29 June, 2026

Zełenski traktuje Polskę jak Węgry Orbána. Daniel Szeligowski w rozmowie z WP: to bardzo poważny błąd

Daniel Szeligowski, Polski Instytut Spraw Międzynarodowych: Panteon i tak by powstał – ten plan istniał od dawna. Ale teraz prezydent Ukrainy może przy okazji pokazać, że jest jeszcze bardziej asertywny, i zebrać poparcie środowisk z prawej strony. To ruch nastawiony na politykę wewnętrzną.

Zełenski traktuje Polskę jak Węgry Orbána. Daniel Szeligowski w rozmowie z WP: to bardzo poważny błąd

Na bazie szeroko pojętej idei narodowej Zełenski próbuje zawiązać pakt o nieagresji z umowną frakcją patriotów, czyli wojskowych, weteranów, wolontariuszy i środowisk nacjonalistycznych. To kolejny krok ku poszerzeniu zaplecza władzy i wciągnięciu nowych środowisk. Ma mu zapewnić stabilność na scenie politycznej i parasol ochronny na wypadek trudnych, niepopularnych decyzji dotyczących wojny.

Zełenski myśli długofalowo. Taki sojusz ma mu dać możliwość w miarę płynnego przejścia w tryb wyborczy w odpowiednim momencie. I to właśnie ze strony frakcji patriotów może nadejść dla niego największe zagrożenie polityczne. To środowisko, które ma realną legitymację – przeszło przez front, płaciło najwyższą cenę i właśnie dlatego jego głos waży w debacie o wojnie więcej niż jakikolwiek inny.

W Polsce nieobecność Zełenskiego na konferencji odbudowy Ukrainy odebrano jako nieprzyjazny gest wobec Warszawy – padały nawet słowa o zniewadze. Jak pan to ocenia?

Zełenski traktuje Polskę jak Węgry Orbána. Daniel Szeligowski w rozmowie z WP: to bardzo poważny błąd

To zależy, z której strony patrzeć. Inaczej ocenimy nieobecność Zełenskiego przez pryzmat ukraińskiej polityki wewnętrznej, a inaczej polityki zagranicznej.

Zełenski traktuje Polskę jak Węgry Orbána. Daniel Szeligowski w rozmowie z WP: to bardzo poważny błądNawrocki odbiera order, Kijów był gotowy. Plan czekał w Biurze Prezydenta

Co do zasady polityka wewnętrzna bardzo często bierze górę nad strategicznym interesem państwa. Tak było z decyzją o nadaniu Centrum Operacji Specjalnych “Północ” imienia bohaterów UPA – podyktowała ją logika wewnętrzna, a nie kalkulacja relacji z Polską. Podobnie patrzę na Gdańsk.

Zełenski traktuje Polskę jak Węgry Orbána. Daniel Szeligowski w rozmowie z WP: to bardzo poważny błąd

Nie jestem przekonany, że Zełenski chciał świadomie eskalować konflikt z Warszawą. Wydaje mi się, że kierując się własną polityką wewnętrzną, uznał po prostu, że przyjechać nie może. To jednak niczego nie zmienia: w Polsce ten gest i tak zostanie odebrany jako nieprzyjazny – jako kolejny etap pogarszania relacji. I moim zdaniem będzie miał realne, negatywne konsekwencje dla stosunków polsko-ukraińskich.

To był jednak gest całej władzy, nie samego prezydenta. Nie przyjechali Stefanczuk, Sybiha, pierwsza dama – delegację ścięto do minimum, a w grze był nawet pełny bojkot. Jak blisko byliśmy dyplomatycznej katastrofy?

Tak. I to już nie są wyłącznie nieoficjalne informacje, bo pisały o tym także media ukraińskie. W grze były cztery scenariusze.

Zełenski traktuje Polskę jak Węgry Orbána. Daniel Szeligowski w rozmowie z WP: to bardzo poważny błąd

Pierwszy: mimo kryzysu Zełenski jednak przyjeżdża do Gdańska. Drugi, ten zrealizowany: prezydent zostaje w Kijowie i wysyła premier Julię Swyrydenko. Łatwo było ten ruch uzasadnić opinii publicznej, bo konferencja miała charakter międzyrządowy, więc każdą ze stron reprezentował premier. Trzeci scenariusz: tylko delegacja niższego szczebla, czyli urzędnicy i przedstawiciele biznesu. I czwarty, najdalej idący wariant, czyli całkowity bojkot, próba przeniesienia konferencji do innego państwa i w innym terminie.

