Mateusz Mazzini: Trump nie gra z resztą świata w wielowymiarowe szachy, tylko co chwilę zmienia zdanie
W amerykańskiej polityce zagranicznej panuje chaos, przy czym, wbrew obiegowej opinii domorosłych speców od geopolityki, nie jest to celowy zabieg samego Trumpa. Nie gra on z resztą świata w jakieś wyrafinowane, wielowymiarowe szachy, tylko co chwilę zmienia zdanie, bo uważa, że może — pisze Mateusz Mazzini w “Tygodniku Przegląd”.
Posłuchaj artykułu
x1 x2 x1.75 x1.5 x1.25 x1 x0.75 00:00 / 00:00 Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
PAP/EPA/AARON SCHWARTZ / POOL Donald Trump w Białym Domu
- Więcej takich artykułów znajdziesz na stronie głównej Onetu
- Dużo czytania, a mało czasu? Sprawdź skrót artykułu
Prawie ćwierć wieku temu Stany Zjednoczone przy wydatnej pomocy Wielkiej Brytanii dokonały pierwszego wielkiego wyłomu w powojennym porządku światowym, opartym na suwerenności, multilateralizmie i prymacie instytucji nad wolą polityczną przywódców. W zbiorowej pamięci Zachodu inwazja na Irak być może już wyblakła, a w niektórych miejscach — jak w Polsce — nigdy na dobre nie zaistniała, ale przedstawiciele globalnego Południa doskonale wiedzą, jakie były tego konsekwencje.
Znacznie ciekawsze jest jednak to, że nawet po upływie tylu lat, dziesiątkach rozmów, napisanych esejów, książek, zrealizowanych filmów dokumentalnych czy przesłuchań w amerykańskim Kongresie nadal tak naprawdę nie wiadomo, dlaczego do tej inwazji doszło.
Suma wszystkich strachów
Metodologia poszukująca jednego, może nie wyłącznego, ale dominującego powodu, który pchnął amerykańską administrację do obalenia reżimu Saddama Husajna i wieloletniej, całkowicie bezowocnej politycznie okupacji tego kraju, jest jednak całkowicie nieadekwatna do rzeczywistości. Rację ma bowiem publicysta “New York Timesa” Ezra Klein, który w niedawnej rozmowie z Jonathanem Blitzerem z “New Yorkera” stwierdził, że jedyne, co z całą stanowczością można stwierdzić na temat tej inwazji, to fakt, że była opcjonalna. Ale nie było jednej ręki, która pociągnęła za spust. Jednego momentu, który zdecydował o wysłaniu wojsk. Jednego gestu Saddama, jednego momentu sprzeciwu Francji na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ. Tamta wojna była po prostu sumą wszystkich strachów ówczesnej Ameryki. Dokładnie tak jak niedawna operacja wojskowa w Wenezueli.
- Zobacz: Donald Trump nie chce koncertu mocarstw. Ma zupełnie inny plan
Próba racjonalizowania działania Donalda Trumpa i jego ekipy wobec reżimu Nicolasa Madura jest z góry skazana na porażkę, ponieważ skuteczna byłaby tylko w przypadku logicznych działań amerykańskiej władzy. Tymczasem nie ma żadnych dowodów na to, że racjonalizm jest podstawą kalkulacji strategicznej USA ani że takowa kalkulacja w ogóle istnieje.
Nie tylko w samych wystąpieniach Trumpa, ale też w komunikatach jego współpracowników czy w kluczowych dokumentach dotyczących polityki zagranicznej, na czele z Narodową Strategią Bezpieczeństwa, próżno szukać ciągów przyczynowo-skutkowych, precyzyjnie określonych celów czy synergii priorytetów pomiędzy różnymi instytucjami posiadającymi kompetencje dyplomatyczne. Prędzej towarzyszą im sprzeczność, argumentacyjny bałagan i chaos informacyjny.
Jako pierwszy wypunktował to w grudniu na portalu Project Syndicate politolog Stephen Holmes, zauważając, że wspomniana strategia nie jest nawet konsekwentna w kwestii tego, gdzie dziś znajduje się Ameryka. “Raz jesteśmy wielcy, raz ryzykujemy totalny upadek. Raz wygrywamy, raz przegrywamy” – pisał Holmes, wskazując na niespójność przekazu w dokumencie.
