Biznes na zwłokach. Tak się zarabia na śmierci w Polsce
- Szpitale zarabiają podwójnie – dostają pieniądze od NFZ i od zakładów pogrzebowych dzierżawiących prosektoria.
- Równie popularny jest inny mechanizm: pracownik prosektorium na etacie szpitala nieoficjalnie poleca rodzinom konkretny zakład pogrzebowy i wykonuje dla niego usługi, których wykonywania zabrania mu prawo.
- Rozmówcy Wirtualnej Polski winą za taki stan rzeczy obarczają przestarzałe przepisy, a konkretnie ustawę pogrzebową z 1959 r. bazującą z kolei na przepisach z lat 30.
“Siedź cicho, tu się zarabia”
Najpierw telefon: “Karta zgonu jest do odbioru w prosektorium”. Rodzina zdziwiona – przecież przy poprzedniej śmierci w rodzinie kartę wydał lekarz na szpitalnym oddziale. Ale jadą. W drodze mijają trumny ustawione wzdłuż korytarza, jedna w drugiej. Nikt nie tłumaczy, skąd się tam wzięły. Teoretycznie zakład pogrzebowy przywozi je dopiero po odbiór ciała, ale tyle na raz?
To nie scena z filmu. To fragmenty relacji rodzin, które trafiły do dziennikarzy Zero.pl i Onetu opisujących prosektorium Warszawskiego Szpitala Południowego. Koordynator tego miejsca, jak ustalili reporterzy, miał zbudować tam prywatny biznes na śmierci.
Cennik: 100 złotych za samą zgodę na wydanie ciała, 500 za ubranie i kosmetykę, tysiąc za balsamację. Najbardziej dochodowe było “polecenie” rodzinie konkretnego zakładu pogrzebowego – od 1500 zł wzwyż, prosto do kieszeni koordynatora. Zakłady pogrzebowe, które odmawiały współpracy, miały napotykać utrudnienia w odbiorze zwłok, co w praktyce zmuszało część z nich do uczestnictwa w całym procederze.
Janczura: Kolejny szpital ukarany za działania spółki neurochirurgów
Równolegle mężczyzna prowadził spółkę ze sprzętem funeralnym razem z byłą współwłaścicielką zakładu pogrzebowego “Sacrum”. To usługi tej firmy koordynator najczęściej polecał w Szpitalu Południowym. Po ujawnieniu sprawy przez media zarząd szpitala i rada nadzorcza zostały odwołane, a prokuratura wszczęła śledztwa.
Historia o zarabianiu na tragedii i ludziach w żałobie wywołała ogromne poruszenie w całej Polsce. Nasunęło się ważne pytanie: czy to tylko ekstremalny, ale jednostkowy przypadek?
Jak wynika z ustaleń Wirtualnej Polski i rozmów z przedstawicielami branży pogrzebowej handel zwłokami kwitnie w całej Polsce.
Krzysztof Wolicki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego: – To rzecz powszechna i nagminna. Kilkakrotnie wysyłałem do różnych szpitali pisma, że to nieetyczne i trzeba coś z tym zrobić. Alarmowałem też Ministerstwo Zdrowia. Wszyscy mają to w nosie.
Adam Ragiel, założyciel Polskiego Centrum Szkolnictwa Funeralnego: – Proszę sobie wyobrazić, że w XXI wieku w Polsce wciąż obowiązują przepisy dotyczące pochówku z 1959 r. To pozwala na patologie, wręcz je generuje. Kiedy chciałem coś zmienić, zawsze słyszałem: “siedź cicho, tu się zarabia”.
Właściciel jednego z największych zakładów pogrzebowych w Polsce: – Kiedyś chciałem doprowadzić do rozliczenia przedsiębiorców, którzy płacili naprawdę ogromne pieniądze za dostęp do informacji o zmarłych. W odpowiedzi podpalono mi firmę. Od tamtej pory wolę się nie wychylać.

Biznes w prosektoriach i ciała zszyte “na sztukę”
Najbardziej opłacalny mechanizm jest prosty. Szpital ogłasza przetarg na dzierżawę prosektorium. Wygrywa go – bo kto inny miałby chcieć – zakład pogrzebowy. Często wcześniej dogadany z dyrekcją placówki, bo przetargi niejednokrotnie są robione w taki sposób, żeby nikt o nich nie wiedział, poza konkretnym przedsiębiorcą pogrzebowym.
