Polka z USA o działaniach ICE: Wiele dzieci przestało chodzić do szkoły. Boją się aresztowania

“Nikt już się nie łudzi — Trump chce wyrzucić z kraju nie tylko kryminalistów, ale wszystkich, którzy przebywają w nim nielegalnie. Ostatnie skandale z udziałem policji ICE w Minneapolis dowodzą, że nowa polityka imigracyjna ma coraz mniej wspólnego z prawem i porządkiem, a coraz więcej z terroryzowaniem normalnych ludzi, w tym rodzin z dziećmi” — pisze w “Tygodniku Przegląd” Eliza Sarnacka-Mahoney, korespondentka z USA.
Posłuchaj artykułu
x1 x2 x1.75 x1.5 x1.25 x1 x0.75 00:00 / 00:00 Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy Stephen Maturen / East News Agent ICE
- Więcej takich artykułów znajdziesz na stronie głównej Onetu
- Dużo czytania, a mało czasu? Sprawdź skrót artykułu
Liam Ramos ma pięć lat i chodzi do zerówki. Ze szkoły odbiera go tata, a gdy jadą do domu, Liam opowiada mu, co się wydarzyło w klasie.
Ale dziś tata jest rozkojarzony, nie słucha. Czy to dlatego, że po ich ulicy kręcą się dziwni policjanci z zakrytymi twarzami, których tata nazywa brzydkimi wyrazami? Liamowi nie wolno ich powtarzać.
W pewnym momencie tata dzwoni do mamy, a potem wypadki toczą się błyskawicznie. Policjanci rzucają się na ich samochód i wyciągają z niego ich obu. Tata nie ma nawet czasu wyłączyć silnika. Tata wyciąga ręce do Liama, Liam do taty, ale funkcjonariusze nie pozwalają im się dotknąć. Tata krzyczy. Krzyczy też sąsiadka, wymachując policjantom przed nosem jakąś kartką. Mówi, że jest upoważniona, by zabrać Liama do siebie. Ją też odpychają.
Jeden z policjantów każe Liamowi zapukać do drzwi, za którymi na pewno stoi teraz zmartwiona mama. Liam zaciska piąstki i prosi Boga, żeby tylko mama nie otwierała, żeby zrobiła wszystko tak, jak kazał tata.
Nie otworzyła. Uff, ulga. Ale policjanci są rozzłoszczeni. Wokół zbiera się coraz więcej ludzi. Krzyczą, gwiżdżą. Policjanci łapią Liama i wsadzają do tego samego samochodu, w którym wcześniej zniknął tata. Dopiero teraz Liam zaczyna płakać.
- Czytaj także: Krew na rękach ICE. Amerykanie mówią “dość”. Nawet wyborcy Donalda Trumpa się buntują
Liam Conejo Ramos i jego ojciec Adrian Conejo Ramos, mieszkańcy Minneapolis w stanie Minnesota, obywatele Ekwadoru — obaj z pozwoleniem na pobyt w USA w czasie, gdy oczekują na przyznanie im statusu uchodźców, zostali zaaresztowani i przewiezieni do ośrodka detencyjnego w Teksasie 20 stycznia tego roku. Zdjęcie przerażonego chłopca z twarzą niemal przyciśniętą do karoserii szarego SUV-a obiegło świat i stało się symbolem brutalnych działań służb imigracyjnych w dzisiejszej Ameryce.
x.com
Było też kolejnym publicznym starciem między mieszkańcami Minneapolis a administracją Trumpa, która — podobnie jak po morderstwie Renée Good zastrzelonej przez ICE dwa tygodnie wcześniej — forsowała własną wersję zdarzeń sprzeczną z relacjami świadków. Do dziś zresztą zaprzecza, że agenci użyli chłopca jako przynęty, by wywabić z jego domu i aresztować pozostałych członków rodziny, a także, że nie pierwszy raz zastosowali w pracy ten skandaliczny podstęp.
Gdy pod presją opinii publicznej do Minneapolis zawita dwa dni później wiceprezydent J.D. Vance, Ameryka usłyszy od niego, że odesłanie Liama wraz z ojcem do aresztu było wyłącznie formą “zaopiekowania się dzieckiem”, którego nie można było pozostawić na mrozie — w pobliżu nie było przecież nikogo, kto mógłby się nim zająć. Kłamstwo wzmacnia drugim, mianowicie, że ojciec porzucił Liama, uciekając przed policją. Gdy w końcu zdobywa się na szczerość, to tylko po to, by przyznać, że dwa dni po wywiezieniu Ramosów z miasta przez ICE nie ma pojęcia, gdzie obecnie znajduje się dziecko.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo Tragiczne morderstwo 11-latki. Terapeuta ostrzega. "Dla dzieci to może być wzór"
Poznaj kontekst z AI
Jakie konsekwencje mają działania ICE dla dzieci w Minneapolis? Kto został aresztowany razem z Liamem? Jakie zmiany w podejściu ICE zauważono w ostatnim czasie? Jakie są plany dotyczące detencji dzieci przez ICE?