Zełenski traktuje Polskę jak Węgry Orbána. Daniel Szeligowski w rozmowie z WP: to bardzo poważny błądZełenski miał przyjechać do Polski. Decyzja Nawrockiego zmienia wszystko?

Z perspektywy Zełenskiego wybrano rozwiązanie umiarkowane – ani pełna normalizacja przez jego przyjazd, ani całkowity bojkot. Wariant pośredni, który mimo wszystko zostawia wyraźny polityczny sygnał.

Zełenski traktuje Polskę jak Węgry Orbána. Daniel Szeligowski w rozmowie z WP: to bardzo poważny błąd

Nie brzmi to jednak paradoksalnie? Ukraińscy politycy ograniczają swoją obecność na konferencji organizowanej właśnie po to, by pomagać Ukrainie.

Właśnie dlatego wielu ekspertów i dyplomatów do samego końca wierzyło, że prezydent jednak przyjedzie. Ja dostawałem z Kijowa informacje, że raczej nie należy się tego spodziewać. Natomiast rozmawiając z polskimi ekspertami i dyplomatami miałem wrażenie, że wielu z nich było przekonanych, iż ostatecznie Zełenski zmieni decyzję.

To przecież nie była konferencja polsko-ukraińska, lecz międzynarodowa, poświęcona odbudowie Ukrainy. Można więc było oczekiwać, że kwestie dwustronne zostaną odłożone na bok ze względu na znaczenie zagranicznej pomocy. Tak się jednak nie stało. Można oczywiście postawić złośliwe pytanie: czy Ukraina uważa już, że nie potrzebuje pomocy partnerów? Że jest na tyle silna, by wybierać, kto będzie jej pomagał i na jakich zasadach?

Zełenski traktuje Polskę jak Węgry Orbána. Daniel Szeligowski w rozmowie z WP: to bardzo poważny błąd

To pytanie jest prowokacyjne, ale niewątpliwie pojawi się również wśród partnerów Kijowa. Przecież Polska od pierwszych dni wojny bardzo mocno angażowała się w pomoc. Wysyłaliśmy sprzęt wojskowy, pomoc humanitarną, agregaty prądotwórcze. Tym bardziej taka decyzja może zostać odebrana jako niezrozumiała.

Zełenski traktuje Polskę jak Węgry Orbána. Daniel Szeligowski w rozmowie z WP: to bardzo poważny błądZełenski w pułapce dwóch wojen. Na froncie wygrywa, w kraju traci grunt

Jak pana zdaniem patrzą na to pozostali partnerzy Ukrainy? W Gdańsku byli przecież Friedrich Merz, Ursula von der Leyen i najważniejsi przedstawiciele Komisji Europejskiej.

Nie wiem jeszcze, jak będą to oceniali. Mogę natomiast powiedzieć, jakie były wcześniejsze oczekiwania. Naprawdę wielu dyplomatów zakładało, że skoro to konferencja międzynarodowa, kwestie sporne między Warszawą i Kijowem zostaną odsunięte na bok. Liczono, że przywództwo Ukrainy przyjedzie do Gdańska właśnie dlatego, że ważna jest dziś pomoc zagraniczna. Tak się nie stało.

Mam jednak hipotezę dlaczego. Moim zdaniem weszliśmy w paradygmat wzajemnej eskalacji między Polską i Ukrainą. Jeżeli obie strony będą kierowały się przede wszystkim logiką polityki wewnętrznej – a wszystko na to wskazuje – konflikt będzie się tylko pogłębiał.

Trzeba wrócić do początku. Jest decyzja Zełenskiego o jednostce imienia bohaterów UPA. Być może ktoś nie przewidział jej konsekwencji, być może nikt nie uświadomił prezydentowi, jak zostanie odebrana w Polsce. Sama mogła wydawać się marginalna. Problem w tym, że nie była pierwsza. Spór historyczny trwa od lat, każda kolejna decyzja dokłada się do napięć – działa mechanizm kuli śnieżnej. W pewnym momencie pojawia się iskra i cały zgromadzony materiał wybucha. Moim zdaniem właśnie z tym mieliśmy do czynienia.