Firma płaci szpitalowi czynsz – jak twierdzą nasi rozmówcy – od kilku do nawet 20 tys. złotych miesięcznie. Czasami czynsz jest mniejszy, a zakład remontuje za to prosektorium na własny koszt. Ustawa o działalności leczniczej zakazuje prowadzenia i reklamowania usług pogrzebowych na terenie szpitala, a ciało pacjenta placówka musi przechować bezpłatnie przez pierwsze 72 godziny. Na czym polega więc korzyść zakładów z dzierżawy?
– Odpowiedź jest prosta: naciągają wbrew prawu klientów na swoje usługi – mówi Adam Ragiel i wyjaśnia:
– W praktyce wygląda to tak, że idzie pan do recepcji szpitala, a tam odsyłają pana do “administracji prosektorium” pod pretekstem identyfikacji, choć formalnie może pan to zrobić, gdy przyjedzie wybrany przez pana zakład pogrzebowy. No, ale chodzi o to, żeby firma dzierżawiąca prosektorium miała pierwsza bezpośredni dostęp do klienta.
Dalej, jak podkreśla Ragiel, scenariusz bywa najczęściej podobny: na miejscu czeka “administrator, a faktycznie przedstawiciel konkretnej firmy pogrzebowej. Oczywiście nie daje od razu wizytówki. Może zacząć od pytania: czy państwo organizowali już jakiś pogrzeb? Jeśli usłyszy, że nie, już wie, że powinno pójść łatwo.
Jeśli okaże się, że klient ma już wybraną firmę, to najpewniej zapyta, jaką i dopiero wtedy zasugeruje, żeby sprawdzić, ile to kosztowałoby u niego. A wiadomo – będzie najtaniej i najszybciej. Z innym zakładem będą tylko problemy.
– Mnóstwo ludzi jest tym oburzonych, ale ze względu na traumę i rodzinną tragedię nie chce tego drążyć. Większość po prostu macha ręką. W takiej sytuacji ludzie chcą mieć – jakkolwiek to nie zabrzmi – święty spokój, skupić się na pogrzebie i żałobie, a nie na szarpaniu się z firmą pogrzebową. Dzięki temu to wszystko działa – zaznacza założyciel Polskiego Centrum Szkolnictwa Funeralnego.
Jego słowa potwierdzają inni rozmówcy WP. Mówią wprost: zakład pogrzebowy, który dzierżawi prosektorium siedzi na “żyle złota”, bo ma stałą “dostawę” zwłok ze szpitala i bezpośredni dostęp do rodzin zmarłych.
Mało tego, nasi informatorzy twierdzą, że firmy umieszczają w chłodniach również ciała spoza szpitala, choć formalnie nie mogą tego robić. Sami jednak często nie mają zewnętrznej infrastruktury, więc wykorzystują tę, do której mają dostęp.
Szpitale się na to godzą, bo też zarabiają na tym układzie. Z jednej strony otrzymują pieniądze z Narodowego Funduszu Zdrowia, który płaci placówce za przetrzymywanie ciała przez 72 godziny, a z drugiej biorą kasę od zakładu pogrzebowego. Podwójny zysk.
Problemy zaczynają się, kiedy rodzina zmarłego chce skorzystać z usług innej firmy niż ta, która administruje prosektorium.
– Naganne jest to, że w niektórych szpitalach karty zgonu wydają zakłady pogrzebowe, ponieważ dyrekcja dzierżawi im prosektoria. Taka sytuacja miała miejsce np. w szpitalu przy ul. Banacha w Warszawie. Sami niejednokrotnie mieliśmy tam problem z odebraniem zmarłego – opowiada nam właściciel firmy pogrzebowej z Warszawy, proszący o zachowanie anonimowości.