Tysiące agentów ICE
Gdy czytacie ten tekst, mija miesiąc, od kiedy Trump oddelegował na ulice Minneapolis najpierw dwa, a po śmierci Renée Good jeszcze dodatkowy tysiąc agentów ICE. Przyczyną było rzekome wykrycie przez niezależnego prawicowego dziennikarza (w istocie bardziej influencera i tiktokera) defraudacji setek milionów publicznych pieniędzy, czego dopuścili się członkowie społeczności somalijskiej w mieście.
- Czytaj: Uczennica spędziła miesiąc w areszcie ICE. “Obraz ojca zostanie ze mną na zawsze”
Głosząc potrzebę zaprowadzenia porządku, jakiego nie są w stanie zapewnić lokalne władze, Trump odwołał funkcjonujący od lat 90. XX w. specjalny program azylowy dla Somalijczyków (przyznany im przez USA po wyniszczającej Somalię wojnie domowej) i postawił sobie za cel ich masową deportację. Sprostowania dotyczące faktów, że tiktoker niczego nie odkrył, a władze Minnesoty od lat prowadzą w sprawie tej defraudacji własne śledztwo, i że prawie 100 osób zostało już w związku z tym osądzonych, a część skazanych, nie przebiły się jednak do szerszej wiadomości publicznej. Podobnie jak zadawane od samego początku, choć oczywiście tylko na lewicy, pytania o to, czy najazd służb ICE na Minneapolis i ich wyjątkowa brutalność, nie tylko wobec osób aresztowanych, nie ma służyć jeszcze jakimś innym, oprócz deportacji Somalijczyków, celom.
Czy Trump nie mści się w ten sposób na gubernatorze Minnesoty Timie Walzu, który jako kandydat na wiceprezydenta Kamali Harris nie szczędził mu w kampanii krytyki? Czy wreszcie agresja ze strony federalnych agentów na skalę nieoglądaną w innych stanach nie jest obliczona na wzniecenie zamieszek, które pozwoliłyby Trumpowi uruchomić sławetny Insurrection Act, by ogłosić w kraju stan wyjątkowy i nie dopuścić do wyborów połówkowych?
Prognozy dla republikanów nie są najlepsze, a Trump już nawet publicznie insynuował, że nie można dopuścić do przegranej, bo oznacza to, że czeka go impeachment.
- Polecamy: Krew na rękach ICE. Amerykanie mówią “dość”. Nawet wyborcy Donalda Trumpa się buntują
Tydzień, w którym aresztowano Liama Ramosa, okazał się dla Minnesoty wyjątkowo tragiczny. Cztery dni później, w sobotę 24 stycznia, agenci ICE zastrzelili kolejnego oprotestowującego ich działania Amerykanina — Alexa Prettiego, i to w sposób jeszcze bardziej przerażający niż Renée Good. Zdjęcie zmrożonego lękiem chłopca w niebieskiej czapeczce ustąpiło miejsca nowym obrazom i symbolom przemocy i oporu.
Dramat Liama nie odszedł jednak w niepamięć, choć zbyt szybko przykurzył się i wyblakł. To wielka szkoda, bo nic lepiej nie opisuje moralnego i cywilizacyjnego upadku dzisiejszej Ameryki niż opowieść o najbardziej bezbronnych ofiarach jej wyniszczających obsesji. O losie jej najmłodszych imigrantów.
Wyniszczająca obsesja Ameryki
Jak donoszą pracownicy organizacji zajmujących się monitorowaniem sytuacji imigrantów w USA, aresztowanie pięciolatka z Minneapolis nie jest przypadkiem odosobnionym.
Między końcem stycznia a końcem października ubiegłego roku ICE osadziło w ośrodkach detencyjnych ok. 3,8 tys. dzieci, wśród nich dwadzieścioro niemowląt.
Co ważne, ponad 2,6 tys. dzieci zostało aresztowanych wewnątrz USA — to istotna zmiana w porównaniu z tym, jaki los spotykał nieletnich imigrantów w przeszłości. Niemal wszystkie dzieci trafiające do takich miejsc były dotąd przejmowane przez służby w okolicach granicy, w trakcie prób jej nielegalnego przekroczenia (Deportation Data Project, 2025).
