11 February, 2026

“Wszyscy byli przerażeni”. Chiński moment Sputnika wywołał gorączkę i zazdrość w USA. Konsekwencje odczujemy wszyscy

Według technologów z San Francisco i ekspertów politycznych z Waszyngtonu rywalizacja między Stanami Zjednoczonymi a Chinami w dziedzinie sztucznej inteligencji jest współczesnym odpowiednikiem wyścigu kosmicznego USA i ZSRR z czasów zimnej wojny. Tyle że tym razem nagrodą nie są satelity krążące wokół Ziemi ani ślady stóp i flagi na Księżycu, tylko nieograniczony potencjał gospodarczy i militarny. I tu pojawia się problem: ta gorączkowa narracja niekoniecznie odzwierciedla rzeczywistość, za to popycha USA i w konsekwencji świat w bardzo niebezpiecznym kierunku, z którego może już nie być odwrotu.

Posłuchaj artykułu

x1 x2 x1.75 x1.5 x1.25 x1 x0.75 00:00 / 00:00 Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy "Wszyscy byli przerażeni". Chiński moment Sputnika wywołał gorączkę i zazdrość w USA. Konsekwencje odczujemy wszyscy LONG WEI / IC PHOTO / IMAGINECHINA VIA AFP, Brendan Smialowski/AFP / AFP Z lewej humanoidalny robot IRON firmy Xpeng zaprezentowany podczas targów Auto Shanghai 2025 w Szanghaju, Chiny, 23 kwietnia 2025 r. Z prawej potentat technologiczny Elon Musk podczas forum inwestycyjnego USA-Arabia Saudyjska w Waszyngtonie, 19 listopada 2025 r.

Od dawna szefowie firm technologicznych z Doliny Krzemowej zazdroszczą Chinom. Mark Zuckerberg był opisywany jako osoba “zazdrosna o WeChat”, bo chciał przekształcić Facebooka w monolit, jakim był WeChat, który miał swoje macki w każdym aspekcie życia publicznego. Elon Musk też z pewnością w pewnym stopniu zazdrości Chinom, ponieważ chce być w stanie działać szybko, przełamywać bariery i budować nowe rzeczy, a w Dolinie Krzemowej zdecydowanie panuje zazdrość o tempo, w jakim rozwijają się Chiny.

Według dziennikarki Yi-Ling Liu, autorki nowej książki “The Wall Dancers: Searching for Freedom and Connection on the Chinese Internet” (ang. “Tańczący na Murze: poszukiwanie wolności i połączenia w chińskim internecie”), narracja o egzystencjalnym wyścigu w dziedzinie sztucznej inteligencji między Chinami a Stanami Zjednoczonymi może stać się samospełniającą się przepowiednią. Autorka analizuje, czy agresywne podejście do technologii ze strony Doliny Krzemowej i jej ideologicznych sojuszników nie wynika raczej z dążenia do realizacji własnego programu deregulacyjnego, nawet jeśli oznacza to, że sztuczna inteligencja i świat staną się bardziej niebezpieczne.

Liu wyjaśnia również falę “zazdrości o Chiny” ogarniającą Dolinę Krzemową, dlaczego administracja Trumpa może nieumyślnie zachęcać inne kraje do większego uzależnienia się od chińskiej technologii oraz w jaki sposób dwa największe mocarstwa świata mogłyby połączyć siły, aby zapobiec katastrofie związanej ze sztuczną inteligencją.

Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo Przegraliśmy z AI

Moment Sputnika i samospełniająca się przepowiednia

Często słyszymy, że Stany Zjednoczone i Chiny są zaangażowane w wyścig zbrojeń w dziedzinie sztucznej inteligencji. Jednak piszesz, że postrzeganie tego jako gry o sumie zerowej jest nieproduktywne i że oba kraje muszą współpracować, aby zapewnić bezpieczeństwo nowych technologii. Nie wydaje się, aby miało to nastąpić w najbliższym czasie. Jakie są największe zagrożenia związane z rywalizacją między tymi dwoma mocarstwami?

Być może jedną z największych kwestii i problemów związanych z tą narracją o wyścigu jest to, że tak naprawdę może ona nie odzwierciedlać rzeczywistości. Zwłaszcza po uruchomieniu w zeszłym roku [chińskiego modelu sztucznej inteligencji typu open source] DeepSeek-R1 — jest to tak zwany moment Sputnika [skok technologiczny jednego kraju, który wymusza na innych “dogonienie” go], który wywołał gorączkę wśród amerykańskich decydentów i przedstawicieli branży. To pomysł, że oba kraje w jakiś sposób ścigają się w kierunku AGI, czyli sztucznej inteligencji ogólnej, podczas gdy w rzeczywistości mamy bardzo niewiele dowodów na to, że AGI jest priorytetem narodowym dla Chin. Jednym z największych zagrożeń związanych z propagowaniem tej narracji jest więc stworzenie samospełniającej się przepowiedni, wymyślenie historii, która w rzeczywistości nie miała miejsca — oraz brak refleksji nad tym, kto jest autorem tej narracji. W jakim stopniu jest ona tworzona przez podmioty branżowe, które próbują osiągnąć własne cele korporacyjne?