– Słyszeliśmy zawsze, że wydadzą ciało wtedy, kiedy im będzie pasowało, a nie wtedy, kiedy my będziemy mogli przyjechać. I tak się jakoś składało, że zwłoki wydawali w godzinach, w których organizowana jest większość uroczystości pogrzebowych, czyli najczęściej między dziewiątą a trzynastą. I choć moja firma jest jedną z największych w Polsce, to miałem problem, żeby się do tego dostosować, bo w tym czasie moi pracownicy byli zajęci. To była czysta złośliwość – ocenia.
Zadajemy pytania w tej sprawie Uniwersyteckiemu Centrum Klinicznemu Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, któremu podlega szpital przy ul. Banacha. Otrzymujemy odpowiedź, że wspomniane prosektorium nie jest i nigdy nie było dzierżawione. “Mogę Pana o tym zapewnić z całą odpowiedzialnością” – podkreśliła w mailu przesłanym do WP Barbara Mietkowska, rzeczniczka prasowa UCK WUM.
Jak się okaże, władze szpitala postanowiły udawać, że nie wiedzą, czego dotyczy pytanie. Ale o tym później.
Sposobów na to, żeby uprzykrzyć życie “niepokornym” rodzinom zmarłych jest więcej. Na przykład oddanie ciała w stanie, który – mówiąc delikatnie – odbiega od przyjętych standardów.
– Zdarza się, że ciało jest zszyte “na sztukę”, czyli tak, żeby się tylko trzymało, a nie tak, jak powinno być to zrobione, czyli szczelnie. Sam zajmuję się sekcjami zwłok, szkolę ludzi, więc dla mnie te sprawy są priorytetowe i zwracam na nie szczególną uwagę – opowiada Adam Ragiel.
– Czasami dostaję zdjęcia od rodzin, które pokazują, jak źle potraktowano ciało ich bliskiego i bywa, że kończy się to postępowaniem prokuratorskim. Bo jeśli sporządzam opinię i tłumaczę, jak to nie powinno wyglądać, to niektórzy decydują się na złożenie zawiadomienia. Takie sytuacje najczęściej mają miejsce, gdy ktoś nie zgadza się na skorzystanie z usług konkretnego zakładu – podkreśla.

Chłodnia na zwłoki pod kościołem
Najbardziej kuriozalna historia z jaką zetknął się Adam Ragiel, dotyczy szpitala w Nowym Dworze Mazowieckim. Prosektorium dzierżawił tam zakład pogrzebowy “Apokalipsa”, ale dyrektor placówki wypowiedział im umowę. Właściciele firmy poszli do sądu. Efekt – obecnie prosektorium nie może być użytkowane przez szpital, bo formalnie nadal administruje nim “Apokalipsa”.
Jednocześnie placówka podpisała umowę na przechowywanie zwłok z konkurencyjnym zakładem pogrzebowym “Kalla”. Tyle że – jak twierdzi Ragiel – ten zakład nie ma własnej chłodni, tylko podnajmuje ją od miejscowej parafii.
– Ludzie ze szpitala w Nowym Dworze Mazowieckim są wysyłani bezpośrednio do biura firmy “Kalla”, bo tam rzekomo jest “obsługa prosektorium”, choć de facto żadnego prosektorium tam nie ma. Na miejscu rodzina pyta o ciało i słyszy, że ciała nie ma, bo jest w chłodni pod kościołem. Czyli zakład ze szpitalem ma podpisaną umowę na tak wrażliwą usługę, jaką jest przechowywanie ciał, ale nie ma do tego odpowiedniej infrastruktury – mówi założyciel Polskiego Centrum Szkolnictwa Funeralnego.
– Pomijam już, że rodzina w praktyce jest postawiona przed faktem, jeśli chodzi o wybór zakładu pogrzebowego, ale ja się zastanawiam, co w sytuacji, kiedy parafia wypowiedziałaby z jakiegoś powodu umowę tej firmie? Gdzie przechowywane byłyby zwłoki ze szpitala? – zastanawia się ekspert.
Adam Ragiel próbował w tej sprawie interweniować wśród lokalnych polityków. 1,5 roku temu wybrał się nawet na sesję Rady Powiatu Nowodworskiego, której podlega placówka, żeby zabrać tam głos.