Cały ten spór okazał się korzystny wewnętrznie dla prezydenta Zełenskiego?

Tak. To efekt jednoczenia się społeczeństwa wokół przywódcy w sytuacji konfliktu zewnętrznego. Widzieliśmy to już po sporze Zełenskiego z Donaldem Trumpem w Białym Domu – ataki z zewnątrz powodują, że społeczeństwo konsoliduje się wokół prezydenta. Teraz dzieje się dokładnie to samo. To dla Zełenskiego korzystne wewnętrznie.

Zełenski traktuje Polskę jak Węgry Orbána. Daniel Szeligowski w rozmowie z WP: to bardzo poważny błądEkspert nie kryje goryczy. "Lekceważenie, a może również spore deficyty empatii"

Obawiam się jednak, że podobny mechanizm zaczyna działać po stronie polskiej. Nieobecność prezydenta odebrano jako afront wobec Polski. W efekcie również tutaj może utrwalić się przekonanie, że twardsze stanowisko wobec Ukrainy jest politycznie opłacalne. To dlatego obawiam się dalszej eskalacji.

Jak wynika z informacji Zbigniewa Parafianowicza w Wirtualnej Polsce, kiedy do Warszawy przyjechali Kyryło Budanow, Serhij Kysłycia i Iryna Wereszczuk, obok rozmów pojawił się też element nacisku – strona ukraińska sugerowała przeniesienie konferencji z Gdańska do Wiednia.

W polityce zawsze funkcjonuje zasada marchewki i kija. Nie byłbym więc zaskoczony, gdyby podczas takich rozmów pojawiły się zarówno propozycje kompromisu, jak i element presji. Nie jest przecież żadną tajemnicą, że kiedy polskie delegacje jadą do Kijowa, również korzystają z różnych instrumentów nacisku i zachęty. Tak wygląda polityka.

Natomiast bardziej interesuje mnie coś innego. Jeżeli przyjmiemy, że relacja opisana przez Zbigniewa Parafianowicza jest zgodna z przebiegiem rozmów, to warto zwrócić uwagę na samą konstrukcję tego argumentu. Ukraińska delegacja miała mówić w Pałacu Prezydenckim, że jeśli nie będzie porozumienia, prezydent Zełenski nie przyjedzie na konferencję organizowaną przez polskiego premiera. To pokazuje pewien problem, który od dłuższego czasu dostrzegam po stronie ukraińskiej.

Jaki?

Mam wrażenie, że często brakuje tam dobrego rozpoznania polskiej polityki wewnętrznej oraz zrozumienia polskiej wrażliwości. Dotyczy to zarówno kwestii historycznych, jak i bieżącej polityki.

Przecież przykład z nadaniem jednostce specjalnej imienia bohaterów UPA pokazuje dokładnie to samo. Trudno uwierzyć, że nikt nie przewidział, jakie skutki wywoła taka decyzja w Polsce. Prezydent Zełenski doskonale zna przecież polską wrażliwość historyczną. Przez lata funkcjonował nieformalny mechanizm współpracy pomiędzy nim a prezydentem Andrzejem Dudą, który pozwalał wiele trudnych spraw po prostu omijać.

Zełenski traktuje Polskę jak Węgry Orbána. Daniel Szeligowski w rozmowie z WP: to bardzo poważny błądSpór z Polską narasta. Burza w sieci po kolejnej decyzji Zełenskiego

Dlatego mam wrażenie, że ktoś w Kijowie zwyczajnie nie doszacował konsekwencji. A kiedy kryzys już wybuchł, trzeba było zacząć go gasić.

Prezydent Zełenski mówił później, że Budanow i Kysłycia chcieli przyjechać do Warszawy i rozmawiać, ale on od początku uważał, że nie uda się osiągnąć porozumienia. To oznacza, że Kijów był gotowy na eskalację. I nic nie chciał gasić.

Tak odczytuję te słowa. Mam wrażenie, że strona ukraińska była przygotowana na to, że konflikt będzie się pogłębiał. Przecież wcześniej pojawiały się informacje o możliwym zwrocie Orderu Orła Białego, więc polityczne otoczenie prezydenta brało pod uwagę różne scenariusze eskalacyjne.

