Morawiecki liczy na dekompozycję sceny politycznej [OPINIA]
Polityczne narracje też są teraz absolutnie oczywiste. Prawo i Sprawiedliwość będzie twardo przekonywać, że w formacji tej doszło do zdrady, że ukryci zwolennicy Tuska od dawna się znajdowali, a teraz zostali ujawnieni i zdekonspirowani. Możliwe nawet, że okaże się, w narracjach medialnych, że za wszystkim stoją, a jakże, służby, które odpaliły obecnie projekt “Morawiecki”, aby nie dopuścić do powrotu do władzy prawicy.
Rozwój Plus (czyli środowisko Mateusza Morawieckiego) będzie przekonywać, że jego celem jest zbudowanie skutecznego oporu wobec Donalda Tuska i że zostało wypchnięte z partii przez twardogłowe środowisko zwolenników konfederalizacji PiS, i że z Tuskiem i służbami nie ma nic wspólnego. A jednocześnie będą musieli skutecznie przekonać, że są inni od PiS, i że to w nich tkwi przyszłość. Jak to zrobić – nie idąc na frontalną wojnę z prezesem (ta się im na tym etapie nie opłaca), to pytanie do polityków nowej formacji.
Nie ma powrotu do wczoraj
I gdybym ten tekst pisał kilka lat temu, nie miałbym wątpliwości, kto w tej wojnie narracyjnej wygra. Dlaczego? Bo wtedy, by sparafrazować pewną religijną formułę, było jasne, że prawica (czyli PiS) jest tam, gdzie jest Kaczyński, a wszystkie próby zbudowania centroprawicy bez niego kończyły się wcześniej lub później porażką. To jest już jednak przeszłość. Konfederacja, a później Konfederacja Korony Polskiej pokazały, że istnieje prawicowe życie poza PiS, i że to nie Jarosław Kaczyński, a młodsi partnerzy z innych formacji dyktują teraz zasady i tematy. Nie ma już powrotu do przeszłości.
Klęską, a przynajmniej niepowodzeniem, zakończyła się także zarządzona przez prezesa operacja przejęcia wyborców Konfederacji i Brauna przez Przemysława Czarnka, co budzić może wrażenie, że polityczny geniusz Jarosława Kaczyńskiego przygasł. To zaś pozwala mieć nadzieję, że tym razem słynna zasada, że bez prezesa nie ma prawicy, nie zadziała.
I sądzę, że na to właśnie liczą zwolennicy Mateusza Morawieckiego. Ich siłą może być, i sądzę, że na to też liczą, słabość koalicji rządowej, która – biorąc pod uwagę rozpad środowiska Szymona Hołowni, sondażową słabość PSL, a także brak pomysłów na zachowanie władzy przez Donalda Tuska – może liczyć na skupienie wokół siebie wyborców liberalnych gospodarczo, centroprawicowych, a jednocześnie obawiających się władzy obu Konfederacji. Ilu ich jest? Tego nie wiadomo, ale jest jasne, że nie da się ich policzyć z Przemysławem Czarnkiem jako kandydatem na premiera.
Mateusz Morawiecki i jego środowisko wyraźnie też liczą na to, że jesteśmy w tej chwili na etapie dekompozycji duopolu KO-PiS, co otwiera możliwości na ukształtowanie się nowych bytów politycznych (co niekoniecznie oznacza przecież nowych graczy, bo i Platformę, i PiS ukształtowali ludzie znani z wcześniejszych formacji). Czy ich rachuby są pewne? W polityce nigdy tak nie jest, a wiele kwestii musi być rozpoznanych bojem.
A na co w tej sytuacji liczy PiS (a dokładnie ta jego część, która zostaje przy prezesie)? Jeśli uznać, że nie była to czysto koniunkturalna rozgrywka, której celem było pozbycie się politycznych przeciwników, to prawdopodobnie chodzi o to, by jeszcze mocniej przejść w prawą stronę i pozbyć się polityków, którzy z perspektywy Konfederacji i Korony Polskiej byli obciążeniem.
To oczywiście oznacza przyznanie, że w pewnych kwestiach partia się myliła, ale o tę pomyłkę będzie można teraz oskarżyć kryjącą się w dawnej partii frakcję zdrajców. To oni będą winni, a partia teraz z nich się oczyściła. Czy będzie to strategia skuteczna? To zdecydowanie nie jest pewne, bo po co głosować na tych, którzy się mylili i są kopią (nawet jeśli z winy rozłamowców), jeśli można zagłosować na oryginał.
Jeśli strategia może okazać się wątpliwa, to jasny jest jednak jej termin. To, że stało się to obecnie, wynika z kalkulacji oczywistych. Politycy PiS uznali, że wykluczenie Stowarzyszenia Rozwój Plus już teraz, postawi ową formację przed koniecznością utrzymania zainteresowania sobą już w wakacje, a także potem, a to zawsze jest trudne. Jeśli pierwsze sondaże nie będą dobre, to entuzjazm spadnie, a to będzie relatywnie wzmacniać PiS. Lepiej to więc zrobić teraz niż później.
Skomponować scenę na nowo
I akurat ten element wydaje się dość oczywisty i z całą pewnością zwolennicy Morawieckiego mieli tego świadomość. Dlaczego więc zdecydowali się na ten model działania? Bo teraz mają wystarczająco dużo czasu, by spróbować zacząć budowanie sceny politycznej na nowo. PSL szuka obecnie gorączkowo sojuszników, wolnym elektronem pozostaje Polska 2050, a i spora grupa wyborców o lekko konserwatywnych poglądach pozostaje niezagospodarowana. To wszystko, w połączeniu z politycznym lekkim zagubieniem premiera Donalda Tuska i wyraźnym skrętem w prawo PiS, daje szanse na zbudowanie czegoś realnie nowego. A to wymaga czasu.
Czas pokaże też, czy plany i wizje rzeczywistości Mateusza Morawieckiego są słuszne. Jest jasne, że polska scena polityczna ulega zmianie i częściowej dekompozycji, ale czy to już rzeczywiście czas, by nadać jej nowy kształt, i czy rzeczywiście jej autorem będzie były premier, to okaże się dopiero za kilka lat. Jedno jest jednak pewne: rozpoczyna się ciekawa rozgrywka.