Pierwszy prezes SN Kapiński dla WP: Idealnego rozwiązania nie znajdziemy. Trzeba wybrać najbardziej racjonalne
- Jako przewodniczący Trybunału Stanu Zbigniew Kapiński deklaruje, że “polityka nie może rządzić” jego działaniem, ale unika jednoznacznej deklaracji, czy będzie kontynuował linię Manowskiej polegającą na odmowie zwoływania posiedzeń Trybunału. To istotne z punktu koalicji, która tą drogą chce pociągnąć do odpowiedzialności szefa NBP Adama Glapińskiego czy byłego przewodniczącego KRRiT Macieja Świrskiego. – Trybunał Stanu sądzi polityków, ale polityka nie może rządzić sposobem jego działania – mówi Kapiński.
- Zbigniew Kapiński broni też sędziego Łukasza Piebiaka, kojarzonego z tzw. aferą hejterską. Minister sprawiedliwości Waldemar Żurek zawiesił go w pełnieniu obowiązków, a nowa KRS pozbawiła dostępu do wszystkich dokumentów zawierających prawnie chronione dane osobowe – co może być odebrane jako wstęp do jego usunięcia z KRS. Jak przyznaje w rozmowie z WP, Kapiński odbył już rozmowę na ten temat przewodniczącym Rady. – Powiem tyle: sędzia Piebiak jest nadal sędzią – zawieszenie przez ministra trwa maksymalnie 30 dni i nie pozbawia go statusu sędziego. Dalszy bieg sprawy należy do Izby Odpowiedzialności Zawodowej – mówi Pierwszy Prezes SN.
Przypomnijmy: sędzia Zbigniew Kapiński pod koniec maja br. został powołany przez prezydenta Karola Nawrockiego na funkcję Pierwszego Prezesa SN, zastępując na tym stanowisku prof. Małgorzatę Manowską. Jego wyborowi towarzyszyły kontrowersje – i to nie tylko w koalicji rządzącej, ale nawet w samym PiS. Prezes tej partii Jarosław Kaczyński był przeciwny temu, by Nawrocki wskazywał Kapińskiego.
Chodziło o rolę sędziego w procesie lustracyjnym Lecha Wałęsy z 2000 r. Zbigniew Kapiński zasiadał wówczas w składzie Sądu Apelacyjnego w Warszawie, który orzekł, że Lech Wałęsa nie współpracował z SB i złożył prawdziwe oświadczenie lustracyjne, a dokumenty świadczące o rzekomej współpracy zostały sfałszowane przez bezpiekę. Dopiero w 2008 r. IPN wydał książkę “SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii”, napisaną przez Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, w której autorzy stawiali tezę, że Lech Wałęsa był tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie “Bolek”, zwerbowanym najprawdopodobniej w latach 70.
Grzegorz Osiecki i Tomasz Żółciak, dziennikarze Wirtualnej Polski: Co jest dziś największym problemem w polskim sądownictwie?
Braki kadrowe. W sądach powszechnych brakuje około 10 procent sędziów, czyli mniej więcej tysiąca osób. W samym Sądzie Najwyższym nieobsadzone są 34 etaty – na 125 etatów obsadzonych jest 91. W Izbie Cywilnej brakuje 14 sędziów, w Izbie Pracy i Ubezpieczeń Społecznych – 10, w Izbie Karnej – osiem oraz w Izbie Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych – dwa. Drugi problem to funkcjonujący wciąż podział na “starych” i “nowych” sędziów, który również utrudnia normalną pracę.
Patrząc na to z perspektywy zwykłego Kowalskiego: człowiek idzie do sądu, dostaje szybki wyrok rozwodowy, a potem okazuje się, że grozi mu zarzut bigamii, bo o rozwodzie orzekał tzw. neosędzia.