Nieco bardziej sarkastycznie podsumowała to na łamach “The Atlantic” Anne Applebaum, pisząc, że ze wszystkich znanych dzieł literackich amerykańska strategia bezpieczeństwa najbardziej przypomina Biblię — też ewidentnie miała kilku autorów, zawiera wzajemnie sprzeczne tezy i czyta się ją fatalnie, bo nie stanowi spójnej całości, tylko coś w rodzaju tomiku z aforyzmami.
- Czytaj także: “Nikt nie będzie bronił Grenlandii siłą”. Na półkuli zachodniej trwa już licytacja, kto będzie następny [ANALIZA]
Administracja Trumpa przekuła teorię w praktykę już 3 stycznia tego roku, aresztując Maduro i pokazując światu, że nie ma pojęcia ani ochoty decydować, co dalej będzie się działo z Wenezuelą. Jeszcze w sobotę 3 stycznia, około godz. 16 czasu polskiego sekretarz stanu Marco Rubio zapewniał, że USA “nie mają planów dalszej ingerencji w sprawy Wenezueli”. Ale dwie godziny później Trump na konferencji prasowej w Mar-a-Lago stwierdził, że Ameryka będzie tym krajem zarządzać.
W kolejnych dniach już sam Rubio przyznawał, że jakaś forma presji militarnej jest prawdopodobna, a okręty amerykańskiej marynarki wojennej pozostaną na Morzu Karaibskim jeszcze przez kilka tygodni, jeśli nie dłużej.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo Donald Trump znów skupił uwagę świata. "Rozumiem ten cel"
Poznaj kontekst z AI
Co według Mateusza Mazziniego jest chaotycznego w polityce zagranicznej Trumpa? Jakie są powody inwazji na Irak według analizy Mazziniego? Co sugeruje Mazzini na temat decyzji Trumpa dotyczących Wenezueli? Jakie cechy charakteru prezydenta USA wymieniają dziennikarze cytowani przez Mazziniego?
Zarządzanie przez chaos
Widać więc od razu, że w amerykańskiej polityce zagranicznej panuje chaos — przy czym, wbrew obiegowej opinii domorosłych speców od geopolityki — nie jest to celowy zabieg samego Trumpa. Nie gra on z resztą świata w jakieś wyrafinowane, wielowymiarowe szachy, tylko co chwilę zmienia zdanie, bo uważa, że może.
Dla niego funkcją bycia prezydentem USA jest możliwość kształtowania właściwie wszystkiego, co się dzieje na planecie, w sposób impulsywny, oparty na instynkcie, bez patrzenia na konsekwencje. Dlatego wszelkie próby dorabiania ideologii do działań prezydenta za pomocą takich słów jak “doktryna” czy “strategia” są bezsensowne.
W gruncie rzeczy Trump jest dość prostym w obsłudze mężczyzną, o wąskich horyzontach poznawczych i transakcyjnym podejściu do rzeczywistości. W dodatku te transakcje nie muszą wcale być spektakularne ani biznesowo udane. Ważne, żeby generowały chwytliwe nagłówki i chociaż przez chwilę zapewniały uwagę mediów — paradoksalnie tych tradycyjnych, z telewizją i prasą drukowaną na czele. Zamiast więc tworzyć wielkie ramy poznawcze czy analityczne, lepiej wsłuchać się w tych, którzy z Trumpem mieli nieraz do czynienia osobiście.
- Czytaj także: Dlaczego Trumpowi tak bardzo zależy na Grenlandii? Nad wyspą przebiega rakietowa autostrada
W tym miejscu należy przytoczyć trzy cytaty, które właściwie wyczerpują temat. Pierwszy to słowa Olivii Nuzzi, związanej swego czasu z “Vanity Fair”, a wcześniej głównej publicystki politycznej w “New York Magazine”, skąd odeszła po romansie z Robertem Kennedym Jr. Nuzzi wielokrotnie przeprowadzała wywiady z Trumpem — niedawno w rozmowie z “New York Timesem” stwierdziła, że prezydent lubi “atencję, blondynki i magazyny — dokładnie w tej kolejności”.
