Ukrainie kończą się pociski. Ekspert ostrzega przed katastrofą
Wskazuje na jesień i – przede wszystkim – zimę, gdy Rosjanie znów uderzą w ukraiński system energetyczny. Takie ataki już się zdarzały: rosyjskie pociski niszczyły stacje elektroenergetyczne. W warunkach wojennych oznacza to dla mieszkańców brak prądu i ogrzewania.
Rosyjski arsenał pozwala na wystrzeliwanie do 100 pocisków balistycznych miesięcznie – pisze brytyjski dziennik “The Guardian”, powołując się na ukraińskie szacunki.

Ukraińcy potrzebują pocisków
Obrona powietrzna Ukrainy to dziś zlepek systemów różnych generacji i producentów. Największym problemem są pociski balistyczne, takie jak Iskander: lecą po stromym łuku, wynoszącym je na pułap kilkudziesięciu kilometrów, i spadają na cel z ogromną prędkością. To co innego niż pociski manewrujące, które poruszają się nisko nad ziemią, są wolniejsze i łatwiej je strącić. Spośród posiadanych przez Ukrainę systemów, najlepiej z balistyką (z posiadanych przez Ukrainę broni) radzą sobie Patrioty – a pocisków do nich zaczyna brakować i w Europie, i u głównego dostawcy, czyli w USA.
I tu trzeba podkreślić – zestrzelenie pocisku balistycznego to zadanie zupełnie innej klasy niż strącenie drona. Cel spada niemal pionowo, z prędkością kilku kilometrów na sekundę, a czas na reakcję liczy się właśnie w sekundach. Systemów, które sobie z tym radzą, jest na świecie garstka.
– Ukrainę chronią przede wszystkim Patrioty, i to z pociskami PAC-3 MSE, choć i GEM-T mogą sobie z tym w pewnych warunkach poradzić – mówi Wirtualnej Polsce Dawid Kamizela, dziennikarz branżowego portalu Strefa Obrony.
Wyjaśniając: PAC-3 MSE i GEM-T to dwa różne typy pocisków wystrzeliwanych z tej samej wyrzutni. Nowszy trafia w cel bezpośrednio, starszy niszczy go odłamkami.

O tym, czy dany system w ogóle nadaje się do osłony miasta, decyduje tzw. footprint – obszar, który jest w stanie ochronić. Realnie w grze są dwa: amerykański Patriot i SAMP/T, budowany przez Francuzów i Włochów. Ukraińcy mają na wyposażeniu oba, ale w liczbie, która pozwala osłaniać jedynie wybrane punkty. Bo każda bateria chroni miasto, nie kraj – i dlatego na przykład rozstawienie ich wzdłuż granicy nie wchodzi w grę.
Do zbyt małej liczby wyrzutni dochodzi drugi deficyt – pocisków, którymi można strzelać.
A braki w amunicji mają jeszcze jedną konsekwencję, o której nieoficjalnie mówi Wirtualnej Polsce doświadczony oficer przeciwlotnik. Rosjanie, wiedząc o nich, mogą po prostu zwiększyć liczbę ataków pociskami manewrującymi i balistycznymi – bo koszt takiego uderzenia dla nich spada.
Oficer idzie dalej: jego zdaniem nieskuteczność obrony powietrznej może się okazać punktem zwrotnym tej wojny – na niekorzyść Ukrainy. Bo pocisków przechwytujących nie przybywa. Duże zapasy zużyli sami Amerykanie na Bliskim Wschodzie. Pojawiały się wprawdzie informacje, że Ukraina mogłaby włączyć się w ich produkcję, ale – jak ocenia rozmówca WP – trudno uwierzyć, by chodziło o elementy kluczowe: głowice czy systemy naprowadzania.
Problematyczna jest też cena. Jeden pocisk PAC-3 MSE kosztuje kilka milionów dolarów, a jego produkcja trwa miesiącami i jest technologicznie skomplikowana. Dla ukraińskiej gospodarki, obciążonej wydatkami wojennymi, każda taka transza to poważny wydatek – tym bardziej że rosyjskich pocisków balistycznych, sądząc po tempie ostatnich ataków, wciąż nie brakuje.
Jest jednak sygnał, który można odczytać na korzyść Ukrainy.
Polscy śledczy ustalili, że pocisk Ch-101, który kilka dni temu spadł na Lubelszczyźnie, wyprodukowano w pierwszym kwartale tego roku. Rosjanie sięgają więc po egzemplarze prosto z linii produkcyjnej – a to może oznaczać, że starsze zapasy, zużywane w pierwszej kolejności, powoli się kończą.