiego, znanego pod pseudonimem “Kłym Sawur”, doszło do skoordynowanego ataku na około sto polskich miejscowości. Napady rozpoczęły się często o świcie, kiedy mieszkańcy uczestniczyli w niedzielnych nabożeństwach.

Historycy szacują, że tylko tego jednego dnia mogło zginąć od 10 do 11 tysięcy osób. Skala tej operacji pokazuje, że nie był to spontaniczny wybuch przemocy ani lokalny konflikt sąsiedzki.

Prof. Grzegorz Motyka dla WP: Zełenski przywrócił problem, który można było odłożyć do końca wojnyPolacy o wsparciu dla Ukrainy. Jest najnowszy sondaż

Była to akcja przygotowana i koordynowana przez struktury UPA.

Polskie podziemie nie było na nią przygotowane. Mimo wcześniejszych meldunków wywiadu zakładano, że mordy mają charakter lokalny. Nie utworzono odpowiednio silnych oddziałów samoobrony ani partyzantki. To sprawiło, że wiele polskich miejscowości zostało praktycznie pozbawionych możliwości obrony.

Na Wołyniu jednak się nie skończyło.

Nie. Po wydarzeniach na Wołyniu kierownictwo OUN-B stanęło przed pytaniem, czy kontynuować operację. Ostatecznie zwyciężyło stanowisko Romana Szuchewycza, który uznał, że należy rozszerzyć działania na Galicję Wschodnią.

Tam sposób prowadzenia akcji miał być nieco inny. W dokumentach pojawiały się zalecenia, by najpierw zmuszać Polaków do opuszczenia swoich domów, a egzekucjom poddawać przede wszystkim mężczyzn.

W praktyce bardzo często wyglądało to inaczej. Ofiarami nadal padały całe rodziny, kobiety, dzieci i osoby starsze. Rzeczywisty przebieg wydarzeń wielokrotnie odbiegał od zapisów instrukcji.

Do dziś trwa spór o to, kto podjął decyzję o rozpoczęciu Rzezi Wołyńskiej.

I zapewne jeszcze długo będzie trwał. Nie zachował się jeden dokument, który rozstrzygałby wszystkie wątpliwości.

Prof. Grzegorz Motyka dla WP: Zełenski przywrócił problem, który można było odłożyć do końca wojnyProwokacja Lwowa wobec Polski. "To krok nieprzyjazny"

Moim zdaniem kierownictwo OUN od początku zakładało usunięcie Polaków z terenów uznawanych za ukraińskie. Natomiast skala i brutalność działań prowadzonych przez Kłaczkiwskiego na Wołyniu zaskoczyły nawet część działaczy organizacji.

W tym czasie trwała również walka o władzę wewnątrz OUN. Mykoła Łebedź został odsunięty od kierowania organizacją, a faktyczne przywództwo przejął Roman Szuchewycz. To dodatkowo komplikuje ocenę odpowiedzialności poszczególnych osób.

Nie zmienia to jednak zasadniczego faktu. Kolejne decyzje kierownictwa OUN i UPA doprowadziły do kontynuowania antypolskiej akcji aż do 1944 r., a na niektórych terenach także w pierwszych miesiącach 1945 r.

Do dziś część ukraińskich historyków przedstawia te wydarzenia jako wojnę polsko-ukraińską.

To jedna z głównych osi obecnego sporu. Moim zdaniem określenie “wojna domowa” nie odpowiada rzeczywistości. Mamy do czynienia z ogromną dysproporcją liczby ofiar i charakteru działań. Większość zabitych stanowili cywile.

Nie oznacza to oczywiście, że po stronie polskiej nie dochodziło do zbrodni odwetowych. Dochodziło i każdą z nich należy jednoznacznie potępić. Nie można jednak na tej podstawie budować narracji o symetrycznej odpowiedzialności obu stron.

Właśnie dlatego od lat sprzeciwiam się zasadzie symetrii win. Nie znajduje ona potwierdzenia w materiale źródłowym.

Prof. Grzegorz Motyka dla WP: Zełenski przywrócił problem, który można było odłożyć do końca wojnyParlament Europejski zdecydował ws. Ukrainy. Tak głosowali Polacy

W debacie publicznej często pojawiają się skrajne opinie, że za zbrodnie odpowiadali właściwie wszyscy Ukraińcy. Co pan jako specjalista o tym sądzi?

Absolutnie nie. To pogląd niezgodny z ustaleniami historyków i krzywdzący wobec ówczesnych Ukraińców, a tym bardziej wobec współczesnych.

Odpowiedzialność za zbrodnie ponoszą konkretne organizacje, ich kierownictwo i osoby wydające rozkazy. Nie można przenosić tej odpowiedzialności na cały naród.

Z moich szacunków wynika, że czynny udział w napadach mogło brać maksymalnie 40–50 tysięcy osób. Tymczasem społeczność ukraińska na tych terenach liczyła około pięciu milionów mieszkańców. To pokazuje skalę. Mówimy o niewielkim odsetku całej społeczności.

Jednocześnie wielu Ukraińców pomagało swoim polskim sąsiadom.

Takich przypadków było bardzo dużo. W relacjach świadków powtarzają się historie o sąsiadach, którzy ostrzegali przed planowanymi napadami, ukrywali Polaków albo pomagali im uciec.