Drugi cytat to słowa Maggie Haberman, publicystki “New York Timesa” i autorki niedawno wydanej w Polsce biografii prezydenta USA “Iluzjonista. Jak Donald Trump zmienił Amerykę”. Haberman zapytana przez Ezrę Kleina przed wyborami w 2024 r., czym dla Trumpa jest prawda, odpowiedziała, że prawdą jest wszystko, za co nie spotkają go konsekwencje.
Z kolei Jared Kushner, w pierwszej kadencji główny doradca, w drugiej pozainstytucjonalny dyplomata do zadań specjalnych, powiedział Bobowi Woodwardowi w 2017 r., że praca dla teścia przypomina życie w świecie “Alicji w Krainie Czarów”. Zacytował Kota z Cheshire, który mawiał, że jeśli ktoś nie wie, dokąd zmierza, każda droga go tam zaprowadzi.
Polityka faktów dokonanych. Najpierw działania, potem wytłumaczenie. Konsekwencje i tak poniosą inni. Największe — amerykańskie społeczeństwo, bo sam Trump nigdy.
Nie znaczy to jednak, że prezydent nie jest przewidywalny. Pod wieloma względami jego poglądy są wręcz szokująco stałe. Jak chociażby w przypadku ceł, które już w latach 80. chciał nakładać na Japonię, a potem na Niemcy za eksport samochodów do USA, wreszcie na Chiny. Trump wydaje się autentycznie przekonany, że cała światowa gospodarka może zostać zredukowana do bilateralnych stosunków handlowych, a wszelkie niedociągnięcia w bilansie da się wyrównać.
Podobnie jest z każdą instytucją wielostronną: NATO krytykował jeszcze przed rozpadem Związku Radzieckiego, Unii Europejskiej nienawidzi za sztywne ramy prawne, z kolei ONZ uważa za zbędną. Liczy się projekcja siły, schlebianie mu przez możliwie największą liczbę polityków oraz osobisty zarobek.
Właśnie te komponenty widać w niemal każdej jego interwencji w politykę zagraniczną. Operacja w Wenezueli tak bardzo mu się spodobała, że jeszcze trzy tygodnie później chwalił się nią na Forum Ekonomicznym w Davos. Cieszył się też, że wielu dziękowało mu za usunięcie Madura ze stanowiska. No i oczywiście zarobił — choć nie wiadomo jeszcze ile. Pierwszą aukcję wenezuelskiej ropy wygrała zarejestrowana w Genewie firma Vitol, której jeden z głównych dyrektorów, John Addison, był darczyńcą Trumpa w kampanii wyborczej.
Donald Trump w Davos, 21 stycznia 2026 r.Chip Somodevilla / Getty Images
Jednocześnie, jak ujawnił portal Semafor, opiewająca na kwotę pół miliarda dolarów transakcja nie została w pełni rozliczona w USA. Przychody z aukcji zdeponowano bowiem na koncie zarejestrowanym w Katarze, a nie w Stanach Zjednoczonych. Nie wiadomo, czy wrócą kiedyś za ocean ani kto faktycznie sprawuje nad nimi kontrolę.
Z Grenlandią było dokładnie tak samo. Najpierw groźba zbrojnego przejęcia kontroli nad wyspą, potem cła dla europejskich sojuszników, sekretarz generalny NATO Mark Rutte obsypujący Trumpa komplementami, spadki indeksu S&P 500, skup obligacji, potem wycofanie się z groźby ceł, ogromny zysk i — powrót do normy.
Inaczej sytuacja wygląda za jego plecami, bo tam znajdują się politycy o znacznie bardziej spójnym ideologicznie światopoglądzie. Często ze sobą walczą, podzieleni na skłócone frakcje rywalizujące o uwagę prezydenta. Ponieważ jednak w bieżącej kadencji w Białym Domu ani w rządzie federalnym nie ma nikogo, kto by Trumpa powstrzymywał przed realizacją najgorszych i najbardziej niebezpiecznych planów, czasami wektory tych frakcji okazują się skierowane w tę samą stronę. Jeśli nagle interesy są zbieżne — spust zostaje pociągnięty.