Z polskiej perspektywy sytuacja wygląda inaczej? Nie było eskalacji

Tak. Rozmawiałem z politykami i dyplomatami, nie tylko polskimi. W wielu rozmowach powtarzało się przekonanie, że pierwszy krok prowadzący do obecnego kryzysu został wykonany w Kijowie.

To nie oznacza oczywiście, że później nie było kolejnych działań po stronie polskiej. Były. Jednak źródła problemu upatruję przede wszystkim w decyzji podjętej przez stronę ukraińską. Dlatego uważam, że dziś to właśnie Kijów powinien wykonać pierwszy ruch prowadzący do deeskalacji.

Czyli piłka jest po stronie Ukrainy?

Tak uważam. Polska bardzo jasno przedstawiła swoje stanowisko. Jeżeli jedna strona stworzyła problem, to przynajmniej powinna zaproponować sposób jego rozwiązania. Nie mówię nawet o natychmiastowym porozumieniu. Wystarczyłaby racjonalna propozycja, która mogłaby stać się punktem wyjścia do dalszych rozmów.

Zełenski traktuje Polskę jak Węgry Orbána. Daniel Szeligowski w rozmowie z WP: to bardzo poważny błądKrok wstecz Mińska? Pierwsza taka sytuacja od początku pełnoskalowej wojny

Nie mam jednak przekonania, że obecnie istnieje taka gotowość. Po wysłuchaniu ostatnich wypowiedzi prezydenta Zełenskiego odnoszę wrażenie, że zaczyna on postrzegać Polskę podobnie, jak wcześniej postrzegał Węgry Viktora Orbána. To znaczy jako państwo, które jest kłopotliwe, czasem przeszkadza, ale ostatecznie i tak najważniejsze decyzje zapadają gdzie indziej, czyli w Berlinie, Paryżu czy Brukseli.

Mam wrażenie, że w Kijowie pojawia się przekonanie, iż relacje z Polską można załatwiać pośrednio, rozmawiając z największymi państwami Unii Europejskiej. Moim zdaniem to bardzo poważny błąd.

Dlaczego?

Bo to nie jest pierwszy raz, kiedy spotykam się z takim sposobem myślenia.

Rozmawiam często z kolegami w Kijowie. Kiedy tłumaczę im, że Ukraina nie wejdzie do Unii Europejskiej bez zgody wszystkich 27 państw członkowskich, często spotykam się ze zdziwieniem. Mam wrażenie, że część ukraińskich elit naprawdę wierzy, iż wystarczy porozumienie z Berlinem i Paryżem, a później reszta państw po prostu zaakceptuje ten kierunek.

Tymczasem tak nie działa Unia Europejska. Nawet najmniejsze państwo członkowskie może zablokować cały proces rozszerzenia. Nie da się ominąć jednomyślności, dlatego strategia polegająca na rozwiązywaniu problemów z Polską za pośrednictwem największych europejskich stolic po prostu nie może zakończyć się sukcesem.

Zełenski traktuje Polskę jak Węgry Orbána. Daniel Szeligowski w rozmowie z WP: to bardzo poważny błądMagyar miał być anty-Orbánem. W sprawie Ukrainy wybrał inną drogę

Mam informacje, że jeszcze przed konferencją Ukraina próbowała przekonywać zachodnich partnerów, by wywierali presję na Warszawę.

O konkretnych działaniach nie słyszałem. Natomiast gdyby rzeczywiście miały miejsce, wpisywałyby się w logikę, o której przed chwilą mówiłem.

Mam czasem wrażenie, że w Kijowie pojawia się pewna gigantomania. Ukraina uczestniczy dziś w najważniejszych międzynarodowych formatach politycznych. Bierze udział w spotkaniach z przywódcami największych państw świata i naturalnie rodzi się poczucie, że gra już w innej lidze niż państwa naszego regionu.

To zresztą nie dotyczy wyłącznie Polski. Mam wrażenie, że podobne podejście można zauważyć również wobec innych sąsiadów. Problem polega na tym, że Ukraina prowadzi dziś mniej lub bardziej poważne spory z większością państw regionu, a to może mieć bardzo poważne konsekwencje.

I znów wyjaśnijmy – jakie?