Ze strony Stanów Zjednoczonych pojawia się pomysł: “Jeśli nie będziemy działać tak szybko, jak tylko się da, Chiny nas pokonają”. Będzie to ogromna próba ograniczenia i zmniejszenia regulacji, od tworzenia wystarczających ocen bezpieczeństwa i benchmarków [wzorców] dla najnowocześniejszych modeli sztucznej inteligencji, po upewnienie się, że laboratoria są odpowiedzialne za najnowocześniejsze polityki bezpieczeństwa, które wprowadzają — zamiast tego zachęcając je do działania w stylu: “działajcie szybko i przyspieszajcie, nie ma znaczenia, czy przekraczacie granicę, która może sprawić, że model stanie się potencjalnym zagrożeniem biologicznym lub będzie stanowił potencjalne ryzyko biologiczne, ponieważ może to być bezpośrednio sprzeczne z próbą pokonania Chin”.

To samo można powiedzieć o takich kwestiach, jak własność intelektualna. Obecnie w Stanach Zjednoczonych toczy się ogromna debata ideologiczna na temat tego, w jakim stopniu możemy zasilać te modele własnością intelektualną artystów i pisarzy. Może dojść do cofnięcia regulacji w odpowiedzi na twierdzenia, że na przykład Chiny faktycznie ograniczają prawa własności intelektualnej i po prostu zasilają swoje modele wszystkim. Myślę więc, że największym ryzykiem jest cofnięcie regulacji i przyspieszenie bez parametrów bezpieczeństwa w imię próby pokonania drugiej strony.

Czy istnieje alternatywa dla wyścigu zbrojeń? Jak wyglądałoby bardziej oparte na współpracy podejście?

Jedną z najdrobniejszych rzeczy, które dzieją się obecnie i które moim zdaniem można by realizować na znacznie większą skalę, są dialogi między dwoma krajami w ramach tzw. drugiego toru. Dialogi w ramach pierwszego toru toczą się między przywódcami rządowymi — głowami państw, prezydentami, premierami. Dialogi w ramach drugiego toru to zaś rozmowy między naukowcami, organizacjami społeczeństwa obywatelskiego i osobami mającymi bezpośredni wpływ na rząd z obu stron.

Bardzo ważne jest, aby zbliżyć te dwie strony do siebie, aby omówić na przykład granice, których nie można przekraczać lub ustanawiać, takie jak wspólny zestaw norm bezpieczeństwa dla modeli [sztucznej inteligencji], po to tylko, aby zbliżyć tych ludzi do siebie i nawiązać dialog oraz znaleźć wspólną płaszczyznę porozumienia. A także aby zorientować się, co dzieje się w każdym z krajów, zanim wyciągnie się pochopne wnioski i wykorzysta te słabo przemyślane wnioski do kształtowania polityki w swoim kraju.

Piszesz o fali “zazdrości o Chiny”, która ogarnia kręgi polityczne i Dolinę Krzemową. Co sprawia, że są tak zazdrośni?

Tak, to zdecydowanie dynamika ostatniego roku. Korzenie tego zjawiska mogę prześledzić w dwóch konkretnych wydarzeniach: pierwszym z nich jest prawdopodobnie uruchomienie DeepSeek-R1. Wszyscy byli tym przerażeni.

Drugim, co zabawne, był moment, w którym wielu “uchodźców” z TikToka migrowało do RedNote, chińskiej aplikacji społecznościowej, w następstwie zakazu TikToka. Powiedziałabym, że [“fala zazdrości o Chiny”] zaczęła się bardziej wśród ekspertów politycznych — intelektualistów, ludzi z wyższych sfer, zamożnych. Myślę, że dotyczy to zarówno lewicy, jak i prawicy, gdzie Chiny stały się retorycznym lustrem, na które Amerykanie zaczęli rzutować swoje obawy i aspiracje.

Zaczęłam zauważać, że wielu ekspertów, dyrektorów generalnych i ludzi z branży technologicznej z Doliny Krzemowej wyjeżdżało do Chin na dwutygodniowe wycieczki, aby opisać swoje obserwacje dotyczące chińskiej technologii. Niemal zawsze patrzyli na to przez pryzmat stagnacji w Ameryce. Zawsze pojawiało się: “O rany, Chiny potrafią budować humanoidy! Chiny potrafią budować mosty!”. Pojawiła się obsesja na punkcie zdolności Chin do budowy kolei dużych prędkości, pomimo faktu, że Chińczycy robią to już od około 10 lat. Myślę, że tego rodzaju obsesja na punkcie zdolności Chin jest znaczącym źródłem tej zazdrości, która w dużej mierze wynika z uświadomienia sobie przez Stany Zjednoczone własnej niezdolności do budowy takiej infrastruktury.

