31 January, 2026

“Na co czekamy?”. Europa pozbawiona pomocy USA podnosi stawkę. Wyjaśniamy [WYKRESY]

Donald Trump zmusza kraje europejskie, by te wzięły wreszcie większą odpowiedzialność za swoje bezpieczeństwo. W Brukseli wraca pomysł utworzenia stutysięcznej europejskiej armii. — Na co czekamy? — pyta komisarz UE ds. obrony Andrius Kubilius. Przeanalizowaliśmy, jakie wyzwania stoją przed Europą, by móc stworzyć realną siłę zdolną do obrony kontynentu.

Posłuchaj artykułu

x1 x2 x1.75 x1.5 x1.25 x1 x0.75 00:00 / 00:00 Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy "Na co czekamy?". Europa pozbawiona pomocy USA podnosi stawkę. Wyjaśniamy [WYKRESY] AlexandrinaZ/Shutterstock, Francis Chung / POOL/PAP Na wykresie: wydatki obronne państw NATO. Na zdjęciu obok Donald Trump

  • Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Onetu
  • Dużo czytania, a mało czasu? Sprawdź skrót artykułu

Komisarz UE ds. obrony Andrius Kubilius nie pozostawia złudzeń. Przekonuje, że aby w przyszłości zastąpić amerykańskie wojska stacjonujące w Europie i dać skuteczny odpór Rosji, powinniśmy jako Europa utworzyć wspólną armię liczącą 100 tys. żołnierzy.

— Dziś rosyjski budżet wojskowy, liczony w kategoriach parytetu siły nabywczej (PPP), stanowi 85 proc. wydatków obronnych wszystkich państw członkowskich UE. Nie ma oznak, by Putin miał dążyć do pokoju. Nawet jeśli pokój zostanie ustanowiony, Rosja będzie kontynuować gospodarkę wojenną — mówił Kubilius. — Stany Zjednoczone oficjalnie proszą nas, abyśmy byli gotowi wziąć na siebie pełną odpowiedzialność za konwencjonalną obronę Europy. I nie możemy się z taką prośbą nie zgodzić — dodał.

— Przede wszystkim musimy odpowiedzieć na bardzo proste pytanie: czy Stany Zjednoczone byłyby militarnie silniejsze, gdyby miały 50 armii na poziomie poszczególnych stanów zamiast jednej armii federalnej, 50 stanowych polityk obronnych i budżetów obronnych na poziomie stanów zamiast jednej federalnej polityki i budżetu? Jeśli nasza odpowiedź brzmi “nie — USA nie byłyby silniejsze”, to na co czekamy? — pytał.

"Na co czekamy?". Europa pozbawiona pomocy USA podnosi stawkę. Wyjaśniamy [WYKRESY] Andrius KubiliusHENRIK MONTGOMERY / PAP

Podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski przedstawił swoją propozycję: utworzenie europejskiej armii liczącej 3 miliony żołnierzy. Jej trzonem miałaby być armia ukraińska — obecnie najsilniejsza w Europie po Rosji — dysponująca 1 milionem zahartowanych w boju żołnierzy.

Rosyjska armia będzie liczyć 2,5-3 mln. Chcą osiągnąć to wszystko do 2030 r. i, w oparciu o ich szybkość, widzimy, że jest to możliwe. Nie mówię, że tak będzie, mówię, że to możliwe — zaznaczył Zełenski.

Na papierze koncepcja wspólnej europejskiej armii może wydawać się atrakcyjna. W praktyce jednak rodzi szereg poważnych trudności.

— Propozycja Kubiliusa wywołała szereg pytań, ponieważ sama koncepcja pozostaje bardzo niejasna — zauważa w rozmowie z Euractiv Simon Van Hoeymissen, badacz z Królewskiego Wyższego Instytutu Obrony, podkreślając, że obrona jest w dużej mierze domeną narodową.

Van Hoeymissen zastanawia się, czy Kubilius sugeruje utworzenie armii niezależnej od sił narodowych, czy raczej “integrację jednostek narodowych tymczasowo przydzielanych na zasadzie rotacyjnej”.

  • Ogromne pieniądze popłyną do Polski. Sprawdziliśmy, na co je wydamy

Tymczasem nie istnieje czegoś takiego jak armia międzynarodowa, wszystkie armie są narodowe. NATO nie posiada stałej armii, podobnie jak ONZ. Państwa przekazują swoje siły do operacji prowadzonych przez organizacje międzynarodowe, ale jednocześnie zachowują odpowiedzialność za własnych żołnierzy w czasie ich rozmieszczenia.

Sto tys. żołnierzy wystarczy?

Andrius Kubilius wspomniał o stutysięcznej europejskiej armii. Ale należy się zastanowić, czy byłaby ona wystarczająca w razie zagrożenia. Analiza (luty 2025 r.) przeprowadzona przez brukselki instytut badawczy Bruegel i Kiloński Instytut Gospodarki Światowej szacują koszty, jeśli Europa będzie musiała bronić się przed Rosją bez wsparcia USA. Według szacunków konieczne byłyby inwestycje obronne w wysokości około 250 mld euro rocznie, aby skutecznie przeciwdziałać rosyjskim siłom.

  • Jakie szanse miałoby NATO bez pomocy USA. Wyjaśniamy [WYKRESY]

Autorzy zakładają, że Europa musiałaby rozmieścić około 50 dodatkowych brygad, czyli 300 tys. żołnierzy Do tego potrzebne byłoby co najmniej 1400 nowych czołgów głównych i 2 tys. bojowych wozów piechoty, które przekroczyłyby obecne zapasy całych niemieckich, francuskich, włoskich i brytyjskich sił lądowych. Ponadto Europa musiałaby produkować rocznie około 2 tys. dronów dalekiego zasięgu.