Jeżeli Ukraina rzeczywiście myśli o członkostwie w Unii Europejskiej, będzie musiała porozumieć się z własnymi sąsiadami. Nie da się zbudować trwałego porozumienia europejskiego, pozostając w sporze z państwami, które później będą musiały ratyfikować traktat akcesyjny.

Mówi pan, że Ukraina będzie musiała porozumieć się z sąsiadami. Tymczasem premier Węgier zapowiada referendum w sprawie członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej.

Wiemy również, że bardzo prawdopodobne jest referendum we Francji, bo trudno sobie dziś wyobrazić uzyskanie większości parlamentarnej dla takiej decyzji.

Zełenski traktuje Polskę jak Węgry Orbána. Daniel Szeligowski w rozmowie z WP: to bardzo poważny błądSzef BBN zdradza plany wizyty w USA. W tle rozmowy o Nuclear Sharing

Jeżeli Ukraina będzie kontynuowała obecną politykę wobec części swoich sąsiadów, nie można wykluczyć, że podobną drogą pójdą kolejne państwa. To byłoby dla Ukrainy bardzo niebezpieczne. Kijów mógłby w ten sposób sam zamknąć sobie drogę do Unii Europejskiej, zamiast ją otwierać.

Dlatego prędzej czy później Kijów będzie musiał dogadać się z państwami regionu. A ja czasem zadaję sobie pytanie, czy po stronie ukraińskiej jest dziś pełna świadomość, jak bardzo będzie to konieczne.

Polska jest dziś jednak w zupełnie innej sytuacji niż Węgry za czasów Orbána. Nie jest skonfliktowana z Brukselą, ma znacznie silniejszą pozycję w Unii Europejskiej. Czy to nie oznacza, że ewentualny spór Warszawy z Kijowem będzie miał zupełnie inne znaczenie niż spór Ukrainy z Budapesztem?

To bardzo ważna różnica. Bruksela to nie jest jakiś zewnętrzny podmiot. Polska jest częścią Unii Europejskiej. Mamy swojego komisarza, swoich urzędników i własne wpływy.

Oczywiście Komisja Europejska będzie nadal wspierała Ukrainę. Dla Ursuli von der Leyen pomoc Ukrainie pozostaje jednym z najważniejszych projektów politycznych tej Komisji. Podobnie wygląda to z perspektywy komisarza odpowiedzialnego za rozszerzenie. Dlatego często przymyka się oko na pewne niedociągnięcia po stronie ukraińskiej. Uruchamiane są kolejne transze pomocy, mimo że przy bardziej formalistycznym podejściu można byłoby prowadzić znacznie dłuższe dyskusje.

Ale dzieje się tak dlatego, że uznano, iż stawką jest bezpieczeństwo całej Europy. Jeżeli koszt wsparcia Ukrainy wynosi kilkadziesiąt czy nawet sto kilkadziesiąt miliardów euro, to z punktu widzenia całej Unii są to środki, które uznano za uzasadnione.

Zełenski traktuje Polskę jak Węgry Orbána. Daniel Szeligowski w rozmowie z WP: to bardzo poważny błądRosyjski polityk wściekły. Odpowiedział na słowa Sikorskiego

To jednak zupełnie inna kwestia niż członkostwo. Jeżeli pojawi się fundamentalny spór dotyczący rozszerzenia Unii Europejskiej, nie istnieje scenariusz, w którym można byłoby złamać sprzeciw państwa członkowskiego. Tego po prostu nie da się zrobić.

Jaki jest możliwy realistyczny termin wejścia Ukrainy do Unii Europejskiej?

Nie jesteśmy w stanie oczywiście podawać konkretnej daty. Posługujmy się raczej pewnym horyzontem czasowym.

Moim zdaniem wieloletni budżet Unii na lata 2028–2034 będzie budżetem na ewentualne przygotowanie Unii do rozszerzenia, a ten po 2034 r. mógłby już funkcjonować w Unii rozszerzonej. Ale nawet wtedy trzeba pamiętać o jednym: po zakończeniu negocjacji akcesyjnych pozostaje jeszcze ratyfikacja we wszystkich państwach członkowskich. A to samo trwa zwykle od półtora roku do dwóch lat.

Czyli w tej chwili nie ma czegoś takiego jak “szybka ścieżka” Ukrainy do UE?