Chodzi o łupy
Tak mniej więcej tłumaczyć należy atak na Caracas. Trump tego chciał, bo zobaczył szansę na zarobek i efektowną, skuteczną operację wojskową. Sekretarz stanu Marco Rubio, który miesiącami pieczołowicie urabiał grunt i swoją pozycję w sprawie Wenezueli, chciał udowodnić szefowi, że jest w stanie realizować jego cele, jak również wyplenić jedno z ostatnich ziaren komunizmu w Ameryce Łacińskiej. Syn kubańskich emigrantów, politycznie dojrzewający na południu Florydy, gdzie diaspora z Hawany zawsze wyznawała reaganowski światopogląd, być może jest niespecjalnie aktywnym, wręcz leniwym szefem departamentu stanu, ale ideologicznego ognia mu nie brakuje.
Kolejną postacią, która odegrała tu rolę, był Pete Hegseth, sekretarz obrony czy raczej wojny, nieustannie walczący o przetrwanie. W Waszyngtonie tajemnicą poliszynela jest jego zadawniona niekompetencja. W dodatku do pracy w Pentagonie zrekrutował ludzi podobnych sobie. Dlatego resort jest de facto ręcznie sterowany przez wiceprezydenta J.D. Vance’a, który wysłał tam swoich ludzi, na czele z własnym doradcą ds. bezpieczeństwa Andym Bakerem. Hegseth wystąpił w Mar-a-Lago właściwie tylko po to, by skomplementować Trumpa, choć sprawiał wrażenie, jakby nie miał bladego pojęcia o szczegółach operacji wojskowej.
- Czytaj: Człowiek znikąd, który zdecyduje o losach świata. Nieznane oblicze Steve’a Witkoffa
No i wreszcie Stephen Miller, nominalnie wiceszef personelu w Białym Domu, a praktycznie “sekretarz do spraw imperializmu”, jak nazwał go w rozmowie ze mną jeden z byłych amerykańskich dyplomatów proszący o zachowanie anonimowości.
Stephen MillerSAMUEL CORUM / POOL / PAP
Miller Trumpem zafascynował się, zanim ten jeszcze wszedł do polityki. To on jest autorem polityki wzmacniania ICE, służby imigracyjnej atakującej już coraz częściej bez powodu każdego, kto nie jest biały i ma obcy akcent. Już w pierwszej kadencji Trumpa chciał przeprowadzić ofensywę militarną na kraje Ameryki Łacińskiej, ale ówczesny szef Pentagonu, gen. James Mattis, przekonywał go, że “nigdy nikt czegoś takiego nie zrobił i nawet nie powinien próbować”. Co Millera tylko rozwścieczyło, bo jako klasyczny rewolucjonista, postrzegający swoją rolę w kategoriach dziejowych, nie będzie tolerował takich sformułowań. Po prostu nie wierzy w nie, co udowodnił 3 stycznia.
- Czytaj: “ICE Barbie” ciągnie Trumpa na dno. Lojalna sojuszniczka staje się największym zagrożeniem dla Republikanów. Biały Dom przed dylematem
Stephen Miller, Żyd z pochodzenia, otwarcie fantazjuje na temat Ameryki czystej rasowo. Asha Rangappa, była agentka FBI, dzisiaj wykładowczyni Yale i autorka na platformie The Freedom Academy, powiedziała mi, że w praktyce oznaczałoby to deportację 40 proc. obywateli USA. Na moje stwierdzenie, że to raczej niemożliwe, odbiła piłeczkę, mówiąc, żebym “nie starał się znaleźć logiki w celach politycznych tej administracji”.
Tygodnik Przegląd nr 5Tygodnik Przegląd
Po takiej konstatacji właściwie nie ma już o czym mówić. Argumenty Trumpa na temat Wenezueli nie mają większego sensu. Ameryka walczy z kryzysem narkotykowym, ale spowodowanym przez narkotyki syntetyczne, przychodzące z Meksyku, nie przez kokainę i heroinę z Wenezueli. Napędzanie rewolucji technologicznej ropą jest bez sensu w obliczu działań Chin, produkujących najwięcej na świecie prądu ze źródeł odnawialnych. Usuwając brutalnego dyktatora, ale pozostawiając na miejscu autorów represji, nie rozwiąże się problemu imigracji.
Chodzi więc tylko i wyłącznie o łupy. Skalpy, które poszczególni członkowie administracji przynoszą swojemu imperatorowi. Zapewne po to, by na koniec kadencji, gdy odechce mu się już, jak sam twierdzi, rządzić “krajem i światem”, wskazał na swojego następcę właśnie tego, kto da mu największe lenno.