– Niespełna trzy tygodnie po tej sesji miałem w mojej firmie wszystkie możliwe kontrole: nadzór budowlany, sanepid, ZUS, inspekcję pracy. Przypadek? Raczej sygnał, żebym dał sobie spokój – relacjonuje.
Nowodworskie Centrum Medyczne nie widzi problemu w obecnej sytuacji. W korespondencji z Wirtualną Polską przekonuje, że osoby odbierające zwłoki “nie są kierowane do zakładu pogrzebowego Kalla”. W kolejnym zdaniu oznajmia: “Rodzinom osób zmarłych przekazywana jest informacja zawierająca dane kontaktowe do osoby administrującej chłodnią, co ma na celu umożliwienie uzgodnienia terminu wydania zwłok”.
I dalej: “Informacja ta nie zawiera danych kontaktowych do zakładu pogrzebowego Kalla ani nie stanowi rekomendacji jakiegokolwiek przedsiębiorcy świadczącego usługi pogrzebowe”.
Dotarliśmy jednak do dokumentów wydawanych w Centrum rodzinom osób zmarłych i wynika z nich coś zupełnie innego. Podany w nich adres do odbioru zwłok to: “ul. Sukienna 52 w Nowym Dworze Mazowieckim”. A pod tym adresem mieści się właśnie biuro zakładu pogrzebowego “Kalla”.
W piśmie zamieszczone zostały też dwa numery telefonu. Jeden to numer kontaktowy, który widnieje również na stronie internetowej firmy “Kalla”. Drugim posługuje się bezpośrednio właściciel tego zakładu.

Dyrektor Centrum Jacek Kacperski uznał, że “nie znajduje podstaw” do udzielania nam informacji, gdzie konkretnie przechowywane są zwłoki zmarłych w szpitalu. Nie wyjaśnia też, dlaczego umowa z “Apokalipsą” została rozwiązana.
Firma “Kalla” również nie chce ujawnić, gdzie dokładnie przetrzymuje ciała. Informuje za to, że “posiada własną chłodnię oraz pełną infrastrukturę techniczną niezbędną do prowadzenia działalności w zakresie przechowywania zwłok”, natomiast “przedmiotem najmu są wyłącznie pomieszczenia, w których infrastruktura ta jest zainstalowana i użytkowana”.
Zakład podkreśla również, że “nie prowadzi działań polegających na nakłanianiu rodzin osób zmarłych do korzystania z ich usług” i “współpracuje z każdym przedsiębiorcą wskazanym przez rodzinę osoby zmarłej”.

“Czujemy się oszukani”
To nie pierwsze kontrowersje wokół zakładu pogrzebowego “Kalla”. W 2021 r. lokalne media informowały, że szpital w Płońsku wydzierżawił prosektorium właśnie temu zakładowi pogrzebowemu. To oburzyło miejscowych przedsiębiorców pogrzebowych, gdyż nie mieli pojęcia o tym, że placówka w ogóle prowadziła przetarg w tej sprawie.
– Dyrektorem szpitala jest człowiek z Nowego Dworu Mazowieckiego i o dziwo wygrał zakład z tego samego miasta. Panowie znają się. Żaden z lokalnych zakładów pogrzebowych nie wiedział o przetargu. Nikt codziennie nie patrzy na stronę szpitala w poszukiwaniu ogłoszeń. Nie podoba nam się taka sytuacja, czujemy się oszukani – mówił w rozmowie z portalem “Płońsk w sieci” Tomasz Domański, właściciel Zakładu Usług Pogrzebowych w Płońsku.
Po tym, gdy sytuacja została nagłośniona przez media, sprawą zajęli się powiatowi radni. W szpitalu została przeprowadzona kontrola, a współpracę z zakładem “Kalla” zakończono.
Wysłaliśmy do placówki w Płońsku pytania, czy obecnie prosektorium jest dzierżawione oraz czy taka sytuacja miała miejsce w ostatnich latach, a jeśli tak, to przez kogo i za jaką kwotę. Dyrektor Robert Makówka odpisał nam, że placówka “samodzielnie prowadzi prosektorium”, a we wcześniejszych latach nie było ono nikomu dzierżawione.
Na pytanie o to, dlaczego zataił przed nami fakt, że w 2021 r. szpital powierzył prowadzenie prosektorium firmie “Kalla”, nie otrzymaliśmy już odpowiedzi.