Taka ścieżka po prostu nie istnieje. I to nie jest kwestia politycznych deklaracji, to jest kwestia procedur, które obowiązują wszystkich.

Często słyszymy argument, że Ukraina przecież przyjmuje kolejne ustawy dostosowujące prawo do standardów Unii Europejskiej.

I to jest oczywiście potrzebne. Natomiast w debacie publicznej bardzo często myli się przyjęcie przepisów z ich rzeczywistym funkcjonowaniem. Nie chodzi o to, żeby ustawy zostały uchwalone, żeby postawić pieczątkę i uznać sprawę za zamkniętą. Najważniejsze jest to, czy nowe rozwiązania rzeczywiście działają – czy funkcjonują niezależne instytucje, czy obowiązują europejskie standardy. Kluczowa jest implementacja.

Zełenski traktuje Polskę jak Węgry Orbána. Daniel Szeligowski w rozmowie z WP: to bardzo poważny błądPutin odrzuca propozycję Ukrainy. Wskazał powody

To będzie największy problem Kijowa?

Moim zdaniem największym problemem Ukrainy nie będą nawet kwestie korupcji czy praworządności. To są bardzo poważne wyzwania, ale przy odpowiedniej woli politycznej można je stopniowo rozwiązywać.

Znacznie trudniejsze będzie spełnienie kryteriów gospodarczych. Po zakończeniu wojny Ukraina będzie państwem głęboko zniszczonym, uzależnionym od zagranicznego finansowania i ogromnej pomocy zewnętrznej. Taka gospodarka nie będzie w stanie od razu konkurować na jednolitym rynku Unii Europejskiej. I właśnie to, moim zdaniem, będzie największym wyzwaniem na drodze do członkostwa.

Największym wyzwaniem Ukrainy nie musi być wcale korupcja. To dość nieoczywista teza.

Tak, bo nie uważam, że problem polega wyłącznie na tym, czy jest wola walki z korupcją, czy jej nie ma. Moim zdaniem część ukraińskiego społeczeństwa bardzo chciałaby korupcję wykorzenić. Jednocześnie jest też duża część establishmentu politycznego, która bardzo dobrze odnajduje się w obecnym systemie. Ale obraz nigdy nie jest czarno-biały.

Poszedłbym nawet o krok dalej i zaproponował spojrzenie na korupcję nie tylko jako element systemu, ale jako pewien system sam w sobie. Jeżeli w czasie wojny ten mechanizm spaja różne elementy państwa i pozwala im funkcjonować, to bardzo ostrożnie podchodziłbym do jego gwałtownego demontażu. Priorytetem jest dziś przetrwanie państwa.

Nie chcę powiedzieć, że korupcja staje się nagle czymś dobrym. Długofalowo jest oczywiście destrukcyjna. Ale w czasie wojny niektóre mechanizmy mogą chwilowo pełnić funkcję stabilizującą. Podobnie było w 2014 r., kiedy Petro Poroszenko zawierał taktyczne sojusze z oligarchami, bo najważniejsza była obrona państwa w Donbasie. Wołodymyr Zełenski również zawiera dziś różnego rodzaju kompromisy i taktyczne porozumienia.

To nie znaczy, że są one idealne. Część problemów prezydent sam sobie stworzył, zawężając pole manewru. Trzeba jednak pamiętać o jednym…

Zełenski traktuje Polskę jak Węgry Orbána. Daniel Szeligowski w rozmowie z WP: to bardzo poważny błąd"Trzeba podjąć tę rękawicę". Minister o stałej bazie USA w Polsce

.. że trwa wojna.

Tak. Z polskiego punktu widzenia najważniejsze jest dziś to, żeby przetrwała niepodległa Ukraina. To, jaki dokładnie model polityczny będzie miała po wojnie, jest obecnie sprawą drugorzędną.

Pojawiają się jednak głosy, że silna Ukraina po wojnie może stać się problemem dla Polski.

Mam wrażenie, że mylą się obie strony tego sporu. Ci, którzy twierdzą, że Ukraina po wojnie będzie bardzo silnym państwem – i ci, którzy uważają, że będzie całkowicie słaba.