Tak, to jest właśnie konsekwencja tego podziału. Obywatel musi natomiast mieć pewność, że jego sprawa zostanie rozpoznana rzetelnie i bez zbędnej zwłoki, ale też że sędzia lub skład orzekający nie będą w żaden sposób kwestionowani. Sytuacja, w której orzeczenia są podważane wyłącznie z uwagi na datę powołania sędziego – nie dlatego, że są wadliwe merytorycznie, lecz tylko dlatego, że wydał je sędzia powołany po 2018 r. – jest nie do zaakceptowania. Bardzo szkodzi obywatelom, wymiarowi sprawiedliwości i państwu.

Niemniej z tym problemem zmagamy się już niemal od dekady i nie widać perspektyw na jego rozwiązanie.
Dlatego mówię o tym przy każdej okazji. W Izbie Karnej Sądu Najwyższego uchylono ponad 300 orzeczeń wyłącznie z powodu składu sądu – to są konkretne ludzkie sprawy. Sprawcy, wobec których wyroki uchylono, ponoszą przez to dodatkowe konsekwencje: ktoś odbywał już karę, a teraz jest tymczasowo aresztowany. Pokrzywdzeni i świadkowie muszą stawić się ponownie i przejść cały proces od nowa. Zapoznawałem się z wieloma uzasadnieniami takich orzeczeń – nie wskazywano w nich żadnych merytorycznych powodów uchylenia, żadnej błędnej oceny dowodów, żadnej obrazy prawa materialnego. Uchylenie następowało wyłącznie z przyczyn formalnych, związanych ze składem sądu. Tego nie akceptuję.
Ale problem nie wziął się znikąd. Mamy przecież orzeczenia sądów europejskich wskazujące na wątpliwości co do działania KRS po 2018 r. Wynika z nich, że strony skarżące się do instytucji europejskich były w stanie podważyć wyroki polskich sądów. Czy status sędziów powoływanych od 2017 r. nie powinien zostać uregulowany?
Co do samej potrzeby uregulowania – zgadzam się, że trzeba usunąć wszelkie wątpliwości. Trzeba jednak powiedzieć jasno: z żadnego orzeczenia trybunałów europejskich nie wynika wprost, że status sędziów powołanych po 2018 r. został podważony. Z dwóch powodów. Po pierwsze, nie pozwalają na to traktaty podpisane przez Polskę – nie wynika z nich kompetencja trybunałów europejskich do wkraczania w sferę zastrzeżoną dla poszczególnych państw. Po drugie, część polityków i sędziów dokonuje błędnej interpretacji tych orzeczeń.
Proponowanym lekarstwem jest weryfikacja sędziów. Tymczasem jest ona sprzeczna z Konstytucją Rzeczypospolitej Polskiej, która jasno stanowi, że sędziowie są nieusuwalni. Wedle przywołanej Konstytucji, złożenie przez sędziego z urzędu, zawieszenie w urzędowaniu, przeniesienie do innej siedziby lub na inne stanowisko wbrew jego woli może nastąpić jedynie na mocy orzeczenia sądu i tylko w przypadkach określonych w ustawie. Ani trybunały europejskie, ani nikt myślący racjonalnie nie oczekuje od Polski przeprowadzenia takiej weryfikacji.
Muszę też dodać, że orzeczenia trybunałów europejskich nie są wymienione w Konstytucji wśród źródeł prawa. Mamy obowiązek je wykonywać w określony sposób, ale na pewno nie poprzez weryfikację sędziów. Byłoby to nie tylko sprzeczne z Konstytucją, ale niesprawiedliwe i stworzyłoby niebezpieczny precedens – kolejne ekipy rządzące przeprowadzałyby własne weryfikacje według własnych reguł. Do czego by to doprowadziło?

Ustawa weryfikacyjna status poszczególnych grup sędziów i tak nie zostanie podpisana przez prezydenta. Pozytywnie wyraziła się o niej jednak Komisja Wenecka, która dopuściła stosowane w niej mechanizmy.