Sądzę, że wynika ona również ze świadomości erozji własnego systemu politycznego Stanów Zjednoczonych. Według mnie to właśnie napędza wiele zazdrości wobec Chin w świadomości głównego nurtu, gdzie widzimy ludzi takich jak influencer IShowSpeed lub Hasan Piker, którzy jadą do Chin i nagrywają filmy na YouTube, opowiadając o tym, jak dobrze Chiny radzą sobie z budową dronów i budynków. Nie chodzi tu wcale o same Chiny. Gdybym miała rozmawiać z ludźmi w Chinach o tym, jak bardzo zmienił się ich świat w ciągu ostatniego roku, [powiedzieliby, że] nie tak radykalnie. Nie jest tak, że nagle stał się on jaśniejszy, większy i lepszy. Chodzi raczej o to, co zmieniło się w postrzeganiu Chin przez Amerykanów.

"Wszyscy byli przerażeni". Chiński moment Sputnika wywołał gorączkę i zazdrość w USA. Konsekwencje odczujemy wszyscy Amerykański influencer IShowSpeed degustujący lokalne przysmaki podczas swojej podróży po Chinach, Changsha w prowincji Hunan, 7 kwietnia 2025 r.Yang Huafeng/China News Service/VCG via Getty Images / Getty Images

Od dawna szefowie firm technologicznych z Doliny Krzemowej zazdroszczą Chinom. W 2019 r., kiedy WeChat stał się potężny — to znaczy, zawsze był ogromną platformą, ale pamiętam, że Mark Zuckerberg był opisywany jako osoba “zazdrosna o WeChat”, ponieważ chciał przekształcić Facebooka w monolit, jakim był WeChat, który nie był tylko platformą do wysyłania wiadomości, ale miał swoje macki w każdym aspekcie życia publicznego. Myślę, że Elon Musk z pewnością w pewnym stopniu zazdrości Chinom, ponieważ chce być w stanie działać szybko, przełamywać bariery i budować nowe rzeczy, a w Dolinie Krzemowej zdecydowanie panuje zazdrość o tempo, w jakim rozwijają się Chiny.

W miarę jak Stany Zjednoczone wycofują się ze sceny międzynarodowej, a sojusznicy dążą do “cyfrowej suwerenności”, jak może to zmienić relacje innych krajów z Chinami?

Będę uważnie obserwować tę kwestię. Od dawna wielu sojuszników USA uważało, że [Stany Zjednoczone] są niezawodnym graczem, na którym można polegać, że jest to ekosystem cyfrowy, którego można być częścią i że nawet jeśli istnieją zasady dotyczące zarządzania sztuczną inteligencją, to są to zasady, które możemy wspólnie tworzyć i zakładać, że Stany Zjednoczone również będą ich przestrzegać. I to zostało w zasadzie wyrzucone przez okno.

Myślę, że pytanie, przed którym stoi obecnie wiele innych krajów, brzmi: “Jak będziemy się poruszać między tymi dwoma supermocarstwami w tym coraz bardziej lub już wielobiegunowym świecie? Gdzie znajdziemy swoje miejsce? Jak bardzo będziemy musieli uzależnić się od Chin, gdy relacje ze Stanami Zjednoczonymi przestaną być trwałe?”.

Sądzę, że będzie to oznaczało znacznie większą zależność innych krajów od Chin w zakresie sprzętu. Europa będzie musiała bardzo głęboko przemyśleć kwestię swojego rynku samochodowego i pojazdów elektrycznych oraz tego, jak będą wyglądały jej relacje z Chinami. Bliski Wschód — myślę, że wszystkie kraje będą musiały zastanowić się, w jakim stopniu będą polegać na infrastrukturze cyfrowej i humanoidach z Chin. Z Chin będzie pochodzić tak wiele zaawansowanych technologii, że radzenie sobie z tą zależnością będzie kluczową kwestią dla wielu krajów w nadchodzących latach.

Jeśli chodzi o zarządzanie sztuczną inteligencją, inne kraje będą musiały polegać na Chinach jako bardziej wiarygodnym graczu i interesariuszu w opracowywaniu umów, definiowaniu standardów itp. w sposób, w jaki wcześniej znacznie bardziej centralną rolę odgrywały Stany Zjednoczone.

