30 January, 2026

“Wszyscy są zmęczeni”. Rosjanie z Biełgorodu mają dość. Żołnierze starają się unieważniać umowy wojskowe. “Zawsze żyliśmy w zgodzie z Ukraińcami. To dobrzy ludzie”

"Wszyscy są zmęczeni". Rosjanie z Biełgorodu mają dość. Żołnierze starają się unieważniać umowy wojskowe. "Zawsze żyliśmy w zgodzie z Ukraińcami. To dobrzy ludzie"

Rosyjskie władze przedstawiają Biełgorod jako heroiczne miasto na linii frontu, które mężnie stawia opór ukraińskim atakom. Takiego zdania o nim nie mają nawet jednak sami jego mieszkańcy. W ankiecie przeprowadzonej w styczniu przez lokalny serwis informacyjny Fonar jedna czwarta respondentów stwierdziła, że czuje się “zdruzgotana i rozczarowana” działaniami zbrojnymi. Wielu mieszkańców Biełgorodu ma dobre relacje z Ukraińcami i nie rozumie sensu i celu prowadzenia wojny, którą wzniecił Putin. — Wszyscy są zmęczeni. Wiele osób (…) czuje się rozczarowanych — mówi jeden z mieszkańców.

Posłuchaj artykułu

x1 x2 x1.75 x1.5 x1.25 x1 x0.75 00:00 / 00:00 Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy "Wszyscy są zmęczeni". Rosjanie z Biełgorodu mają dość. Żołnierze starają się unieważniać umowy wojskowe. "Zawsze żyliśmy w zgodzie z Ukraińcami. To dobrzy ludzie" Anadolu / Contributor / Getty Images Mieszkańcy Belgorodu eskortowani przez funkcjonariuszy do autobusów po ukraińskim ostrzale, 8 lutego 2024 r.

Kozinka wygląda jak każda inna wieś w rosyjskim obwodzie biełgorodzkim: ceglane domy, szkoła, przedszkole, sklep spożywczy z tabliczką informującą o godzinach otwarcia. W domach panuje jednak ciemność, a sklep nigdy nie jest otwarty. Wieś położona niecały kilometr od granicy z Ukrainą została w zeszłym roku praktycznie zamknięta przez władze. Z tysiąca osób, które tu mieszkały, pozostało mniej niż 10 — i to na własne ryzyko. Ewakuowanym obiecano odszkodowanie za ich domy. Nadal na nie czekają.

Siły ukraińskie dwukrotnie wkroczyły do Kozinki, w 2023 i 2024 r. Część wsi została zniszczona w walkach, ale Ukraińcy nie atakowali cywilów. Alexandra Sewerina, 87-letnia mieszkanka wsi, pamięta uśmiechniętych ukraińskich żołnierzy w pojazdach opancerzonych. Mówi, że skonfiskowali raz telefony komórkowe, ale pozostawili je na kupce pod drzewem, aby mieszkańcy wsi mogli je odebrać po tym, jak oni się wycofają.

  • Oko za oko. Ukraina mści się na Rosji. Użyła ulubionej broni Putina

— Zawsze żyliśmy w zgodzie z Ukraińcami. To dobrzy ludzie — mówi Katerina Matwiejewna, inna mieszkanka wsi, która mimo zagrożenia zdecydowała się nie wyjeżdżać.

Podobnie jak większość mieszkańców regionu przygranicznego mówi dialektem surżyk, będącym mieszanką języka rosyjskiego i ukraińskiego. Ma też przyjaciół i krewnych po drugiej stronie granicy. Kiedyś razem śpiewali kolędy i przekraczali granicę, by robić zakupy — Ukraina miała tańszą kiełbasę, Rosja benzynę. Teraz strach wychodzić na drogę, bo wszędzie latają drony. — Jeśli to ukraiński dron, brzęczy jak komar, jeśli rosyjski — buczy jak trzmiel — mówi Nikołaj, który wozi ludzi między Kozinką a Biełgorodem, stolicą regionu położoną 40 km od granicy.