Mam nadzieję, że ten projekt nigdy nie stanie się ustawą, bo byłby całkowicie sprzeczny z polską Konstytucją. Komisja Wenecka wydawała różne opinie w tej sprawie, wskazując m.in. na potrzebę korekty projektu w zakresie zapewnienia zasady nieusuwalności sędziów. Ten projekt jest wewnętrznie sprzeczny. Skoro trybunały europejskie stwierdzały wadliwość formalną w sposobie powoływania członków KRS i uznawały, że przekłada się to na powołania sędziowskie, to projekt dzieli sędziów na kolorowe grupy i mówi np. o “grupie zielonej”, że nie ma problemu – choć ci sędziowie przeszli dokładnie tę samą procedurę.
KRS jest albo wadliwa, albo nie. Minister ani żaden polityk nie może udawać, że wobec jednej grupy KRS funkcjonowała prawidłowo, a wobec innej nie. Tym bardziej że raz powołany sędzia jest nieusuwalny na mocy Konstytucji – bez względu na to, do jakiego szczebla sądu trafił. To jest ze sobą sprzeczne.
Dodam jeszcze jedno. Zaopiniowanie przez KRS to tylko element, który w żaden sposób nie decyduje o niezawisłości sędziowskiej. Niezawisłość jest cechą charakteru. Albo ktoś ją ma, albo jej nie ma. KRS ani jej nie nada, ani nie odbierze.
Zdarzały się jednak sytuacje, kiedy poprzedni skład KRS dopuszczał do spektakularnych medialnie awansów niektórych sędziów. Pojawiały się wątpliwości, czy to były awanse za rzetelne orzecznictwo i ciężką pracę, czy awanse innego rodzaju.
Byłem 21 lat w sądzie apelacyjnym, przez długi czas byłem delegatem – a delegaci wybierali członków KRS. I powiem tak: tam nigdy nie było ani biało, ani czarno – ani w zakresie wyboru sędziowskiej części rady, ani w postępowaniach przed nią. Gdyby sięgnąć głębiej, znajdziemy różne przykłady budzące wątpliwości co do tempa awansów. I było ich wtedy znacznie więcej. Ostatnia KRS nie była pod tym względem żadnym wyjątkiem.

Jest jeszcze jedna bardzo istotna kwestia. Ci, którzy mówią o upolitycznieniu KRS, kompletnie nie rozumieją istoty problemu. Każda opinia KRS jest upolityczniona z jednego prostego powodu: w radzie zasiada czterech posłów i dwóch senatorów. Jeżeli pod uchwałą podpisują się politycy – choćby jeden – to czy ta uchwała nie ma charakteru politycznego? To organ z założenia polityczny i funkcjonujący na styku władz.
Zarzut o upolitycznienie dotyczy jednak przede wszystkim trybu wyboru tej piętnastki przez poprzedni rząd oraz powiązań szefowej KRS z byłym ministrem sprawiedliwości. Ale wróćmy do sedna: jak wyjść z tej sytuacji?
Trybunały europejskie stwierdziły, że sama wadliwość formalna nie jest wystarczająca do zakwestionowania statusu sędziego. Muszą zajść inne, dodatkowe okoliczności w konkretnej sprawie świadczące o braku niezawisłości. Prawnych możliwości przeprowadzenia weryfikacji nie ma – byłoby to sprzeczne z Konstytucją. Zresztą proszę zadać sobie proste pytanie: w jakim kraju Unii Europejskiej w ciągu ostatnich 20 lat przeprowadzono weryfikację sędziów? Ja takiego kraju nie znam. Za to znam Turcję. Czy chcemy sięgać do owych tureckich wzorców?