Po zaaresztowaniu nieletni imigranci trafiają do jednego z dwóch funkcjonujących w tej chwili w USA placówek detencyjnych dla rodzin: w miasteczkach Dilly bądź Karnes — oba znajdują się na terenie Teksasu. Za czasów prezydentury Bidena ośrodki zamknięto, jednak Trump nakazał ich ponowne otwarcie, a w planach ma tworzenie kolejnych. Wielka Piękna Ustawa (One Big Beautiful Bill, OBBB) przegłosowana w lipcu ub.r. alokuje na rozbudowę infrastruktury detencyjnej aż 45 mld dol.
Po tym, jak w latach 80. Ameryką wstrząsnęła seria skandali związanych z niedopuszczalnym traktowaniem w ośrodkach detencyjnych nieletnich imigrantów, w 1997 r. doszło do ugody sądowej nazwanej Flores Settlement Agreement, na mocy której zostali oni objęci przez państwo “specjalną troską”. Sąd orzekł, że mogą być osadzani tylko w odpowiednio do tego przygotowanych placówkach, gdzie będą mieli dostęp do opieki medycznej, pełnowartościowego wyżywienia i swobodnego ruchu na świeżym powietrzu. Co najważniejsze — czas pobytu w takich miejscach miał nie przekraczać 20 dni, po czym służby miały “przekazać ich rodzicom, legalnym opiekunom czy innym osobom upoważnionym do opieki nad nimi”, jak czytamy w ugodzie.
Protesty w USAPAP/EPA/OLGA FEDOROVA
Jak obecnie wygląda to w praktyce? W sierpniu ub.r. organizacja The Marshall Project opublikowała raport, w którym alarmowała, że od stycznia 2025 r. aż ponad 1,3 tys. dzieci przebywało w amerykańskiej detencji po kilka miesięcy (“ICE Threw Thousands of Kids in Detention, Many For Longer Than Court-Prescribed Limit”, 17 grudnia 2025 r.). Przegłosowując OBBB, republikański Kongres zrobił też przymiarkę do odwołania Flores Settlement Agreement.
Ustawa instruuje bowiem służby ICE, by “trzymały rodziny w detencji aż do momentu ich wydalenia z kraju”, co jest jawnie sprzeczne ze stanowiskiem sądu z 1997 r.
Co ukrywa Trump w ośrodkach detencyjnych?
Coraz silniej wybrzmiewają też głosy, że warunki bytowania w dzisiejszych ośrodkach detencyjnych, w tym tych w Dilley i Karnes, gwałtownie się pogarszają. Opisała je m.in. Caitlin Dickerson, dziennikarka śledcza magazynu “The Atlantic” i laureatka Nagrody Pulitzera w 2023 r. za reportaże o polityce rozdzielania rodzin imigrantów za pierwszej prezydentury Trumpa.
Gdy rozmawiałam z imigrantami, w każdym miejscu słyszałam to samo: że jedzenie jest absolutnie nie do przełknięcia, zwłaszcza dla dzieci. Rodzice skarżyli się, że dzieci wymiotują już z powodu samego zapachu i odmawiają posiłków, zanim nawet wejdą na stołówkę. Sprawia to, że wszystkie tracą na wadze”, mówiła Dickerson w wywiadzie z Davidem Frumem “How ICE Became Trump’s Secret Army (“The Atlantic”, 20 sierpnia 2025 r.).
Dużo miejsca w swojej książce Dickerson poświęciła samemu systemowi detencyjnemu, przypominając, jak mało jest nad nim faktycznego nadzoru i jak wielkie pozostawia to pole do nadużyć.
Amerykańskie centra detencji, tak samo jak więzienia, nie znajdują się pod bezpośrednią kuratelą rządu. Budują je, a potem de facto prowadzą zewnętrzne firmy — prywatni kontraktorzy, dla których jest to biznes mający przynosić zyski. Tnie się więc tam koszty na wszystkim, szczególnie na jedzeniu i opiece medycznej.
Ośrodki detencyjne dla rodzin z dziećmi zarządzane są przez spółki CoreCivic oraz GEO Group. Obie firmy przez lata zamieszane były w wiele skandali i pozywane za tolerowanie w swoich placówkach więziennych dehumanizujących warunków bytowo-sanitarnych, za zaniedbania medyczne, przemoc i zmuszanie więźniów do nieodpłatnej pracy.
