Brutalna gra pozorów. Trump obiecywał “największą akcję deportacyjną wszech czasów”. Te dane obnażają słabość jego strategii
Statystyki obalają oficjalną narrację Białego Domu o “twardej ręce” i bezkompromisowym “egzekwowaniu prawa”. W walce z nielegalną imigracją Trump stawia na widoczność, która wywołuje opór społeczeństwa, ale prezydent jak na razie nie może pochwalić się sukcesami. Zamiast tego USA muszą uporać się z przeciążonym systemem i przepełnionymi aresztami. Okazuje się, że w spełnianiu deportacyjnych obietnic Trumpa bardziej skuteczni byli jego poprzednicy. Aż trudno uwierzyć, który amerykański prezydent był w tej dziedzinie rekordzistą.
Posłuchaj artykułu
x1 x2 x1.75 x1.5 x1.25 x1 x0.75 00:00 / 00:00 Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
EPA/CRAIG LASSIG, EPA/Aaron Schwartz / POOL / PAP Donald Trump, prezydent USA. W tle uzbrojeni agenci ICE w Minneapolis, 24 stycznia 2026 r.
Minneapolis to w tych dniach coś więcej niż tylko miasto na Środkowym Zachodzie USA. Przez eskalujące działania amerykańskiej służby imigracyjnej ICE, protesty i nagłówki metropolia stała się symbolem polityki deportacyjnej, która ma być widoczna — i budzi kontrowersje.
Obrazy z Minneapolis dobrze wpisują się w retorykę Białego Domu. Donald Trump mówi o “największej akcji deportacyjnej wszech czasów”, o “twardej ręce” i bezkompromisowym “egzekwowaniu prawa”. Naloty, opancerzone pojazdy i niemal wojenne sceny na nagraniach budują wizerunek tej polityki nawet z dala od Minnesoty.
- Donald Trump dystansuje się od swojej najtwardszej sojuszniczki. Pozycja “ICE Barbie” dramatycznie słabnie. “Noem powinna odejść”
Jednak bliższa analiza tej inscenizacji i rzut oka na same liczby prowadzi do niewygodnej prawdy: to wcale nie Trump prowadził najbardziej skuteczną politykę deportacyjną ostatnich lat. W rzeczywistości to jego poprzednik z Partii Demokratycznej, Barack Obama, wykazał się na tym polu efektywnością.
“Naczelny Deportator” był demokratą
Porównanie polityki deportacyjnej nie jest jednak tak proste, jak mogłoby się wydawać. W USA nie istnieje jednoznaczna definicja prawna pojęcia “deportacja”. Czasem do statystyk wlicza się zawrócenia na granicy, czasem tylko powroty z głębi kraju. Różne instytucje są odpowiedzialne za gromadzenie danych i robią to w odmienny sposób.
Donald Trump i Barack Obama w trakcie prezydenckiej inauguracji Trumpa. Waszyngton, 20 stycznia 2017 r.Mandel Ngan / AFP
W tym tkwi istotny problem obecnej debaty: od czasu objęcia urzędu przez Trumpa szczegółowe statystyki deportacji są publikowane nieregularnie lub wcale. Kategorie są łączone, serie danych się urywają. Przejrzystość i możliwość porównań stają się towarem deficytowym.
Za czasów Obamy, czyli w latach 2009–2017, w sumie ok. 5,3 mln osób zostało deportowanych lub zmuszonych do opuszczenia USA. To więcej niż za jakiegokolwiek innego prezydenta ostatnich dekad. Rekordowe wyniki notowano zwłaszcza w pierwszych latach jego urzędowania. Nie była to jednak zasługa spektakularnej twardości, lecz przemyślanej, technokratycznej strategii. Osoby już zatrzymane łatwo było zidentyfikować i odesłać — bez szeroko zakrojonych nalotów ani eskalacji w przestrzeni publicznej.
- Miarka się przebrała nawet dla Donalda Trumpa. Przetasowania wstrząsają ICE. Biały Dom ma nowego “cara od granicy”
Politycznie ten kurs był kosztowny dla demokraty. Obama był ostro krytykowany przez aktywistów, przylgnęło do niego określenie “Naczelny Deportator”.
Przepełnione areszty i ofiary śmiertelne
Tymczasem Trump stawia na maksymalną widoczność. Według dostępnych danych federalnych w dotychczasowym roku urzędowania deportowano lub zmuszono do wyjazdu ok. 540 tys. osób. To więcej niż w poszczególnych latach jego pierwszej kadencji, ale mniej niż w ostatnich latach prezydentury Bidena — i znacznie mniej niż za czasów Obamy.
Szczególnie zauważalna jest zmiana strategii. Liczba zatrzymań w głębi kraju gwałtownie wzrosła, zwłaszcza podczas akcji na ulicach, w mieszkaniach i miejscach pracy. Jednak liczba rzeczywistych deportacji nie nadąża za wyraźnie zwiększoną liczbą zatrzymań. Więcej zatrzymań nie oznacza bowiem automatycznie więcej deportacji — prowadzi raczej do wydłużenia pobytu w areszcie, przepełnienia placówek i rosnącej presji na i tak już przeciążony system.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo Donald Trump stworzył imperium? "Takie z przełomu XIX i XX wieku"
Stąd lawinowo rośnie liczba miejsc w aresztach deportacyjnych. W ciągu roku liczba osób przetrzymywanych w aresztach wzrosła o ponad 75 proc. Według danych American Immigration Council pod koniec 2025 r. w ośrodkach ICE przebywało tymczasowo ponad 70 tys. osób — najwięcej w historii. Ok. trzech czwartych osadzonych nie miało żadnego wyroku karnego, byli zatrzymani wyłącznie ze względu na swój status pobytu.
Tak duża skala nalotów wpływa także na statystyki zatrzymań i liczbę zgonów w aresztach: 2025 r. był — według brytyjskiej gazety “The Guardian” — najtragiczniejszy pod względem liczby zgonów w ośrodkach ICE od ponad 20 lat. Odnotowano co najmniej 32 przypadki śmierci. Na początku 2026 r. pojawiły się już kolejne takie incydenty.
- Domino ruszyło. Trump rozzłościł giganta z USA. “Niezpieczne i błędne” [OPINIA]
Niezależne instytuty, takie jak Migration Policy Institute, przedstawiają trzeźwą ocenę sytuacji. Pomimo rosnącej liczby zatrzymań i masowego powiększania aresztów, administracja Trumpa jest bardzo daleko od osiągnięcia zapowiadanej liczby miliona deportacji rocznie.
Liczba osób bez legalnego statusu wprawdzie lekko spada, ale eksperci podważają rządowe szacunki dotyczące “milionowych odpływów”. Bez przejrzystych, szczegółowych danych nie sposób jednak określić, ile osób naprawdę deportowano, a ile po prostu wyjechało samodzielnie. Pozostaje więc rozdźwięk między zapowiedziami a efektami: dużo widowiska, dużo gry pozorów, ale mniej skuteczności, niż obiecuje retoryka.