Donos miał pogrążyć komendanta? Wszystko wydała jedna pomyłka
“Zawiadomienie do prokuratury nie było wymagane. Natomiast procedowane są zawiadomienia o ujawnionych okolicznościach wskazujących na naruszenie dyscypliny finansów publicznych w 1. Wojskowym Szpitalu Klinicznym z Polikliniką SPZOZ w Lublinie, które będą skierowane do Rzecznika Dyscypliny Finansów Publicznych” – przekazało WP biuro prasowe MON.
Płk Aleksander Michalski po odejściu ze szpitala nie pożegnał się z mundurem – został przeniesiony do Wojsk Obrony Terytorialnej. Były komendant odmawia rozmowy o przyczynach swojego odwołania.
Wiele wskazuje na to, że klimat do zmian kadrowych w szpitalu mogła stworzyć seria donosów do różnych instytucji. Ich autorzy, jak wynika z rozmów WP z pracownikami placówki, mieli nieczyste intencje.

Listonosz przynosi pismo zaadresowane do CBA
Jak ustaliła Wirtualna Polska, na początku marca do gabinetu Piątka przyszedł listonosz, który przyniósł zwrotkę – list, który miał zostać wysłany do Wydziału ds. Zwalczania Przestępczości Gospodarczej Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Autor pisma jednak pomylił adres, bo na kopercie napisał “ul. Rakowiecka 2A”, a to adres Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, a nie CBA. Pocztowcy stwierdzili więc, że “adresat nie znajduje się pod tym adresem”, a listonosz udał się do rzekomego nadawcy.
Dlaczego przyszedł do zastępcy komendanta szpitala? Na drugiej stronie koperty nadawca umieścił bowiem rzekomy podpis autora: “B. PIĄTEK ul. Racławickie 23 20-049 Lublin”. Aleje Racławickie 23 w Lublinie to właśnie adres 1. Wojskowego Szpitala Klinicznego.
Według ustaleń WP, zastępca komendanta odebrał list, a w środku znalazł donos na swojego szefa. Sprawę podszywania się pod niego zgłosił do komendanta, a następnie do Żandarmerii Wojskowej.
A Żandarmeria ruszyła na pocztę, by ustalić, kto naprawdę nadał list. Stempel na kopercie zaprowadził funkcjonariuszy do punktu pocztowego przy ul. Zana, w centrum handlowym E.Leclerc w Lublinie. Tam jest kamera – i o godzinie, o której list trafił do systemu pocztowego, nagrała mężczyznę wchodzącego z kopertą w dłoni. Stanął przy okienku, nadał przesyłkę i wyszedł.
Według ustaleń WP płk Bogusław Piątek rozpoznał, że mężczyzna, który wszedł do budynku poczty, to – jego zdaniem – osoba w przeszłości zajmująca kierownicze stanowisko w szpitalu.

Pytany przez WP o nadanie listu, mężczyzna stwierdził, że nie kojarzy tego zdarzenia. Dodał, że dopóki żandarmeria go o nic nie pyta, nie będzie odnosił się do zarzutów “jakiegoś chorego człowieka” – tak mówi o Bogusławie Piątku. Pracę w szpitalu kwituje słowami “dawno i nieprawda”, choć jego nazwisko wciąż łatwo znaleźć na stronie placówki. Po rozmowie z WP przysłał jeszcze oświadczenie, że wycofuje swój komentarz i nie zgadza się na publikację słów pod nazwiskiem.
Z placówką wiąże go nie tylko dawne kierownicze stanowisko, ale i żona – kierowniczka jednej ze szpitalnych jednostek. Tuż przed odejściem komendant Michalski zwolnił ją dyscyplinarnie. Powód? Miała zlecać badania laboratoryjne bez skierowania i bez opłat – między innymi sobie i swojej rodzinie. Do tego poświadczenie nieprawdy w dokumentach o fikcyjnych dyżurach w innym podległym jej zakładzie.
Zwolniona kierowniczka nie odpowiedziała na pytania WP – ani SMS-em, ani telefonicznie. Rozłączyła się, gdy tylko usłyszała, że dzwoni reporter WP. Nie odniosła się też do zarzutu Piątka, że to jej mąż podszył się pod niego, wysyłając donos do CBA.
Kierowniczka po 500 godzin w pracy w miesiącu
Według informatorów WP kluczem do zrozumienia tego, co dzieje się w szpitalu, jest zainicjowana przez odwołanego komendanta analiza ekonomiczna funkcjonowania nadzorowanej przez kierowniczkę jednostki i poszukiwanie rozwiązań oszczędnościowych. Praca jednostki była bowiem zorganizowana tak, że w godzinach 7-15 obsługę zapewniał kierowany przez nią zakład. Po tych godzinach i w dni świąteczne dyżury zapewniały podmioty zewnętrzne na podstawie umów cywilnoprawnych. Bywało, że pani kierownik brała dyżury od 7 do 15, a po tych godzinach była zatrudniona również jako diagnosta przez prywatny podmiot.