Natomiast sam zakład pogrzebowy poinformował nas, że sprawy nie chce komentować.
Co się działo w szpitalu uniwersyteckim?
Niejasności związanych z dzierżawieniem prosektoriów przez placówki medyczne jest zdecydowanie więcej. Trzy lata temu dziennikarz TVN24 Tomasz Patora – ten sam, który w 2002 r. w “Gazecie Wyborczej” opisał aferę “łowców skór” – ujawnił skandaliczny proceder, który miał miejsce w szpitalu w Pułtusku, gdzie rodziny zmarłych były wręcz przymuszane do korzystania z usług firmy pogrzebowej zarządzającej prosektorium. Analogiczna sytuacja – jak informował w 2023 r. Patora – miała też miejsce w placówce medycznej w Żaganiu.
Z kolei Onet opublikował 17 lipca br. tekst, z którego wynika, że do takiej niejawnej akwizycji dochodzi również w szpitalu przy ul. Banacha w Warszawie – czyli w tej placówce, o której opowiadał nasz informator z branży pogrzebowej.
I tutaj wracamy do odpowiedzi mailowej, którą otrzymaliśmy dokładnie dzień przed wspomnianą publikacją. Uniwersyteckie Centrum Kliniczne zapewniało nas, że podlegające mu prosektorium przy ul. Pawińskiego “nie jest i nigdy nie było dzierżawione”.
Tymczasem Onet ujawnił, że już w 2022 r. konkurs ofert na dzierżawę chłodni wygrała firma pogrzebowa “Amabilis”, a w kolejnych latach dwa konkursy rozstrzygnięte zostały na korzyść zagranicznego funduszu “Sereni Polska”, także działającego w branży pogrzebowej. Natomiast od 1 lutego 2024 r. chłodnię dzierżawi “Dom Pogrzebowy Nadzieja”. Umowa została podpisana na trzy lata. Szpital zarabiał na niej ponad 11 tys. zł netto miesięcznie.
Zapytaliśmy Uniwersyteckie Centrum Kliniczne, dlaczego wprowadziło nas w błąd w kwestii dzierżawy. W odpowiedzi rzeczniczka stwierdziła, że nasze pytanie dotyczyło prosektorium. A dzierżawiona jest tylko chłodnia.
To o tyle kuriozalne tłumaczenie, że chłodnia jest kluczową częścią prosektorium. To tam przechowuje się zwłoki i nawet ludzie z branży pogrzebowej używają często tego pojęcia zamiennie.
Te argumenty najwidoczniej nie przekonały też prokuratury, która po wspomnianej publikacji wszczęła śledztwo w sprawie “przyjęcia korzyści majątkowych przez osoby pełniące funkcje publiczne zatrudnione w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego”.

Wszyscy umywają ręce
Ile szpitali w Polsce dzierżawi swoje prosektoria zakładom pogrzebowym? Ministerstwo Zdrowia na nasze pytanie odpisało wprost, że nie prowadzi takiej ewidencji. Nie posiada też informacji, żeby jakakolwiek instytucja zbierała takie dane.
Również w sieci próżno szukać wzmianek na ten temat. Wertując różne strony internetowe trafiamy jedynie na archiwalne informacje o przetargach w różnych szpitalach. Tą drogą ustalamy, że jedną z placówek dzierżawiących swoje prosektorium jest m.in. Szpital Powiatowy im. dr. T. Chałubińskiego w Zakopanem – jedyny w całym Powiecie Tatrzańskim, do tego obsługujący nie tylko mieszkańców, ale też ogromny ruch turystyczny, zarówno zimą, jak i latem.
W korespondencji z Wirtualną Polską władze szpitala przekazały, że dzierżawcą wyłonionym w drodze przetargu jest Zakład Ostatniej Posługi “Całun” z Zakopanego, a stawkę czynszu ustalono na 7 tys. 100 zł plus VAT miesięcznie. Jednocześnie dyrekcja placówki zaznaczyła, że “nie napływały do niej żadne sygnały dotyczące nielegalnego reklamowania usług konkretnego zakładu pogrzebowego na terenie szpitala”.