Dla mnie wyjście jest jednoznaczne: uchwalenie krótkiej ustawy, która potwierdzi status i ważność nominacji sędziowskich dokonanych od 1990 r. do chwili obecnej – w tym tych nominacji, przy których Trybunał Konstytucyjny jeszcze przed 2018 rokiem stwierdzał uchybienia proceduralne. To by w sposób jednoznaczny i szybki załatwiło sprawę. Albo chcemy iść do przodu, albo nie. Weryfikacja jest niemożliwa, bo zabrania jej Konstytucja i nie podpisze jej Prezydent. Indywidualne ponowne rozpatrywanie każdej z trzech tysięcy nominacji potrwa lata. Po co więc składać projekty, które są nie tylko bezprawne, ale i nierealne?
To zaskakująco proste rozwiązanie jak na spór trwający dekadę. Poprzednie propozycje rządu – podział na grupy, hurtowe potraktowanie jakiejś kategorii sędziów – były krytykowane przez Komisję Wenecką jako nieproporcjonalne i pozbawiające sędziów prawa do indywidualnej weryfikacji i ścieżki odwoławczej. Czy pańska propozycja nie ma podobnej wady – właśnie tej hurtowości, że wszystkich po prostu “legalizujemy”?
To już jest kwestia decyzji politycznej. Indywidualne rozpatrywanie każdej sprawy będzie trwało latami i nie ma ku temu racjonalnych podstaw. Uważam, że uchwalenie krótkiej ustawy załatwia sprawę formalnie – zarówno wobec trybunałów europejskich, jak i wszystkich, którzy wskazują na wadliwość funkcjonowania rady. Ci, którzy rzetelnie podchodzą do tematu, przyznają, że wybieranie piętnastki sędziów przez samych sędziów było jedynie samoistnie przyjętym zwyczajem konstytucyjnym, a nie wymogiem wynikającym wprost z Konstytucji czy z orzecznictwa Trybunału Konstytucyjnego.

Co do kwestii redakcyjnej konkretnych przepisów – jest to do dyskusji, nie widzę tu nieprzezwyciężalnego problemu. Uchwalenie tej ustawy nie zamknie zresztą drogi do zbadania przez organy dyscyplinarne, czy przy poszczególnych nominacjach nie doszło do naruszeń prawa.
Ale jeżeli ustawa zatwierdzi status wszystkich sędziów, to czy działalność organów dyscyplinarnych nie stanie się bezprzedmiotowa?
Absolutnie nie. Organy dyscyplinarne działają wobec wszystkich sędziów – zarówno tzw. starych, jak i nowych. Dziś i wcześniej. To nie ma żadnego znaczenia.
Pańskie rozwiązanie zakłada, że w stanie sędziowskim zostaną osoby, które być może nie powinny się w nim znaleźć.
Stoję wyłącznie na gruncie Konstytucji. Jeżeli mamy tam zapisane, że sędziowie są nieusuwalni – a mówiąc w uproszczeniu, usunięcie jest możliwe tylko na mocy orzeczenia sądu – to nie możemy wprowadzać tam absolutnie żadnych wyjątków. Jeżeli przy konkretnych powołaniach były uchybienia, nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ocenił to sąd.
Czy przypadkiem pańska propozycja de facto nie przyznaje Sejmowi kompetencji do uznawania statusu sędziów, a kolejny Sejm nie mógłby się na taką ustawę powołać i zrobić w niej wyłączenia?
Mówię o inicjatywie takiej ustawy, a jej treść jest do dyskusji. Skoro weryfikacja jest niemożliwa, indywidualne rozpatrywanie tysięcy postępowań potrwa latami. Czy mamy dojść do wniosku, że nie istnieje żadne racjonalne rozwiązanie prawne? Uważam, że właściwie sformułowana ustawa jest rozwiązaniem prawidłowym. Kto inny ma te wątpliwości rozstrzygnąć? Pan prezydent dokonał powołań. Nie widzę innych możliwości.
Podchodzę do tego jak sędzia: prawo nie może krzywdzić człowieka, a sędzia musi znaleźć wyjście z każdej sytuacji. Z jednej strony obywatele słusznie denerwują się, że bez merytorycznych podstaw kwestionowane są wyroki w sprawach o rozwód czy alimenty. Z drugiej – każde proponowane rozwiązanie jest odrzucane jako złe. Idealnego nie znajdziemy. Trzeba wybrać najbardziej racjonalne.

