Mocne słowa byłego ambasadora. “Sojusz transatlantycki jest martwy” [WYWIAD]
— Nagle może się okazać, że Trump gdzieś się dogadał i będzie kolejny pakt Ribbentrop-Mołotow, ale teraz jako Trump-Putin, a my znajdziemy się po wschodniej stronie granicy stref wpływów. A pamiętajmy, że dla Trumpa Putin wczoraj, w niektórych sprawach, był przyjacielem — spotykał się z nim na Alasce. Dzisiaj jest wrogiem, a przynajmniej konkurentem, jeśli chodzi o panowanie nad Grenlandią. A jutro? Nie wiemy, co będzie jutro — mówi w wywiadzie dla “Tygodnika Przegląd” dr Jarosław Suchoples, pracownik naukowy Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego, były ambasador RP w Finlandii.
Posłuchaj artykułu
x1 x2 x1.75 x1.5 x1.25 x1 x0.75 00:00 / 00:00 Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
photoibo, zmotions / Shutterstock Donald Trump i Władimir Putin na tel flagi NATO
W skrócie:
- W wywiadzie dla “Tygodnika Przegląd”, dr Jarosław Suchoples omawia strategię polityczną Donalda Trumpa w kontekście międzynarodowym, odnosząc się do ryzyka nierozważnych decyzji oraz ich wpływu na globalne relacje
- Suchoples zwraca uwagę na dylematy, przed którymi stoicie Europa, związane z wyborem między współpracą z USA a poszukiwaniem alternatywnych sojuszników, jak Chiny i Indie
- Podkreśla konieczność wzmocnienia współpracy i jedności Europy, aby mogła sprostać wyzwaniom oraz uniknąć marginalizacji na arenie międzynarodowej
- — On walczy o to, żeby, po pierwsze, pozostać u władzy, po drugie — w ogóle przeżyć, no i po trzecie — każdy taki władca ma obsesję, żeby przejść do historii. A jak on by przeszedł do historii, gdyby się wycofał z Ukrainy? — mówi o Władimirze Putinie
- Więcej takich artykułów znajdziesz na stronie głównej Onetu
Robert Walenciak, “Tygodnik Przegląd”: Trump dostanie w końcu Grenlandię?
Dr Jarosław Suchoples: Gdyby bardzo chciał ją dostać, jeśli postawiłby wszystko na jedną kartę, to by dostał. Militarnie by ją zajął, to znaczy zlikwidował tam lokalną administrację i wywiesił amerykańską flagę. Natomiast w tej chwili się cofnął.
Rozsądnie.
Obawiam się, że rozsądne elementy w działaniach Trumpa pojawiają się przypadkowo. A list do premiera Norwegii? Co pan pomyślał, jak go przeczytał?
Że Trump ma problemy psychiczne.
I tu pojawia się następny problem — bo nawet gdyby doszło, załóżmy teoretycznie, do jego impeachmentu, to kto przyjdzie po nim? Zapewne J.D. Vance, który ma równie fatalną albo jeszcze gorszą opinię.
Wynika z tego, że Trump to nie jest błąd w systemie, tylko efekt systemu. Że taka jest dziś Ameryka.
Załóżmy, że w Ameryce dojdzie do głosu partia rozsądku, odrzucająca politykę Trumpa. Czy to może doprowadzić do odwrócenia pewnych sytuacji? Otóż do odwrócenia sytuacji w stosunkach międzynarodowych na pewno nie. My już żyjemy w nowej rzeczywistości.
W jakiej?
W świecie, który staje się wielobiegunowy i w którym Amerykanie sami się izolują.
Donald TrumpAl Drago / Stringer / Getty Images
Co więc nam zostaje?
Możemy doprowadzić do porozumienia z Chinami i Indiami. Te kraje mogą być przeciwwagą dla Stanów Zjednoczonych i Rosji. Pozostaje tylko problem psychologiczny, czy wypada nam współpracować np. z Chinami, mocarstwem, które notorycznie łamie prawa człowieka i nie uznaje zasad demokracji. Uważam, że nie możemy w Europie powiedzieć z góry “nie”. Bo sprawa naszego bezpieczeństwa, zasad przestrzeganych na naszym terenie i sprawa naszej wolności są ważniejsze. I to nie tylko w kontekście militarnym, ale i każdym innym.
Druga rzecz. Stoimy wciąż przed dylematem z poprzedniej epoki — i to nas hamuje — czy Europa federalna, czy Europa narodów itd. Musimy więc zrobić porządek na własnym podwórku. Doprowadzić do tego, żeby Europa mówiła jednym głosem. Bo albo chcemy być mocarstwem, albo nas rozegrają, jak chcą. Inna sprawa, czy to w tej chwili jest możliwe. Wydaje się, że w przewidywalnej przyszłości będzie to bardzo trudne.