W ciągu ostatnich czterech lat mieszkańcy Biełgorodu zamieszkałego niegdyś przez 400 tys. osób zdążyli przyzwyczaić się do wojny. Od początku stycznia, po tym, jak ukraińskie rakiety uderzyły w elektrownię cieplną, region znajduje się na skraju blackoutu. Według gubernatora regionu Wiaczesława Gładkowa zasilanie elektryczne i ogrzewanie zostały w dużej mierze przywrócone, ale nie ma wystarczającej rezerwy mocy, by zaspokoić potrzeby wszystkich.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo Czy odwracamy się plecami od wojny? "Ponieśliśmy gigantyczny wysiłek"

13 stycznia Gładkow ostrzegł, że w przypadku utraty zasilania miasto może zostać ewakuowane. Wywołało to poruszenie w rosyjskich mediach, ale mieszkańcy nie zmienili codziennych nawyków — nadal codziennie rano udają się do pracy, nie zwracając uwagi na syreny alarmowe. W rzeczywistości Biełgorod tętni życiem bardziej niż dwa lata temu, kiedy to został trafiony ukraińskimi rakietami w odwecie za rosyjskie ataki na Charków i inne miasta. W pobliżu miejsca, w którym zginęło 25 osób, znajduje się kapliczka z zabawkami i kwiatami.

Zmęczenie i rozczarowanie

Wielu mieszkańców martwi się zarówno najnowszymi planami gubernatora, jak i atakami dronów. 12 stycznia Gładkow ogłosił walkę z “wrogami wewnętrznymi” i tymi, którzy “sieją niezadowolenie”. Nikt nie wie, czy opisywanie codziennych trudności w pobliżu frontu kwalifikuje się jako podżeganie do buntu, więc większość woli milczeć. Wstępna lista osób, które zdaniem władz podsycają panikę, obejmuje grupy w mediach społecznościowych poświęcone problemom mieszkańców oraz Pepel, kanał informacyjny na Telegramie mający 100 tys. subskrybentów. Prowadzony jest on przez Nikitę Parmenowa, emigracyjnego dziennikarza z Biełgorodu, który opiera się na informacjach z lokalnych mediów i od mieszkańców.

Kanał ten wzbudził gniew regionalnych władz nie tyle ze względu na wrzucane treści, ile na rolę, jaką odgrywa w koordynowaniu działań wolontariuszy dostarczających wodę do zniszczonych domów. Władze z podejrzliwością patrzą na oddolne ruchy mieszkańców. Próbując zmniejszyć popularność Parmenowa, uruchomiły oficjalny program wolontariacki. Rząd przedstawia Biełgorod jako heroiczne miasto na linii frontu. W głównym parku miejscowości znajduje się wystawa zdjęć pokazujących żołnierzy broniących kraju. Niewielu zatrzymuje się jednak, by ją obejrzeć.

  • W Rosji może wybuchnąć kryzys, którego nie opanuje nawet Kreml. Obywatele są oburzeni. “Te pieniądze nie spadły z nieba”

— Wszyscy są zmęczeni — mówi jeden z przechodniów, zakrywając twarz. — Wiele osób, które na początku popierały tę operację [agresję na Ukrainę], czuje się teraz rozczarowanych.

W ankiecie przeprowadzonej w styczniu przez lokalny serwis informacyjny Fonar jedna czwarta respondentów stwierdziła, że czuje się “zdruzgotana i rozczarowana”. Podobna liczba osób uważa, że ich życie stanęło w miejscu. Tylko 6 proc. respondentów stwierdziło, że udzieliło pomocy uczestnikom rosyjskiej “specjalnej operacji wojskowej”. Ilja Kostiukow, działacz polityczny i prawnik z Biełgorodu, twierdzi, że wielu żołnierzy prosi go o pomoc w rozwiązaniu umów wojskowych, ale od roku nawet ranni nie mogą opuścić miasta.

— Mówię im szczerze: możecie walczyć z wiatrakami, możecie płacić mi miliony, ale nam się nie uda — twierdzi.

© The Economist Newspaper Limited, 28 stycznia 2025 r.

Podobne artykuły