Czy ten pat nie jest jeszcze głębszy w samym Sądzie Najwyższym? TSUE zakwestionował przecież izby tego sądu.
Trzeba zadać pytanie, co właściwie TSUE zakwestionował. Izba to jednostka organizacyjna sądu. Nie widzę podstaw do kwestionowania statusu sędziów Sądu Najwyższego. Zarówno z orzecznictwa trybunałów europejskich, jak i Naczelnego Sądu Administracyjnego wynika, że powołanie sędziego jest wyłączną prerogatywą prezydenta i nawet wady formalne tego nie zmieniają.
Z kolei ETPCz w sprawie Simoncini przeciwko San Marino z lutego tego roku stwierdził, że wada w procesie powołania nie może powodować usunięcia sędziego z urzędu. Nie widzę też żadnego uzasadnienia dla różnicowania – na które powołuje się niekonstytucyjna uchwała trzech izb – między powołaniem do sądu powszechnego a powołaniem do Sądu Najwyższego. Ta uchwała nie wskazuje żadnych merytorycznych powodów takiego rozróżnienia. I się nie obroni, bo nie ma ku temu prawnych argumentów.
Nawet jeśli zakończymy podziały – czy nadal potrzebny jest test bezstronności sędziego, instrument wprowadzony jeszcze przez prezydenta Dudę?
Uważam, że ten test nie zdaje egzaminu w praktyce. Podam przykład. Losowane są składy pięcioosobowe, a jeśli skład jest mieszany, nie może się w tej sprawie zebrać i sprawy zawieszają się w próżni, nie są merytorycznie rozpoznawane. Część wniosków jest co prawda załatwiana formalnie, ale bez dotykania istoty problemu zawartej w art. 29 ustawy o Sądzie Najwyższym. Mam nadzieję, że Trybunał Konstytucyjny wypowie się w tej kwestii – tym bardziej że zakwestionował już analogiczny tryb wobec NSA. Nie widzę pozytywnych efektów praktycznych tego instrumentu; uważam, że spowalnia i utrudnia postępowania.
Jak pan prezes zamierza wyjść z sytuacji w samym Sądzie Najwyższym, gdzie w pańskim wyborze nie brali udziału tzw. starzy sędziowie i gdzie wielu z nich odmawia orzekania ze swoimi nowymi kolegami?
Gdy zostałem prezesem Izby Karnej Sądu Najwyższego, zaakceptowałem – dla dobra obywateli i ich spraw – sytuację, w której wyraźnie dominowali sędziowie powołani przed 2018 r. Oni początkowo długi czas w większości orzekali z sędziami powołanymi po 2018 r. To się dopiero potem zmieniło i tylko dwóch tzw. starych sędziów orzekało z nowymi. Szanowałem to wyznaczając składy. Efekt był taki, że opanowaliśmy 99 procent wpływu spraw – obywatele nie czekali latami na rozpoznanie. Traktuję to jednak jako rozwiązanie tymczasowe.

Bardzo istotnym momentem jest dla mnie podjęcie działalności przez nową Krajową Radę Sądownictwa. Nie miałem wątpliwości, że trzeba zwołać jej pierwsze posiedzenie. Ta piętnastka sędziów została wybrana dokładnie w tym samym trybie, co dwie poprzednie Rady. Fakt, że w niektórych sądach odbyły się zgromadzenia czy zebrania, w innych nie, albo że nie wszyscy sędziowie brali w nich udział, niczego nie zmienia. Skoro tak, nie ma żadnych powodów, żeby kwestionować uchwały tej KRS – a tym samym nie ma powodów, by kwestionować uchwały poprzednich Rad, wybranych w tym samym trybie ustawowym. Mam nadzieję, że prezydent będzie nadal nominował sędziów i stopniowo odblokujemy normalne funkcjonowanie sądownictwa.