W niektórych obszarach rzeczywiście będzie silna. Jej największym atutem pozostaną siły zbrojne, drugim rozwinięty przemysł obronny, trzecim położenie geograficzne i fakt, że nadal będzie tworzyła dla Rosji ogromny dylemat strategiczny. To z polskiego punktu widzenia ma fundamentalne znaczenie. Jak pisali Sławomir Dębski i Rajmund Andrzejczak, właśnie ten dylemat, jaki Ukraina stwarza Rosji, jest jednym z najważniejszych elementów bezpieczeństwa Polski.

Ale jeśli spojrzeć na całokształt potencjału państwa, Ukraina wyjdzie z tej wojny mocno poturbowana – osłabiona demograficznie, ze zniszczoną infrastrukturą, z gospodarką uzależnioną od zagranicznego finansowania i milionami weteranów. To nie będzie państwo silne w każdym wymiarze.

Kijów potrafi za to bardzo skutecznie grać swoimi najmocniejszymi atutami i “boksować powyżej swojej wagi”. Robił to Petro Poroszenko, robi to dziś Wołodymyr Zełenski.

Zełenski traktuje Polskę jak Węgry Orbána. Daniel Szeligowski w rozmowie z WP: to bardzo poważny błądZełenski pokazał nagranie. Tak Ukraińcy uderzyli w rosyjskie zakłady

Czy Ukraina byłaby po wojnie w stanie funkcjonować całkowicie samodzielnie, bez zachodniej pomocy?

Moim zdaniem nie.

Kult Bandery jest dziś na Ukrainie zjawiskiem powszechnym, czy raczej go sobie w Polsce wyolbrzymiamy?

Uważam, że przede wszystkim stał się elementem kultury popularnej – to już nie jest wyłącznie kwestia historii. Bandera funkcjonuje dziś na koszulkach, czapkach, w memach. Dlatego całkowite wykorzenienie tego zjawiska jest praktycznie niemożliwe.

Ale moim zdaniem polsko-ukraiński spór nie jest problemem historii, lecz polityki historycznej. A skoro to problem polityczny, nie rozwiążą go historycy – muszą politycy. Pierwszym krokiem jest jednak uznanie, że taki problem w ogóle istnieje. Bez zgody co do tego podstawowego faktu nigdy nie znajdziemy rozwiązania.

Zachód rozumie ten spór?

Znacznie mniej niż kryzys zbożowy. Tamten konflikt był dla zachodniej opinii publicznej prosty. Była blokada granicy. Były konkretne straty. Dało się to policzyć.

Natomiast kwestie historyczne są dla większości zachodnich odbiorców bardzo trudne do zrozumienia. Ktoś zabił kogoś osiemdziesiąt lat temu, jedni przedstawiają jedną narrację, drudzy drugą. To nie działa na wyobraźnię przeciętnego odbiorcy.

Natomiast dostrzegam jedną bardzo istotną zmianę. Kiedy największe zachodnie media zaczęły opisywać obecny kryzys, po raz pierwszy zobaczyłem bardzo wyraźne przedstawienie również polskiego punktu widzenia. Mam na myśli teksty publikowane między innymi przez “Frankfurter Allgemeine Zeitung”, “Die Welt”, “Le Monde” czy brytyjski “The Times”. Co ważne, wszystkie one wskazują, od czego ten kryzys się rozpoczął – od decyzji Wołodymyra Zełenskiego o nadaniu jednostce specjalnej imienia bohaterów UPA. To zasadnicza różnica w porównaniu z kryzysem zbożowym.

Wtedy Polska była często przedstawiana jako główny problem. Dzisiaj zachodnie media znacznie lepiej rozumieją, skąd wzięło się polskie stanowisko – i to jest korzystne dla Polski.

Daniel Szeligowski – analityk i ekspert ds. Ukrainy, koordynator programu “Europa Wschodnia” oraz kierownik projektu “Ukraina” w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych (PISM). Specjalizuje się w ukraińskiej polityce wewnętrznej i zagranicznej oraz relacjach polsko-ukraińskich.

PREMIUM Zapisz się na newsletter!

Zapisz mnieAdministratorem danych jest Wirtualna Polska Media S.A. Dane przetwarzamy w celu wysyłki newslettera. Masz prawo m.in. do dostępu, poprawienia, usunięcia danych oraz wycofania zgody. [Polityka prywatności]

Podobne artykuły