Grozę budzi też fakt, że za drugiej kadencji Trumpa Departament Bezpieczeństwa Krajowego (DHS) — agencja, której podlega ICE, wydatnie wzmógł wysiłki, by utrudniać organom upoważnionym, przede wszystkim członkom Kongresu posiadającym konstytucyjne uprawnienia nadzorcze nad agencjami federalnymi, kontrole placówek detencyjnych.
- Skuleni na tylnym siedzeniu. Oto codzienność migrantów w USA. “Wyglądam jak Latynos, to wystarczy”
W lipcu ub.r. szefowa DHS Kristi Noem wydała rozporządzenie, że politycy muszą informować administrację placówek o swoich wizytach z co najmniej siedmiodniowym wyprzedzeniem, w przeciwnym razie nie zostaną do nich wpuszczeni. Dyrektywa jest jawnie bezprawna, ale wysiłki demokratów, by ją zablokować, spełzły na niczym. Politycy usiłujący wejść do tych ośrodków “z marszu” rzeczywiście zostają odprawiani z kwitkiem. Obawy, że administracja Trumpa faktycznie ma co ukrywać przed światem, nie są bezpodstawne.
Gdy w styczniu kongresman Ro Khanna odwiedził ośrodek detencyjny na Pustyni Mojave w Kalifornii, wyszedł z niego zdruzgotany.
Podczas oprowadzania strażnicy usiłowali dowieść, że wszystko działa zgodnie z prawem, spełniane są wymogi i standardy. Gdy jednak zacząłem rozmawiać z zatrzymanymi, doznałem szoku. Traktujemy tych ludzi jak zwierzęta, nie jak istoty ludzkie. To hańba dla naszego kraju”, oświadczył potem na konferencji prasowej (“South Bay Rep. Ro Khanna »Horrified« After Visit To California City ICE Detention Center”, 10 stycznia 2026 r.)
Wgląd w sytuację w Dilley i Karnes dał również złożony 8 grudnia 2025 r. do Federalnego Sądu Okręgowego Centralnej Kalifornii zbiorowy pozew ze strony adwokatów reprezentujących przetrzymywane tam rodziny. W dołączonych do niego zeznaniach świadków można m.in. przeczytać: “Dzieci mają biegunkę, bóle brzucha, dostają jedzenie, w którym są robaki”, “Dostaliśmy brokuły i kalafiory, które były zgniłe i robaczywe”, “Pielęgniarka powiedziała jednej rodzinie, która miała dziecko z zatruciem pokarmowym, że mają wrócić dopiero, gdy dziecko zwymiotuje osiem razy” (“About 400 immigrant children were detained longer than the recommended limit, ICE admits”, AP News, 10 grudnia 2025 r.)
Jak przerażone zwierzątka
W 2024 r. Centrum ds. Zdrowia i Praw Człowieka przy Uniwersytecie Harvarda opublikowało raport z badań nad tym, jak pobyt w ośrodku detencyjnym wpływa na stan dzieci i młodzieży. U wszystkich badanych (ponad 800 osób) stwierdzono istotne pogorszenie stanu fizycznego i umysłowego.
Wyniki tego badania są głęboko niepokojące i pokazują, że nie ma humanitarnego sposobu przetrzymywania dzieci ani takiej formy detencji rodzinnej, która byłaby do zaakceptowania
— odniósł się do raportu Javier Hidalgo, dyrektor prawny w Centrum Edukacji i Pomocy Prawnej dla Uchodźców i Imigrantów (RAICES).
Dramat dzieci z rodzin imigrantów rozgrywa się nie tylko w ośrodkach detencyjnych, ale też tam, gdzie pojawiają się zamaskowani agenci ICE.
Wiele dzieci przestało chodzić do szkoły. Boją się aresztowania albo ich rodzice wolą nie ryzykować pojawiania się wraz z nimi w szkole. Gdy jadę do nich do domu, by ze szkoły dostarczyć im mobilny hotspot — od dwóch tygodni umożliwiono im naukę zdalną — wyglądają jak przerażone zwierzątka. Chowają się za rodzicami, meblami. Niektóre drzwi wcale się nie otwierają, ludzie tylko obserwują mnie zza firanki. Boją się kontaktu z kimkolwiek z zewnątrz, zwłaszcza odkąd ICE zaczęło podstawiać normalnie ubrane kobiety, które podszywają się pod pracownice socjalne
— opowiada mi Marta Feder, Polka, matka dwójki dzieci w wieku szkolnym, od 20 lat mieszkanka Minneapolis.
Mąż Marty jest z pochodzenia Meksykaninem, więc jej rodzina też znajduje się w grupie “podwyższonego ryzyka”, bo ICE potrafi dziś zatrzymać i aresztować wszystkie osoby mające latynoski wygląd lub specyficznie brzmiące nazwisko.