Wiemy o ponad tysiącu Polaków uratowanych dzięki pomocy Ukraińców. To ostrożne szacunki, rzeczywista liczba mogła być większa. Trzeba pamiętać, że dla wielu z tych ludzi taka pomoc oznaczała ryzyko śmierci z rąk UPA. Dlatego uważam ich za bohaterów.

Prof. Grzegorz Motyka dla WP: Zełenski przywrócił problem, który można było odłożyć do końca wojnyJest rezolucja PE ws. UPA. "Eskalacja ze strony prezydenta Ukrainy"

Jakie są dziś najbardziej wiarygodne szacunki dotyczące liczby ofiar?

Polscy historycy szacują, że na Wołyniu zginęło od 40 do 60 tysięcy Polaków.

W Galicji Wschodniej oraz na terenach dzisiejszej południowo-wschodniej Polski kolejne 30–40 tysięcy. Łącznie mówimy więc o około 100 tysiącach ofiar. Możliwe, że przyszłe badania nieco skorygują te liczby, ale rząd wielkości pozostaje niezmienny.

Do tego należy doliczyć około tysiąca–dwóch tysięcy obywateli polskich pochodzenia żydowskiego zamordowanych przez oddziały UPA lub ginących razem z polskimi rodzinami, które dawały im schronienie.

Po stronie ukraińskiej często przypomina się o polskich akcjach odwetowych.

I słusznie, że się o nich mówi, bo każdą zbrodnię należy badać i potępiać.

Szacuje się, że w polskich akcjach odwetowych zginęło od kilku do kilkunastu tysięcy ukraińskich cywilów. Jeżeli ofiarami były kobiety, dzieci czy osoby starsze, nie ma dla takich czynów żadnego usprawiedliwienia.

Jednocześnie skala tych wydarzeń była nieporównywalna z antypolską akcją prowadzoną przez OUN i UPA. Dlatego próby przedstawiania obu stron jako równie odpowiedzialnych nie znajdują potwierdzenia w badaniach.

Spór dotyczy również osób uznawanych przez wielu Ukraińców za bohaterów – przede wszystkim Romana Szuchewycza i Stepana Bandery.

To bardzo trudny temat.

Roman Szuchewycz służył wcześniej w formacjach współpracujących z Niemcami. Nadal nie wiemy wszystkiego o działalności batalionu Schutzmannschaft, którym dowodził na Białorusi, ale trudno zakładać, że Niemcy wykorzystywali taki oddział wyłącznie do zadań administracyjnych.

Prof. Grzegorz Motyka dla WP: Zełenski przywrócił problem, który można było odłożyć do końca wojnyLwów chce uczcić dowódcę UPA. Jest propozycja

Znacznie więcej wiemy o batalionie Nachtigall. Badania, m.in. Johna-Paula Himki, wskazują na udział jego członków w pogromach ludności żydowskiej po ataku III Rzeszy na Związek Sowiecki.

Szuchewycz był nie tylko odpowiedzialny za zbrodnie na ludności polskiej, ale był też hitlerowskim kolaborantem?

To między innymi dlatego postać Szuchewycza budzi tak poważne zastrzeżenia również w Izraelu.

Również Stepan Bandera nie może być oceniany wyłącznie przez pryzmat walki o niepodległość Ukrainy. Projekt państwa, który tworzyło kierownictwo OUN w 1941 r., zakładał budowę autorytarnego państwa narodowego, prowadzącego politykę wymierzoną zarówno w Żydów, jak i znaczną część ludności polskiej.

Dlatego porównywanie Bandery z Józefem Piłsudskim uważam za historycznie całkowicie nieuprawnione.

Czy widzi pan dziś drogę do zakończenia obecnego sporu dotyczącego polityki historycznej?

Chciałbym być optymistą, ale na razie jestem raczej pesymistą. Wyjście oczywiście istnieje. Potrzebne są jednak konkretne gesty, a nie wyłącznie deklaracje o pojednaniu. Potrzebne jest okazanie szacunku ofiarom i jasne potępienie zbrodni.

Obawiam się jednak, że z politycznego punktu widzenia obu stronom bardziej opłaca się dziś eskalować spór niż go wygaszać. Dlatego rozwiązanie może przyjść wyłącznie na poziomie najwyższych władz Polski i Ukrainy.

Nie wystarczy dialog historyków, potrzebne są decyzje polityków?

Tak.

Jednocześnie chciałbym bardzo mocno podkreślić jedną rzecz.

Nie wolno przenosić tego konfliktu na zwykłych Ukraińców mieszkających w Polsce ani na obywateli Ukrainy, którzy tutaj pracują czy studiują.

To nie oni podejmowali decyzje polityczne. Nie oni odpowiadają za działania prezydenta Wołodymyra Zełenskiego ani za politykę historyczną państwa ukraińskiego.

Jakiekolwiek akty agresji wobec nich nie mają nic wspólnego z patriotyzmem. Są zwykłym chuligaństwem i powinny być zdecydowanie ścigane.

Mimo obecnego kryzysu uważam, że Polacy i Ukraińcy pozostają sobie bliscy kulturowo i potrafią dobrze współpracować. Spór toczy się między państwami i ich elitami politycznymi. Nie wolno dopuścić, aby zniszczył relacje między społeczeństwami.

PREMIUM Zapisz się na newsletter!

Zapisz mnie

Podobne artykuły