31 July, 2026

Syndrom Kłeczka, czyli medialna pornografia [OPINIA]

Im bardziej chamskie, pozbawione finezji, zaskakujące i wykraczające poza standardy jest owo “zaoranie”, tym z perspektywy zadowolenia odbiorców lepiej. Kłeczek jedzie więc bez trzymanki, podsuwa politykowi związanemu ze Stowarzyszeniem Rozwój Plus kartkę i próbuje go zmusić do pisania oświadczenia o wierności partii matce. Innym razem obraża polityka koalicji, nazywa go towarzyszem, traktuje jak kompletnego idiotę, a na koniec wyrzuca ze studia. Jeszcze innym razem jedzie na traktorze i poucza z pasją jeszcze innego polityka prawicy, że zdradzać partię matkę nie wolno.

Syndrom Kłeczka, czyli medialna pornografia [OPINIA]

Czy to żenujące? Jasne, że tak. Jeśli czegoś brakuje w tym spektaklu, to dania komuś z liścia albo przeprowadzenia w miejsce rozmowy znanej z MMA sesji obelg wobec nielubianych polityków. Estetyczne, etyczne i zawodowe oburzenie nie powinno jednak przesłaniać świadomości, że Miłosz Kłeczek i firma, która go zatrudnia, wyciągnęli po prostu wszystkie możliwe wnioski z kierunku, w jakim od lat rozwijają się – może nie wszystkie, ale pewna ich część – media.

Syndrom Kłeczka, czyli medialna pornografia [OPINIA]Kłeczek zaproponował Szczuckiemu podpisanie "lojalki". Jest nagranie

Mowa oczywiście o mediach tożsamościowych, które już kilkanaście lat temu przestały symulować obiektywność czy symetryzm, zaczęły jasno deklarować nie tylko własne sympatie, odmiennie traktować zapraszanych gości, a także – co jest już kolejnym krokiem – wprost wspierać konkretne partie i środowiska. Media tego typu stały się w efekcie jednym z narzędzi propagandy partyjnej, wsparcia wyborczego i kontroli elektoratu. Choć początkowo, nawet zachowując tożsamościowość, pełniły one do pewnego stopnia funkcję kontrolną, to z czasem ich celem stało się już tylko (lub niemal tylko) dostarczanie emocjonalnej i propagandowej strawy zwolennikom jednej z opcji politycznych.

Syndrom Kłeczka, czyli medialna pornografia [OPINIA]

Strawa, o jakiej mówię, może być oczywiście rozmaita, bo jedni będą potrzebować mniej lub bardziej subtelnych rozmów i analiz politycznych (oczywiście, jeśli mówimy o mediach tożsamościowych, to konkretnie ukierunkowanych), a inni – medialnego wrestlingu. Miłosz Kłeczek wyspecjalizował się w tym ostatnim i oferuje widzom model publicznego przeczołgiwania, ostrego ataku i nieustannego zaorywania tych, których jego odbiorcy uważają za przeciwników. I wbrew pozorom pewnej części z widzów to się podoba, bo pozwala uznać, że owo zaoranie i zniszczenie dokonuje się w ich imieniu.

Inni w tym uczestniczą

Dziennikarstwem tego działania nazwać się nie da. To raczej swoisty polityczny wrestling, którego zasady, jeśli ktoś decyduje się w nim uczestniczyć, zwyczajnie się akceptuje. Polityk, który uczestniczy w show Kłeczka, powinien mieć świadomość, na co się decyduje, i albo przygotować sobie równie ostre wejścia, które pokażą, że showman ów (bo dziennikarzem nie będę go nazywał) jest w sumie dość “cienkim retorycznie Bolkiem”, albo odmawiać udziału w czymś, co jedynie udaje rzeczywiste publicystyczne starcie. Trzeciej opcji – przynajmniej dla polityków, którzy nie należą do opcji w pełni popieranej przez Kłeczka – rzecz jasna nie ma.

Syndrom Kłeczka, czyli medialna pornografia [OPINIA]Profanacja, która sporo mówi o pewnej formie polskiej religijności [OPINIA] Syndrom Kłeczka, czyli medialna pornografia [OPINIA]

Ta druga możliwość wydaje się o wiele skuteczniejsza, bo gdy pracownik Telewizji Republika nie będzie miał adwersarzy, straci możliwość robienia show i budowania swojej rozpoznawalności. To będzie dla niego naprawdę zabójcze. Ale dopóki tak nie będzie i dopóki inaczej myślący niż on politycy będą go odwiedzać, dopóty on będzie robił to, co robi, a im nie będzie się działa krzywda, bo teraz już wiedzą, na co się decydują.

Jeśli zaś jest jakiś powód do zmartwienia, to jedynie to, że to kolejny krok na drodze zniszczenia normalnego dziennikarstwa i zaangażowanej publicystyki. Im więcej takich produkcji, tym więcej emocji i silniejszej transgresji będzie wymagało zainteresowanie widza. I tak krok po kroku media i publicystyka przekształcą się w coraz bardziej agresywną, pozbawioną finezji retoryczną przemoc, a dziennikarstwo stanie się info-pornografią. Taką drogą odważnie i bez wahania idzie Milosz Kłeczek, ale wbrew pozorom wcale nie jest jedyny, a zjawisko to nie dotyczy tylko prawej strony sceny medialnej i politycznej.

PREMIUM Zapisz się na newsletter!

Zapisz mnie

Podobne artykuły