Marta aktywnie udziela się w organizacjach pomagających imigrantom, które przejęły na siebie dostarczanie im zakupów i posiłków, ostrzeganie przed obecnością agentów ICE w okolicy, a także instruowanie, jak napisać sąsiadowi bądź krewnym prawomocne upoważnienie do opieki nad dzieckiem, gdyby samemu zostało się aresztowanym. To bardzo ważne. Uchroni to zwłaszcza dzieci, które są obywatelami, przed dodatkową traumą przejścia pod opiekę państwa.
Tygodnik Przegląd nr 6Dziennikarze Tygodnika Przegląd / Materiał parasowy
Gdy pytam, czy szkoły wdrażają jakiś program ochrony uczniów przed ICE, Marta wyjaśnia, że bardzo przydają się kamery i podwójne zamki w drzwiach — standardowe dziś zabezpieczenia w amerykańskich szkołach, choć w pierwotnym zamierzeniu instalowane nie po to, by powstrzymywać wizyty ICE, ale zamachowców z bronią palną.
— Widać, kto stoi pod drzwiami i po prostu wtedy ich się nie otwiera. ICE podchodzi jednak pod szkoły. W tym samym tygodniu, gdy zabrali Liama, zgarnęli też trójkę innych dzieciaków z naszego okręgu, w tym jednego dziesięciolatka.
Marta mieszkała kiedyś przy ulicy, na której 24 stycznia zginął Alex Pretti. Mówi, że miejsce, z którego nakręcono jeden z filmów uwieczniających zbrodnię, ten najmniej wyraźny, “przez ulicę”, było ulubioną cukiernią jej rodziny.
Tysiące ogniw wsparcia
— Będziemy tam wracać. Takie miejsca jakiś czas po tragediach stają się w mieście ośrodkami spotkań sąsiedzkich i inspiracją kolejnych wspólnych działań mieszkańców. Trudno mi znaleźć słowa, które opisałyby dokładnie to, co w tej chwili przeżywamy wszyscy. Jako obywatele tego kraju, mieszkańcy tego miasta, rodzice. W pewnym sklepie w dzielnicy latynoskiej doszło do sytuacji, kiedy ICE wpadło do środka i porwało kobietę tak błyskawicznie, że jej dzieci zajęte przy innej półce nawet się nie zorientowały. Sprzedawczyni została z nimi sama, a one, kilkulatki, nie potrafiły jej wytłumaczyć, gdzie mieszkają ani podać żadnego telefonu. To zbiorowa trauma, z której będziemy się podnosić bardzo, bardzo długo.
Gdy się rozłączyłyśmy, Marta przysłała mi film z wystąpieniem Adriany Cerrillo, kuratorki oświaty z Minneapolis i znanej aktywistki społecznej, która publicznie przyznaje się do tego, że zanim została obywatelką USA, była nielegalną imigrantką i nawet zaliczyła deportację. Cerillo mówi, że dorośli są dzieciom winni walkę o lepszą przyszłość.
- Czytaj: ICE złapało znanego Polaka. Ujawniają Onetowi: dwa lata łamał prawo
Pod filmem ostatnie refleksje mojej rozmówczyni: “Oglądając to wideo dzisiaj, w kontekście najnowszych wydarzeń, pomyślałam, że dobrze pokazuje, skąd moje miasto bierze siłę i motywację do skutecznego stosowania obywatelskiego protestu i zbiorowej niesubordynacji. Tutaj naprawdę czuć protestancki, społecznikowski etos niesienia pomocy bliźniemu, sąsiadowi. I do tego jeszcze istnieją setki, jeśli nie tysiące takich lokalnych ogniw wsparcia jak nasza szkoła. Razem tworzy to dobrze naoliwioną maszynę oporu. I oczywiście hartuje nas tutaj zima. Podczas piątkowego protestu (23 stycznia 2026 r. — przyp. E.S.M.) było minus 24 st. C!”.
Choć Marcie Feder zabrakło słów do opisania tego, co się dzieje w Minneapolis, znalazł je gubernator Tim Walz. Nie wszystkim się spodobały, mimo to zostawiam je tutaj jako refleksję nad tym, w jak nieoczekiwanie mrocznych i wynaturzonych czasach przyszło nam żyć. “Mamy dziś dzieci w Minnesocie, które chowają się w swoich domach, boją się wyjść na zewnątrz. Wielu z nas dorastało, czytając historię Anne Frank. Ktoś kiedyś napisze podobną historię o dzieciach z Minnesoty” (Tim Walz, 24 stycznia 2026 r.).