Z informacji Wirtualnej Polski wynika, że również dyrekcja Szpitala Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji w Warszawie, czyli jednej z najważniejszych placówek w stolicy, przez lata dzierżawiła prosektorium jednej z firm pogrzebowych. Na nasze pytania w tej sprawie władze szpitala do tej pory nie odpowiedziały.
Prezes Polskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego Krzysztof Wolicki irytuje się, gdy słyszy zapewnienia ze strony władz szpitali, że nie mają żadnej wiedzy na temat nieprawidłowości. Jego zdaniem sam fakt, że jakiś zakład pogrzebowy administruje prosektorium, prowadzi nieuchronnie do patologii.
– Swego czasu wysyłałem nawet pisma do szpitali, które organizowały takie przetargi. Wyjaśniałem w nich, dlaczego jest to działanie nieetyczne. Najczęściej odpisywali, że w umowie dzierżawy jest zapis, iż firma, która wygrała, nie może prowadzić usług pogrzebowych na terenie szpitala ani ich reklamować. Czyli mówiąc wprost: mają swoją “dupokrytkę”, a jak ktoś się przyczepi, to zrzucą wszystko na zakład – uważa Wolicki.
Według niego ponad połowa szpitali dzierżawi lub dzierżawiła zakładom pogrzebowym swoje prosektoria. Podkreśla jednak, że są to tylko jego szacunki.
– Zwróciłem się kiedyś do Głównego Urzędu Statystycznego, żeby takie dane zbierali, bo przecież to są ważne rzeczy. Odpowiedzieli, że nie leży to w ich zainteresowaniu, a gdybym chciał, żeby zrobili takie badanie, to musiałbym im zapłacić. Chodziło o kwotę rzędu 80 tys. złotych – relacjonuje.
Dodaje też, że już ponad 10 lat temu, jako prezes Polskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego, alarmował w tej sprawie ówczesnego ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza.
“W związku z coraz częściej napływającymi informacjami o wydzierżawianiu chłodni szpitalnych zakładom pogrzebowym w celu przechowywania zwłok oraz udostępnianiem pomieszczeń szpitalnych do przeprowadzenia kosmetyki pośmiertnej osób zmarłych, przywiezionych z zewnątrz […] wyrażamy zaniepokojenie tym szerzącym się coraz powszechniej procederem” – czytamy w piśmie wysłanym do Arłukowicza 10 lutego 2015 r.
– Poprosiliśmy, żeby pan minister chociaż zajął jakieś stanowisko w tej sprawie. Nie doczekaliśmy się jednak żadnej reakcji – rozkłada ręce Krzysztof Wolicki.
Pytamy o to pismo Bartosza Arłukowicza. Europoseł KO nie przypomina sobie tego dokumentu, a odnosząc się do samego problemu, stwierdza ogólnikowo, że “szukanie w takiej sytuacji biznesu na terenie szpitala uważa za naganne”, a “każda taka sytuacja wymaga szczegółowej kontroli”.

Firmy-krzaki i kasa “pod stołem”
Dzierżawa prosektoriów to tylko jedna z patologii. Równie popularny jest inny mechanizm: pracownik prosektorium na etacie szpitala nieoficjalnie poleca rodzinom konkretny zakład pogrzebowy, a dodatkowo wykonuje dla niego usługi, których wykonywania zabrania mu prawo.
Cennik bywa różny. Jeśli rodzina skorzysta z poleconej firmy pogrzebowej, pracownik może dostać “pod stołem” od tysiąca do dwóch tysięcy złotych za jedno ciało. Za przygotowanie zmarłej osoby do pogrzebu, czyli kosmetykę i ubranie, zwyczajowa stawka to ok. 500 zł.
– Ile miesięcznie taki pracownik prosektorium może zarobić “ekstra” na jednym zmarłym? – pytam Adama Ragiela.
– Oczywiście zależy to od liczby zgonów, ale możemy przyjąć, że jest ich 30 w miesiącu. Niech tylko w dziesięciu przypadkach rodzina skorzysta z polecanego zakładu, a do tego dojdzie przygotowanie zwłok, robi nam się z tego 15-20 tys. zł i to na czysto, bo przecież nikt nie odprowadza od tego podatku – wyjaśnia.