Przeprowadzona przez MON w grudniu kontrola wykazała, że kierowniczka zakładu pracowała w szpitalu średnio ponad 500 godzin w miesiącu, wliczając obie formy zatrudnienia. To tak jakby pracowała aż na trzech standardowych etatach po 166 godzin w miesiącu. Były miesiące, w których tych godzin było mniej, ale i takie, w których liczba dochodziła aż do 600 godzin.
Z dodatkowo płatnych dyżurów korzystały też inne osoby w szpitalu. Jedna z nich przekonuje teraz, że wcale o ten dyżur się nie dopraszała, a mimo to była dopisywana przez panią kierownik do grafików i dostawała nienależne jej pieniądze. I chce je oddać.
Związkowcy zaprzeczają
W chwili, kiedy praca jednostki zaczęła budzić wątpliwości dyrekcji, powstały w niej związki zawodowe. Dziś pracownicy, którzy zapisali się do nich, żałują, bo, jak mówią, zostały one założone jedynie w celu ochrony ich kierowniczki.
– Związki powstały z inicjatywy pani kierowniczki. Czarowała nas, że będziemy bezpieczni, nikt nas nie zwolni, ale dziś dobrze wiemy, że wtedy jej się zaczął palić grunt pod nogami. Związki miały na celu wyłącznie chronić ją. Ona, jako szefowa zakładu, nie mogła się zrobić przewodniczącą związku, więc została zastępcą. Ale wpisała się jako osoba chroniona. Tylko o to chodziło – mówi WP osoba ze związków zawodowych.
– Na etapie powoływania związku pracownicy nie mieli nawet prawa głosu, bo nikt nie miał odwagi się jej sprzeciwić. Samo powstanie związków to nic złego, ale to pseudogłosowanie, w którym wszyscy zdecydowali, że to ona ma być osobą chronioną, to już była niezdrowa sytuacja – komentuje w rozmowie z WP inna osoba z tego samego związku.
Cała intryga rozjaśniła się związkowcom w połowie maja, gdy Departament Wojskowej Służby Zdrowia MON poprosił ich o uzupełnienie braków formalnych – wskazanie osób, które podpisały się pod donosem o rzekomych nieprawidłowościach w szpitalu. Okazało się, że ktoś zrobił to w ich imieniu, choć kto – tego nie wiedzą. Po kilku dniach ośmioro członków odpisało resortowi, że żadnego donosu nie zna i nikt go nie wysyłał. W proteście przeciw manipulacji odeszli ze związku.
Zwolniona kierowniczka – jak ustaliła WP – próbowała wrócić do pracy już w rozmowie z nowym komendantem. Część jej dawnych podwładnych wysłała wtedy do MON list, podpisany nazwiskami, w którym dają wyraz obawom przed jej powrotem. Sama kierowniczka poszła do sądu pracy, a ten 12 czerwca wydał zabezpieczenie i nakazał szpitalowi przywrócić ją do czasu prawomocnego zakończenia sprawy.
Podszył się pod komendanta?
Sprawą podszywania się pod zastępcę komendanta zajęła się prokuratura, ale odmówiła wszczęcia śledztwa. Prokurator nie przesłuchał nawet osoby wskazywanej jako autora pisma.
– Informacja o tożsamości tej osoby pochodzi bezpośrednio od pokrzywdzonego Bogusława Piątka, który rozpoznał wskazanego mężczyznę w sposób kategoryczny – wyjaśnia w odpowiedzi na pytanie WP prokurator Marcin Kozak, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie. Jak wyjaśnia rzecznik, “prokurator, po analizie całokształtu materiału, stwierdził, że opisany czyn nie wyczerpuje znamion czynu zabronionego”.
– W ocenie prowadzącego postępowanie użycie danych “B. Piątek, ul. Racławickie 23, 20-049 Lublin” nie stanowiło podszywania się pod inną osobę, gdyż nie były to kompletne dane osobowe, zostały umieszczone jedynie na kopercie korespondencji, nie zaś pod treścią zawartego w niej pisma – wyjaśnia prokurator. Jego zdaniem autor anonimu, pisząc na kopercie nazwisko zastępcy komendanta, nie “działał w celu wyrządzenia mu szkody osobistej”.
W szpitalu nie mają wątpliwości: nazwisko Piątka trafiło na kopertę po to, by skłócić go z komendantem.
Sprawa zażalenia na decyzję o odmowie wszczęcia śledztwa ws. podszywania się pod zastępcę komendanta jeszcze nie została rozpatrzona przez prokuraturę.
W trakcie jest również inne dochodzenie dotyczące drugiego zawiadomienia związanego z uporczywym nękaniem poprzez wysyłanie do różnych instytucji informacji oczerniających płk. Bogusława Piątka.