Kolejna sprawa to pieniądze. Międzynarodowy Instytut Studiów Strategicznych (IISS) szacuje, że pełne zastąpienie amerykańskich zdolności wojskowych w Europie oznaczałoby koszt sięgający około jednego biliona dol. w perspektywie wieloletniej. To obejmuje nie tylko zakup sprzętu, ale też utrzymanie, modernizację i całe zaplecze przemysłowe. Unia Europejska nie dysponuje dziś wspólnym budżetem obronnym, który byłby w stanie udźwignąć taki ciężar.

public.flourish.studio

Następna kwestia to obawa przed dublowaniem struktur NATO. Stworzenie równoległych struktur dowodzenia może osłabić, a nie wzmocnić europejskie bezpieczeństwo. Zasoby, a więc ludzie, sprzęt, moce przemysłu zbrojeniowego, są ograniczone. Jeśli te same brygady, samoloty i fabryki miałyby obsługiwać zarówno NATO, jak i armię UE, ryzyko chaosu kompetencyjnego w czasie wojny byłoby realne.

“Nie da się”

Wielu polityków nie widzi sensu w tworzeniu europejskiej armii. — Każde państwo europejskie ma już własną armię, a siły zbrojne 23 krajów są jednocześnie częścią NATO. Dlatego nie wyobrażam sobie, aby państwa tworzyły oddzielną europejską armię — stwierdziła szefowa unijnej dyplomacji Kaja Kallas.

Radosław Sikorski zaznaczył z kolei, że “mówienie o armii federalnej jest niecelowe, bo nierealistyczne, bo nie dojdzie do połączenia armii narodowych”. — Natomiast moglibyśmy stworzyć coś, co ja nazywam legionem europejskim, czyli na początek oddział w sile brygady, do którego mogliby się zapisywać obywatele państw członkowskich, a może i kandydujących — zaproponował szef MSZ.

Gorzkich słów nie krył za to sekretarz generalny NATO Mark Rutte. Stwierdził on, że UE powinna przestać marzyć o stworzeniu europejskiego filaru w NATO i nadal budować więzi z USA. — Jeśli ktokolwiek tutaj myśli, że Unia Europejska lub Europa jako całość może się obronić bez USA, niech marzy dalej. Nie da się — zaznaczył.

Rutte podkreślił także, że europejska armia stworzyłaby “dużą duplikację” w Sojuszu. Ocenił też, że przywódca Rosji Władimir Putin były “zachwycony” z takiego scenariusza.

public.flourish.studio

“Musimy mieć środki odstraszania we własnych rękach”

Są jednak i głosy, że inicjatywa wspólnej armii ma sens. Szef hiszpańskiej dyplomacji José Manuel Albares jest takiego zdania. — Jeśli chcemy pozostać kontynentem pokoju (…), musimy mieć środki odstraszania we własnych rękach. Potrzebujemy po pierwsze koalicji chętnych na rzecz bezpieczeństwa europejskiego, po drugie — integracji naszego przemysłu obronnego, a w konsekwencji — europejskiej armii — powiedział Albares.

Wśród zalet stworzenia takiej armii wielu analityków wskazuje na kwestie efektywności i koordynacji. Europa już dziś wydaje na obronność więcej niż Rosja, ale robi to w sposób rozdrobniony i mało spójny. W Unii funkcjonują równolegle liczne typy czołgów, samolotów bojowych i systemów uzbrojenia, które nie zawsze są ze sobą kompatybilne. Zwolennicy tego rozwiązania argumentują, że nawet ograniczona forma wspólnej armii mogłaby wymusić standaryzację sprzętu, wspólne zakupy i dłuższe serie produkcyjne, a tym samym realne oszczędności.

  • Koniec niedomówień. Europejscy przywódcy stawiają sprawę jasno. “Musimy być gotowi”

Wspólne struktury, szkolenia i stałe jednostki wielonarodowe miałyby także ułatwić szybkie działanie w sytuacji kryzysowej i ograniczyć chaos decyzyjny, który dziś towarzyszy skomplikowanej współpracy armii narodowych.

Wreszcie, część ekspertów podkreśla, że wspólna armia byłaby czytelnym sygnałem odstraszania, że atak na jedno państwo Unii oznacza konfrontację z całą Wspólnotą, a nie jedynie długie konsultacje dyplomatyczne, zakończone “stanowczym potępieniem”.

Europa boi się konfliktu?

W marcu 2025 r. przeprowadzono badania w dziewięciu europejskich krajach. Wyniki pokazują, że obawy przed konfliktem zbrojnym w UE są powszechne, ale ich skala wyraźnie różni się między krajami. Najsilniej zagrożenie odczuwają mieszkańcy Rumunii i Polski — w Rumunii aż 74 proc. respondentów uznaje ryzyko wojny za bardzo lub raczej wysokie, a w Polsce 71 proc.

public.flourish.studio

W państwach Europy Zachodniej poziom obaw jest niższy i częściej ma umiarkowany charakter. W Niemczech 51 proc. badanych ocenia ryzyko konfliktu jako wysokie, we Francji 50 proc., a we Włoszech 49 proc., przy jednocześnie większym udziale odpowiedzi wskazujących na niskie zagrożenie.

Podobne artykuły