– A ponieważ ludzie w prosektorium pracują za najniższą krajową, to dla wielu te nieformalne usługi stają się głównym źródłem dochodu – dodaje.
Przedsiębiorca pogrzebowy z Warszawy, który działa w branży od 40 lat, przyznaje, że pod pewnymi względami, od czasu wybuchu afery “łowców skór”, niewiele się zmieniło.
– Po tym, gdy media opisały to, co działo się w Łodzi, piętnowaliśmy też stołeczne firmy, które handlowały informacjami dotyczącymi zmarłych. Niestety, nie udało się tego procederu ukrócić i handel cały czas się odbywa. Myślę, że w każdym mieście w Polsce jest zakład pogrzebowy, który przytulił się do jakiegoś prosektorium szpitalnego – podkreśla.
Wszyscy nasi rozmówcy winą za taki stan rzeczy obarczają przestarzałe przepisy, a konkretnie ustawę pogrzebową z 1959 r. bazującą z kolei na przepisach z lat 30.
– Chyba jesteśmy jedynym krajem w Europie, który ma tak starą, niedopasowaną do rzeczywistości ustawę dotyczącą tej branży – argumentuje inny właściciel firmy pogrzebowej z Mazowsza.
Efekt? Dziś w Polsce łatwiej jest otworzyć zakład pogrzebowy niż budkę z hot-dogami.
– Potrzebny jest tylko dowód osobisty, a jak ma się konto na ePUAP, to nawet z domu nie trzeba wychodzić. Natomiast jak ktoś chce sprzedawać hot-dogi, to musi mieć odpowiedni lokal, ciepłą wodę, różne badania, odpowiednie lodówki itd. W przypadku zakładu pogrzebowego w zasadzie nie trzeba mieć nic. Wystarczy spełniać minimalne wymagania sanitarne. I to jest chore – przekonuje prezes Polskiego Stowarzyszenia Pogrzebowego.
Wylicza, że w Warszawie zarejestrowanych jest obecnie 76 jednoosobowych działalności gospodarczych jako “firma pogrzebowa” plus kilkadziesiąt spółek. Łączna liczba tych podmiotów według jego szacunków to około 120–130 w samej stolicy. Z tego – jak twierdzi – może 10 proc. posiada własną chłodnię, karawany i ludzi zatrudnionych na pełen etat. Reszta to firmy-krzaki.
– Proszę sobie wyobrazić, że po Warszawie jeździ kilka ekip pracujących wyłącznie dla firm, które same nic nie mają. Faceci ubrani w czarne garnitury, dostępni od ręki. Jest nawet ktoś w rodzaju brygadzisty – opowiada.
– Rano dzwonią do niego ludzie z tych firm-krzaków i mówią: słuchaj, o 11:00 potrzebuję kogoś na Bródnie, a o 13:00 w Wólce. Ten patrzy w grafik i mówi: na Bródno kogoś wyślę, ale do Wólki szukaj kogoś innego. Gość z takiej ekipy, która gania po mieście, dostaje w granicach 200–250 zł od pogrzebu. Są to oczywiście pieniądze brane “pod stołem” – tłumaczy Wolicki.
Jego słowa potwierdzają pozostali rozmówcy WP. Właściciel jednego z największych zakładów pogrzebowych w Warszawie dosadnie opisuje tego typu działalność: – Rano jadą na przykład z bułkami albo z dostawą ziemniaków do warzywniaka, a potem próbują zabrać zmarłego i podwieźć go gdzieś w Polskę. Brzmi jak żart, ale tak to wygląda.
Podobne spostrzeżenia ma Adam Ragiel. Mówi wprost, że właściciele wielu zakładów pogrzebowych mają tylko teczkę, laptopa, a z rodzinami zmarłych spotykają na przykład w Starbucksie, McDonaldzie albo innej restauracji i tam omawiają kwestie pogrzebu.
Trumnę biorą bezpośrednio z hurtowni, karawan wypożyczają, ciało przechowują w szpitalnej chłodni, a za przygotowanie zmarłego płacą pracownikowi prosektorium. W ten sposób prowadzą biznes pogrzebowy nie mając tak naprawdę żadnego zaplecza.
