Polskie miasta nie są gotowe na upały. I robią niewiele, by się na nie przygotować
Rosnące temperatury i związane z tym zagrożenia to jedne z wielu konsekwencji wywołanej przez człowieka zmiany klimatu. Choć o potrzebie adaptacji do tych trudniejszych warunków mówi się głośniej już od blisko dekady, postępy wciąż są znikome.
Upały w Polsce? Potrzeba zieleni, nie betonu
– Powinniśmy zdecydowanie bardziej stanowczo dbać o zieleń i zacienioną przestrzeń, które będą dawać lepszy mikroklimat, lepiej chłonąć wodę, żeby chronić przed upałami, ale też i ulewami, jednocześnie tworząc przestrzenie przyjemniejsze do codziennego życia – mówi w rozmowie z WP dr Michał Zabdyr-Jamróz, ekspert zdrowia publicznego z Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Sieci Ekonomii.

Zabdyr-Jamróz zwraca przy tym uwagę, że w Polsce z takim podejściem mamy problem. – W poprzednich latach mieliśmy trend rzekomej ‘rewitalizacji’ przestrzeni miejskich, który doczekał się określenia ‘betonoza’. Na placach i rynkach wycinano drzewa, niszczono zieleń i tworzono przestrzenie wypełnione betonem, kostką i innymi materiałami, które zamieniły te obszary w patelnie – wspomina.
Ale istotna jest też deweloperka. Kolejne osiedla mieszkaniowe powstają na terenach zielonych i na obrzeżach, gdzie nie było odpowiedniej infrastruktury. A gdy już powstaną, gminy na swój koszt muszą doprowadzać infrastrukturę – i jeszcze bardziej zabetonowują przestrzeń.
– Jako że osiedla takie często powstają bez dostępu do transportu publicznego, mieszkańcy potrzebują samochodów i parkingów, a to pogłębia problem betonozy. To wszystko dokłada kolejne cegiełki do tego, by miasta przemieniano w patelnie – tłumaczy naukowiec.
Monografia
Podobnego zdania są eksperci związani z Polską Akademią Nauk, którzy kilka lat temu opublikowali monografię “Miasta i ich mieszkańcy w obliczu wyzwań adaptacji do zmian klimatu”.

“W walce ze skutkami rosnącej temperatury na Ziemi i wszystkimi wiążącymi się z tym często dramatycznymi skutkami, mamy wielkiego sprzymierzeńca. Jest nim przyroda. Spełnia ona niezwykle ważną rolę w procesie łagodzenia zmian klimatu” – podkreślają badacze.
Lista rekomendowanych przez nich działań jest zaś bardzo szeroka. Znajdują się na niej m.in.:
- demontaż betonowych instalacji w każdym możliwym miejscu,
- stosowanie powierzchni przepuszczalnych zamiast asfaltu czy kostki brukowej,
- żywopłoty zamiast betonowych płotów,
- ograniczenie koszenia łąk do niezbędnego minimum,
- tworzenie parków kieszonkowych, ogrodów wertykalnych, zielonych dachów,
- tworzenie przydomowych zbiorników na deszczówkę, ogrodów społecznych i łąk kwietnych,
- strefy zieleni wokół każdej szkoły,
- sadzenie drzew przy ulicach,
- zakaz inwestycji ingerujących w przyrodę.
“Nasze miasta powinny stać się w dużej mierze ogrodami i zacząć zachowywać się jak gąbka, zatrzymując wodę, a nie szybko się jej pozbywając” – tłumaczą autorzy opracowania.
Miliardowe straty
Według analiz ekspertów z Instytutu Ochrony Środowiska – Państwowego Instytutu Badawczego sprzed kilku lat ekstremalne zjawiska pogodowe powodują w Polsce straty sięgające średnio 6 mld zł rocznie. Łączne koszty z ostatnich dwóch dekad wyniosły około 115 mld zł.
Nowsze dane wskazują, że związane z tym koszty rosną. Niedawno Ministerstwo Klimatu i Środowiska poinformowało, że średni koszt zaledwie trzech zjawisk – suszy, powodzi i pożarów – wynosi w Polsce nawet 12 mld zł rocznie. A gdy co jakiś czas dochodzi do wielkich katastrof, straty są znacznie większe. Na przykład w 2024 r. sama powódź na południu Polski wyrządziła straty sięgające 13 mld zł.
Z kolei w czerwcu 2025 r. Instytut Reform i ClientEarth Prawnicy dla Ziemi wydały wspólny raport. Wynika z niego, że jeżeli ludzkość będzie realizować cele klimatyczne, to koszty zmiany klimatu w połowie XXI w. będą wynosić w Polsce 84 mld zł rocznie. Jeżeli globalna transformacja zostanie jednak spowolniona, straty te mogą wzrosnąć do 124 mld zł. Czyli 2,2 proc. naszego PKB.
Oczywiście skala globalnego ocieplenia zależy od działań globalnych. Choć ochrona klimatu w małym stopniu zależy więc od Polski, to jednak próba dostosowania się do trudniejszego klimatu leży już w pełni po naszej stronie. Tymczasem ze wspomnianego raportu wynika, że w latach 2019-2023 wydatki publiczne na klimat i ochronę powietrza wyniosły zaledwie 0,2 proc. PKB.
“To ponad dwa razy mniej niż subsydia do paliw kopalnych oraz ponad trzy razy mniej niż dochody budżetu z EU ETS [system opłat za emisje CO2, które zasilają budżet państwa]” – napisali twórcy raportu.