Ale w sprawie Grenlandii nas nie rozegrali.
Nie rozegrali przede wszystkim dlatego, że Grenlandia jest sprawą stricte europejską. To jednak terytorium zależne od Danii, to bezpośrednio dotyczy NATO, więc nie podlega negocjacji z jeszcze innymi aktorami stosunków międzynarodowych. Sprawa rozgrywa się na linii Europa-Waszyngton. Kwestia grenlandzka ma wiele implikacji dla samej Europy: dla Polski, rejonu Morza Bałtyckiego, również dla Rosji. Bo ta sprawa pokazała, że gwarant NATO jest przeciwko NATO. Przeciwko Kanadzie i krajom europejskim. No i w Moskwie radość…
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo Europa trzęsie się ze strachu w sprawie Grenlandii? Ekspert: mocno dopiero będzie
Poznaj kontekst z AI
Jakie są dylematy Europy według Suchoplесьa? Co sądzi Suchoples o polityce Trumpa? Dlaczego Suchoples uważa, że sojusz transatlantycki jest martwy? Jakie alternatywy dla USA wskazuje Suchoples?
Dlaczego car stworzył Sankt Petersburg?
Czego dzisiejsza Rosja chce od Europy? Skąd ta wrogość?
Jeżeli pan spojrzy na Rosję, to co jakiś czas pojawiał tam się władca, który próbował dokonać modernizacji. A to Piotr Wielki, później Aleksander II, a nawet Mikołaj II — jak przegrał z Japonią w 1905 r., doszedł do wniosku, że trzeba coś zmienić. Falą modernizacji był również okres komunistyczny, industrializacja. Próbował też Gorbaczow, próbowano w czasach Jelcyna. Myślano o jakichś związkach z Zachodem.
A teraz?
Obecnie tego nie ma. Natomiast wróciło przekonanie, że na pytanie, z kim graniczy Rosja, odpowiedź brzmi: graniczy, z kim chce. Jeżeli nie ma modernizacji, trzeba wykazać się w inny sposób, najłatwiej poprzez “zbieranie ziem ruskich”, które odpadły od “macierzy” (takich jak Ukraina, pewnie też państwa bałtyckie), by przywrócić status rzeczywiście wielkiego mocarstwa i przygotować grunt pod dalszą ekspansję. Kreowanie wrogów. Rosjanie uwierzyli przy tym w swoje opowieści, że są tak potężni, że Ukrainę przyłączą w ciągu trzech dni. A okazało się to niemożliwe, ich armia, struktury państwa, politycy nie spełniają standardów i są nieefektywni.
Dlatego ta wojna trwa, już dłużej niż wojna z Hitlerem z lat 1941-1945.
Tak i Putin nie może z tego zrezygnować! Wszedł w uliczkę, z której nie ma innego wyjścia niż po trupie Ukrainy. Bo jak ma się wycofać? Jaki to byłby sygnał dla przeciętnych Rosjan? Że przegraliśmy wszystko. Dlatego tam pokoju nie będzie, o ile Ukraina nie skapituluje. Bo czy zginie milion Rosjan, czy 5 mln, dla niego nie ma znaczenia. On walczy o to, żeby, po pierwsze, pozostać u władzy, po drugie — w ogóle przeżyć, no i po trzecie — każdy taki władca ma obsesję, żeby przejść do historii. A jak on by przeszedł do historii, gdyby się wycofał z Ukrainy? Z jakim ogromem problemów społecznych i gospodarczych musiałby się zmierzyć, nie dając nic w zamian?
- Polecamy: Witold Jurasz: Czas spojrzeć prawdzie w oczy: Polska musi wybrać między USA a Europą
Oni tłumaczą, że Ukraina im zagraża, bo chce się związać z Zachodem…
Rosja ma pewne stałe paradygmaty myślenia, jeżeli chodzi o jej politykę bezpieczeństwa. Spójrzmy na północ. Im zawsze chodziło o to, by wyjść na Bałtyk, na świat. Dlatego car zbudował Sankt Petersburg, żeby stworzyć pewien fakt geopolityczny: tu jesteśmy i tu będziemy. Bo Sankt Petersburg nie był zwykłym miastem, ale stolicą imperium. W związku z trzeba było zapewnić jej bezpieczeństwo i sprawić, by inne mocarstwa uznały tę potrzebę Rosji za coś naturalnego.
Czyli istnienie Petersburga wyznaczyło priorytety rosyjskiej polityki w regionie bałtyckim.