Co stanie się z KRS, jeśli zabraknie w niej kojarzonego z tzw. aferą hejterską sędziego Łukasza Piebiaka? Minister Waldemar Żurek właśnie zawiesił go w pełnieniu obowiązków, a nowa KRS ma ocenić możliwość wykonywania przez niego czynności służbowych w Radzie.
To pierwsza taka sytuacja w historii KRS. Nie chcę ujawniać szczegółów moich rozmów z przewodniczącym Rady. Powiem tyle: sędzia Piebiak jest nadal sędzią – zawieszenie przez ministra trwa maksymalnie 30 dni i nie pozbawia go statusu sędziego. Dalszy bieg sprawy należy do Izby Odpowiedzialności Zawodowej. To są kwestie prawne pojawiające się po raz pierwszy i nie chcę ich przesądzać. Rada działa, kiedy jest quorum – ma 25 członków, uchwały muszą być podejmowane przy jego zachowaniu, a każda uchwała podlega zaskarżeniu do Sądu Najwyższego.
Nowa KRS przyjęła uchwały, w których uznała poprzedni skład za niezgodny z Konstytucją i podkreśliła, że polskie sądy są sądami europejskimi, a sędziowie – sędziami europejskimi. Czy te uchwały będą miały wpływ na działalność Rady?
Mam nadzieję, że nie. To, że każdy sąd polski jest jednocześnie sądem europejskim, wynika po prostu z członkostwa w Unii Europejskiej. W moim gabinecie, tak jak przez całą kadencję mojej poprzedniczki profesor Małgorzaty Manowskiej, stoją dwie flagi: polska i unijna. Natomiast w pierwszej kolejności jesteśmy sędziami Rzeczypospolitej Polskiej – i ta kwestia jest tu zasadnicza. Dlatego nie rozumiem, dlaczego jeden z członków KRS uznał za akt bohaterstwa wniesienie flagi Unii Europejskiej na salę.
A jej wcześniejsze wyniesienie z sali obrad KRS czym było?
Nie wiem, czemu to służyło, więc nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Nie wiem, jakie były intencje w tym zakresie.
Chcieliśmy zapytać o Trybunał Stanu, którego przewodniczącym jest pan prezes. Pańska poprzedniczka, prof. Małgorzata Manowska, odmawiała zwołania posiedzenia. Tymczasem koalicja rządząca chciałaby postawić przed Trybunałem Stanu konkretne osoby, choćby prezesa NBP Adama Glapińskiego czy byłego szefa KRRiT Macieja Świrskiego. Czy będzie pan kontynuował linię profesor Manowskiej?
Jako sędzia będę postępował zgodnie z przepisami prawa. Wiem, jak ważna jest ta instytucja i do czego służy. Nie chciałbym jednak, żeby w jej postępowaniu miejsce procedury karnej zajęła polityka. Trybunał Stanu sądzi polityków – ale polityka nie może rządzić sposobem jego działania. Na to będę zwracał szczególną uwagę.

Czy odmowa zwołania posiedzenia przez poprzednią prezes nie była sama w sobie działaniem politycznym?
Nie miałem jeszcze czasu, żeby zapoznać się ze wszystkimi sprawami Trybunału. Objąłem urząd niedawno, a w tych tygodniach nie brakowało wydarzeń: pierwsze i kolejne posiedzenia KRS, kwestie organizacyjne. Nie dopatruję się jednak politycznych motywów w działaniach pani prezes Małgorzaty Manowskiej. Pewne rzeczy mogą być różnie odbierane – zależy to od dobrej lub złej woli. Z mojej strony nie będzie żadnych działań o charakterze politycznym. Będę bronił Sądu Najwyższego przed wpływem polityków z jakiejkolwiek opcji na jego funkcjonowanie.
Czy Sławomir Patyra – wybrany 11 czerwca przez Sejm na sędziego TK – powinien zostać zaprzysiężony przez prezydenta?