Adaptacja, czyli problem
Nie lepiej jest z perspektywy samorządów.
Dr Joanna Śmiechowicz i dr Joanna Szafran to naukowczynie z Uniwersytetu Marii Skłodowskiej-Curie w Lublinie. W swej ostatniej publikacji przyjrzały się temu, jak wygląda przygotowywanie się do funkcjonowania w trudniejszych warunkach klimatycznych w polskich miastach wojewódzkich (z wyłączeniem Warszawy). Wnioski?
Wszystkie badane miasta wskazały, że zmiana klimatu zagraża zdrowiu publicznemu i gospodarce wodnej, a niemal wszystkie wymieniały też transport i gospodarkę przestrzenną. I choć potrzeba adaptacji do zmiany klimatu jest w gminach dostrzegana, to jednocześnie “w wielu dokumentach miejskich zagrożeniom klimatycznym nadal nie nadano właściwej wagi”.
Pisząc mniej naukowo: samorządy najczęściej robią to, do czego są zobowiązane innymi przepisami, a najchętniej angażują się w działania, których efekty są szybciej mierzalne i łatwiej odczuwalne. Priorytetem jest więc np. walka ze smogiem (poniekąd wymuszona prawem krajowym), której efekty można wyraźnie wykazać w spadającej ilości zanieczyszczeń. Odbetonowanie przestrzeni, którego prawo nie wymusza, musi poczekać. Jednocześnie stare drzewa wciąż są wycinane, a powierzchnia biologicznie czynna zmniejszana.
– To, co jest bardziej mierzalne, łatwiejsze do zauważenia przez mieszkańców i przez nich doceniane, jest też istotne politycznie – władzom samorządowym łatwiej pokazać szybki efekt ich decyzji. Tymczasem rezultaty działań adaptacyjnych są mniej widoczne – komentuje dr Śmiechowicz w rozmowie z Portalem Samorządowym.

I dodaje: – Być może jeszcze nie odczuliśmy wystarczająco mocno skutków suszy, choć problem jest coraz bardziej zauważalny – zarówno w rolnictwie, jak i w kontekście pożarów. Nadal jednak nie mamy sytuacji, w której w kraju po prostu brakuje wody w kranie.
Osiedla z PRL
Badaczki z Lublina wiążą przy tym duże nadzieje z reformą planowania przestrzennego, która – przynajmniej w teorii – ma pomóc lepiej chronić istniejące zielone tereny przed zabudową i wymagać tworzenia nowych.
Również dr Zabdyr-Jamróz zwraca uwagę na konieczność tworzenia mądrzejszych planów miejscowych. – Niestety, wciąż nagminnie próbuje się je obchodzić patodeweloperką robioną na zasadzie faktów dokonanych – mówi WP.
Naukowiec z Uniwersytetu Jagiellońskiego jako kontrast dla współczesnych osiedli przedstawia te budowane za czasów PRL. “Dużo złego można powiedzieć o tym okresie, ale urbanistyka tamtych czasów była znacznie lepsza niż obecnie. Bloki miały swoje wady, ale ich mieszkańcy mieli zagwarantowaną obfitość zieleni za oknami, dostateczne odstępy między budynkami, bliskość pawilonów usługowych, przychodni, szkół i żłobków” – zauważa ekspert ds. zdrowia publicznego.
Według niego właśnie takie podejście jest nam dziś bardzo potrzebne, a wręcz powinno stanowić punkt odniesienia. – Można więc podsumować, że nowy model urbanistyki – lepiej odpowiadający na potrzeby przyszłości i bardziej oparty na dowodach – oznacza w pewien sposób powrót do przeszłości – podsumowuje Zabdyr-Jamróz.