– Każdy jest zadowolony, bo on to sobie fakturuje, a ileś osób zarabia pieniądze na boku. Rodzina zmarłego nawet nie ma świadomości, jak to wygląda. Wie tylko, że korzysta z usług przedsiębiorcy, który pokazuje jej piękne zdjęcia, na których widać, jak rzekomo wygląda jego firma. I tak to się kręci – wzdycha Ragiel.
Krzysztof Wolicki dodaje, że takimi zakładami niespecjalnie interesuje się też Sanepid, ponieważ nie opłaca im się nimi zajmować.
– Kiedyś rozmawiałem z pracownikiem Sanepidu, który powiedział: “Panie prezesie, takie firmy, które coś mają, to my jesteśmy w stanie skontrolować trzy jednego dnia. A w przypadku takich, co nic nie mają i wszystko wynajmują, to jedna kontrola zajmuje trzy dni. Potem mnie dyrekcja ochrzani, że jestem niewydajny”.

Ustawa do zmiany
Nasi rozmówcy wskazują na jeszcze jedną lukę w prawie. Chodzi o kwestię osób zajmujących się zmarłymi. Obecnie nie muszą one mieć żadnych kwalifikacji, bo nie ma żadnych wymaganych szkoleń w tej branży. Tak naprawdę zwłokami może zajmować się każdy.
– Dążę do tego, żeby to się zmieniło i ludzie pracujący na takich stanowiskach mieli chociaż minimum przeszkolenia. Bo w zakładach pogrzebowych wygląda to teraz tak, że ci sami ludzie jadą na cmentarz, kopią grób w ubraniach roboczych, przychodzą ubrudzeni ziemią do chłodni i przygotowują ciało, a potem jadą do domu zabrać kolejne ciało albo na pogrzeb – mówi Adam Ragiel.
Jeszcze w 2008 r. założył nawet Stowarzyszenie Balsamistów i Laborantów Sekcyjnych, w którym chciał zrzeszać specjalistów z tej branży. Celem miało być podnoszenie kwalifikacji, walka o lepsze standardy, ale też, czego nie ukrywa, o godne zarobki. Szybko się okazało, że niewiele jest osób, które chcą się w ten projekt zaangażować. W końcu Ragiel dał sobie spokój.
– Ciągle słyszałem, że lepiej siedzieć cicho, bo kasa sama wpada do kieszeni. A tak, to jeszcze ktoś się tym wszystkim zainteresuje i zacznie drążyć. Po co to komu? Tłumaczyłem, że wcześniej czy później i tak ktoś się za to zabierze i wtedy zostaną z ręką w nocniku, czyli najniższą krajową i wolnymi etatami w prosektoriach. I tak się zaczyna powoli dziać – mówi Ragiel.
Przedsiębiorca pogrzebowy z Warszawy dodaje: – W ramach Polskiej Izby Branży Pogrzebowej pracowaliśmy kiedyś nad nową ustawą. Sęk w tym, że była ona bardzo złożona i dotykała 47 innych ustaw związanych ze zdrowiem. W związku z tym te wszystkie ustawy musiałyby zostać poprawione, a za to nikomu się już zabierać nie chciało.
Jeszcze inny z naszych rozmówców, który od kilkudziesięciu lat organizuje pogrzeby na terenie całej Polski, przyznaje, że starania o zmiany ustawowe w branży to walka z wiatrakami:
– Panie redaktorze, daj Boże, żeby te wszystkie ostatnie publikacje przyczyniły się do uporządkowania tego trudnego tematu, nad którym my, jako przedsiębiorcy pogrzebowi, próbujemy pracować od ponad 25 lat. Mam nadzieję, że historia ze Szpitala Południowego uzmysłowi w końcu, że coś trzeba zmienić, aby takie sytuacje nie miały więcej miejsca.
Na końcu podkreśla: – Pamiętajmy, że to może dotknąć każdego z nas. Przecież wszyscy jesteśmy tu tylko na chwilę.
Chcesz skontaktować się z autorem artykułu? Napisz: mateusz.baczynski@grupawp.pl