Tak: musimy panować nad północnymi i południowymi brzegami Zatoki Fińskiej. Bez tego zawsze będziemy odcinani od Bałtyku, no i stolica naszego imperium będzie zagrożona. Dlatego Rosja toczyła wojny ze Szwecją. Dlatego podporządkowała sobie Finlandię. Dlatego pakt Ribbentrop-Mołotow przewidywał w tej części Europy oddanie Związkowi Radzieckiemu wszystkich terytoriów, które Rosja straciła w wyniku I wojny światowej. Bo idealna sytuacja dla Rosji i Niemiec, jeśli chodzi o Bałtyk, to był stan sprzed I wojny światowej. W polityce rosyjskiej to się nie zmieniło, czy to była Rosja carska, czy Związek Radziecki, czy teraz Rosja putinowska.
Dzielone są strefy wpływów
Obecna Rosja, atakując Ukrainę, doprowadziła do tego, że Morze Bałtyckie stało się de facto wewnętrznym morzem NATO.
Minister Ławrow zareagował wtedy, że tak nie jest. Musimy pamiętać, że tak nie jest. Bo Rosja, jakakolwiek będzie, zawsze ma swoje interesy. W jej interesie leży to, żeby mieć swobodny dostęp do świata, a jeden z najważniejszych w tym kontekście szlaków wiedzie przez Morze Bałtyckie. Tej geografii nie zmienimy. Zatem albo z Rosją jakoś się dogadamy, albo będziemy wzajemnie się niszczyć. Niech pan spojrzy na mapę. Po II wojnie światowej granica rosyjskich wpływów kończyła się prawie pod Hamburgiem.
- Czytaj: Trump nie gra z resztą świata w wielowymiarowe szachy, tylko co chwilę zmienia zdanie
Tylko Danii im brakowało.
Danii i duńskiego Bornholmu. To miał być następny krok, co doskonale widać w czasie wojny krymskiej. Gdy w 1856 r. zawierany był pokój, który potwierdzał przegraną Rosji, uwzględniał on jeszcze jeden dokument — pierwszą konwencję alandzką, która mówiła o zdemilitaryzowaniu Wysp Alandzkich, należących do Rosji. Dostały się one we władanie Rosji w 1809 r., w wyniku traktatu z Tylży z 1807 r., czyli umowy między Aleksandrem I i Napoleonem w sprawie podziału stref wpływów pomiędzy mocarstwami (takiego paktu Ribbentrop-Mołotow z początku XIX w.). Finlandia została wówczas opanowana przez Rosję, wraz z Wyspami Alandzkimi. I nagle granica imperium rosyjskiego zaczęła przebiegać niedaleko od Sztokholmu. Sytuacja geopolityczna kompletnie się zmieniła.
Co z tego wynikało?
Że Rosjanie stworzyli sobie podstawy do planowania dalszej ekspansji. A tą ekspansją mogło być tylko opanowanie cieśnin duńskich. Dlatego w 1856 r. Francja i Wielka Brytania, mocarstwa, które pokonały Rosję, powiedziały: rozumiemy, że nie będziecie się czuli bezpiecznie, jeżeli nie będziecie panować nad Finlandią i Estonią. Ale to wszystko. Dalszej ekspansji waszego państwa nie będziemy tolerować. Wyspy Alandzkie mogą należeć do waszego imperium, ale muszą zostać zdemilitaryzowane. Innymi słowy, korzystając z militarnego zwycięstwa nad Rosją, wyznaczyły zasięg ekspansji tego przejściowo osłabionego państwa, które jednak nie przestało być jednym z głównych graczy na arenie międzynarodowej.
Wiedza o tym fakcie, tak samo jak o znaczeniu traktatu z Tylży, w Polsce właściwie nie istnieje. A powinna, bo pokazuje, jakie są cele Rosji i jakie jest położenie krajów bałtyckich, Finlandii i Polski częściowo również. One zawsze będą postrzegane w Rosji jako ziemie, które powinny być po prostu rosyjskie. Na zasadzie: nam się to należy, bo to my jesteśmy mocarstwem, a mocarstwom wolno więcej, i to dużo więcej niż państwom średnim i mniejszym.
Ten argument wystarczy?
W sytuacji, kiedy dochodzi do głosu koncert mocarstw, kiedy dzielone są strefy wpływów, to dla bezpieczeństwa imperium kontrola nad tymi terenami ma życiowe znaczenie. Inne argumenty, oprócz argumentu siły, nie są istotne, a Rosjanie ze swoich racji i dążeń do ich realizacji nigdy nie zrezygnują. I albo my ich, albo oni nas. No, chyba że jakoś się porozumiemy. Ale jak to porozumienie miałoby wyglądać i właściwie kto z kim miałby się dogadywać?