To nie jest moja sfera kompetencyjna. Jeżeli zostały dochowane wszystkie wymogi formalne – a nie śledziłem szczegółowo tego procesu – to zgodnie z ustawą prezydent powinien odebrać przysięgę. Poczekajmy jednak, co się wydarzy, bo nie chcę tu niczego przesądzać.
A czwórka sędziów TK, od której prezydent wciąż nie odebrał ślubowania? Czy powinien wreszcie to zrobić?
Nie chcę się w tej kwestii wypowiadać, bo toczą się postępowania, których szczegółów nie znam. Powiem tylko po sędziowsku: jeśli Sejm wybrał określone osoby, powinny one – tuż po wyborze – pokazać swoją niezawisłość i charakter, nie dając się wmanewrować w żadne wydarzenia polityczne. To rzutuje potem na odbiór ich orzeczeń.
Rozumiemy, że nawiązuje pan do ślubowania zorganizowanego w Sali Kolumnowej Sejmu. Tyle że prezydent nie przedstawił twardych, racjonalnych argumentów uzasadniających zwłokę, a spośród szóstki wybranych przez Sejm zaprzysiągł dwoje – nieprzypadkowo, jak się wydaje, z politycznego punktu widzenia, bo byli to kandydaci wskazani przez PSL i Polskę 2050. Czy prezydent nie przekroczył tu swoich kompetencji?
Nie chcę oceniać postępowania pana prezydenta. Każdy działa w zakresie swoich kompetencji – i sam oczekuję, że inne organy nie będą wkraczać w kompetencje zastrzeżone dla Pierwszego Prezesa Sądu Najwyższego. Mam nadzieję, że sprawa rozstrzygnie się pozytywnie. Trybunał Konstytucyjny jest bardzo ważnym organem, musi prawidłowo funkcjonować – po to, aby patrzeć na ręce każdej ekipie rządzącej i aby obywatele czuli się bezpieczni.
Zauważę jednak, że nie ma słowa “niezwłocznie” w odniesieniu do odbierania przysięgi. Ale jest też druga strona medalu: skoro w Sejmie przez miesiące zwlekano z wyborem i doprowadzono do hurtowego powołania szóstki naraz, to może warto zapytać posłów, dlaczego zwlekali. Wokół Trybunału dzieją się rzeczy, które wydarzyć się nie powinny – uchwały Rady Ministrów i Sejmu bez mocy prawnej, niepublikowane wyroki TK, wielomiesięczne zwlekanie z uzupełnianiem składu. Gdyby tego wszystkiego nie było, to zapewne sytuacja wyglądałaby dziś zupełnie inaczej.

Ale mamy Trybunał, który w wielu przypadkach wygląda, jakby reagował na polityczne zamówienie PiS – w błyskawicznym tempie potrafi wydać zabezpieczenia, których żaden Trybunał wcześniej nie wydawał w sprawach stricte politycznych.
To jest właśnie argument za tym, żeby przemyśleć sposób wyboru sędziów Trybunału Konstytucyjnego – tak, aby trafiały tam osoby najbardziej kompetentne i pozbawione jakichkolwiek powiązań politycznych. To leży w interesie Polski. Wymaga tylko dobrej woli polityków.
Czy ma pan konkretną propozycję w tej sprawie?
Moim zdaniem potrzebna byłaby punktowa modyfikacja, na przykład zmiana sposobu wyboru sędziów TK, wymagająca większości trzech piątych głosów. A żeby uniknąć pata – jeśli Sejm nie osiągnie porozumienia w ciągu 30 dni, uprawnienie przechodziłoby na inne instytucje cieszące się społecznym zaufaniem.
Jakie?
Senat, Prezydenta, Radę Rektorów wyższych uczelni. To taki wentyl bezpieczeństwa. Mówię o tym tylko ad hoc, ale uważam, że w każdej sytuacji można znaleźć racjonalne rozwiązanie. Potrzeba tylko dobrej woli.