“Taniec” w twojej książce odnosi się częściowo do napięć w chińskim internecie między represjami i cenzurą ze strony rządu a publiczną wolnością wypowiedzi i łączności. Jak ten taniec wpłynął na twój pogląd na podejście krajów takich jak Stany Zjednoczone do wolności w internecie? Czy Ameryka tańczy swój własny “taniec”?

Oczywiście. Jest to coś, czego się nie spodziewałam, kiedy zaczynałam pisać tę książkę. Jednym z przykładów, który przychodzi mi do głowy, jest niedawna sprzedaż TikToka. Przez długi czas myśleliśmy o TikToku jako o tańcu między chińskim państwem a chińskimi firmami technologicznymi i Chińczykami — a później między chińskim państwem, chińskimi firmami technologicznymi a resztą świata, w tym Amerykanami. W jakim stopniu Bytedance — biorąc pod uwagę kontrolę nad algorytmem — lub chińskie państwo — biorąc pod uwagę jego relacje z Bytedance — mogą wpływać na to, co pojawia się w naszych feedach? W jakim stopniu użytkownicy mogą nie dać się wykorzystać, dostosować się do tego lub znaleźć kreatywne sposoby na obejście chińskiej cenzury również w kraju?

Ludzie pytali mnie o konsekwencje sprzedaży TikToka. Oczywiście, właściciel się zmienił. Większość udziałów będzie należała do grupy amerykańskich inwestorów. Ale teraz pojawia się pytanie, w jakim stopniu Oracle ma kontrolę nad moderacją treści na tej platformie i tym, co pojawia się w tych kanałach informacyjnych? W jakim stopniu relacje Oracle z administracją Trumpa wpływają na to, co dzieje się na tych kanałach? A w odpowiedzi na to, jak dużą władzę mają użytkownicy, aby ominąć ten wpływ, poddać się mu lub go kształtować? Wydaje mi się, że to, co kiedyś postrzegaliśmy jako wyjątkowy taniec między chińskim rządem, chińskimi firmami technologicznymi i chińskim społeczeństwem, obecnie rozgrywa się na terenie Stanów Zjednoczonych.

Myślę, że inną rzeczą, której nie dostrzegałam, są relacje między liderami technologicznymi z Doliny Krzemowej a administracją Trumpa. Kiedy pracowałam jako reporterka w Chinach, było dla mnie oczywiste, że między chińskim rządem a chińskimi firmami technologicznymi istnieje relacja patronatu i współzależności. Chińskie firmy technologiczne dostarczały innowacje, ale potrzebowały zgody rządu, aby wprowadzać politykę, omijać regulacje lub działać tak, jak chciały. Byłam naprawdę zaskoczona, widząc w zeszłym roku, po inauguracji [Donalda Trumpa na 47. prezydenta Stanów Zjednoczonych], jak praktycznie wszyscy prezesi wielkich firm technologicznych z Doliny Krzemowej pojawili się, aby pokłonić się nowemu przywódcy i dostosować swoją retorykę oraz kierunek polityki tak, aby podążać za — że tak powiem — tonem obecnej administracji.

Jakie są największe nieporozumienia dotyczące Chin, internetu i technologii, z którymi spotykasz się w amerykańskiej polityce?

Chiny są zawsze traktowane jako monolit. Z jakiegoś powodu panuje przekonanie, że wszyscy są tacy sami. Tak było w przeszłości i tak jest nadal, że służą one jako dwuwymiarowa projekcja, na którą ludzie w Stanach Zjednoczonych rzutują swoje obawy i pragnienia. Myślę, że innym założeniem, które jest z tym związane, jest to, że państwo chińskie jest monolityczne — i w związku z tym można być tylko patriotą lub dysydentem, można być tylko apologetą lub przeciwnikiem państwa. Chińczyk może mieć tylko jedną z dwóch tożsamości, podczas gdy oczywiście możliwe jest posiadanie szerokiego spektrum tożsamości i relacji w stosunku do państwa.

Są to dwa główne [błędne przekonania], a także to, że możliwe jest, aby dane miejsce miało jednocześnie dwie pozornie sprzeczne tożsamości. Możliwe jest, że Chiny są potęgą technologiczną i tworzą jedne z najbardziej zaawansowanych technologii na świecie, ale jednocześnie znajdują się w stagnacji gospodarczej, a ich mieszkańcy borykają się z problemami związanymi z zatrudnieniem. Czują się naprawdę przygnębieni perspektywami na przyszłość. Kraj ten cierpi z powodu spadku liczby ludności.

Z jakiegoś powodu w amerykańskiej wyobraźni publicznej Chiny mogą być tylko supermocarstwem gospodarczym albo oszałamiającym, opresyjnym reżimem, w którym ludzie nie mają żadnej swobody działania. Bardzo ważne jest dla nas, abyśmy potrafili dostrzegać różnorodność tożsamości, jaką może mieć ten jeden kraj i jego mieszkańcy.

Podobne artykuły