- “Dopóki Rosja nie zaatakuje całą armią, to Waszyngton nie będzie widział problemu”. Znany analityk wskazuje cel USA. Ten jest inny, niż może się wydawać
Skandynawowie: między USA a Rosją
Czyli Europa Północna jest dziś w kiepskiej sytuacji. Z jednej strony ma Rosję — zagrożone czują się Szwecja i Finlandia. A z drugiej strony Dania, Norwegia i Islandia, która mogłaby się stać następnym celem Trumpa, są dotknięte jego opowieściami o Grenlandii.
Panuje nastrój niepewności. Wyraźnie w Finlandii i Szwecji mają przemyślenia: dlaczego właściwie wstąpiliśmy do NATO? Nie w tym sensie, czy się wycofać z NATO, tylko co jest celem tego członkostwa? Dam przykład. Wszyscy tak chwalili prezydenta Finlandii Alexandra Stubba za to, że pojechał do Trumpa, grał z nim w golfa i zawarł tam kontrakt na lodołamacze. A tu się okazuje, że te lodołamacze mogą zostać wykorzystane, przynajmniej teoretycznie, do podporządkowania Grenlandii Stanom Zjednoczonym. I co Finlandia ma teraz zrobić? Zerwać kontrakt? Nie zerwać? Czy wtedy nie byłoby to działanie przeciwko NATO i wspólnocie nordyckiej? A pamiętajmy, że ważne są nie tylko względy polityki międzynarodowej. Realizacja takiego kontraktu przyniosłaby Finlandii zmagającej się z niemal 11-procentowym bezrobociem ulgę także na tym polu.
Co więc myślą w państwach skandynawskich?
Tam nikt nie ma wątpliwości, że Trump jest po prostu tym, kim jest. I że Stany Zjednoczone (działania Trumpa) stały się zagrożeniem dla porządku europejskiego oraz światowego. Tego, który się kształtuje. Ten bowiem, który jeszcze niedawno istniał, runął, a nowego jeszcze nie ma.
Poczucie jedności skandynawskiej jest silniejsze niż poczucie jedności europejskiej?
Tak, bo ma dłuższą tradycję. W pewnym momencie, jeszcze w pierwszej połowie XIX w., dosyć głośne były hasła skandynawizmu. Ale skandynawizm jako ideologia rozpadł się w okresie pierwszej wojny duńsko-pruskiej, gdy się okazało, że Szwecja i połączona z nią unią personalną
Norwegia nie chcą pomóc Danii, nie chcą się zaangażować, bo są zbyt słabe. Mogą oferować co najwyżej wsparcie dyplomatyczne. Czyli nie ma jedności polityczno-wojskowej. Jest jedynie jedność kulturalna i do pewnego stopnia językowa.
Jedność polityczno-wojskowa znów wróciła. Gdy Szwecja i Finlandia przystąpiły do NATO.
To, co zrobił Putin, czyli agresja na Ukrainę, ale też agresywne działania w rejonie Morza Bałtyckiego o tym zadecydowały. Rosyjski przywódca okazał się więc najlepszym akwizytorem NATO. Bo złamać przeszło 200-letnią tradycję np. szwedzkiej neutralności to wielka sztuka. Neutralność fińską (inną niż szwedzka) — również.
I NATO jest 140 km od Sankt Petersburga.
W tym sensie polityka Putina była kontrproduktywna. Natomiast jeżeli chodzi o jedność skandynawską, to od czasu do czasu mamy aktywne ruchy. Chociażby sprawa jednolitego korpusu lotniczego, grup bojowych marynarki wojennej. To mają wspólne. Doszli do wniosku, że najlepiej, jeżeli będzie istniało jednolite skandynawskie lotnictwo. Każdy z tych krajów (z wyjątkiem Islandii, która nie ma sił zbrojnych) ma po kilkadziesiąt samolotów, więc razem będą mieli ok. 260 czy 300. Są jeszcze grupy bojowe marynarki wojennej z czasów przed NATO. Szwecja i Finlandia tworzyły takie grupy. Istnieje tam tradycja wspólnego działania. Tylko że oni też zdają sobie sprawę ze swojej słabości, bo jak policzymy potencjał demograficzny tych krajów, okaże się, że to jakieś 26-27 mln ludzi.
- Polecamy: “Nikt nie będzie bronił Grenlandii siłą”. Na półkuli zachodniej trwa już licytacja, kto będzie następny [ANALIZA]
Te 26 mln będzie w stanie obronić Grenlandię?
Grenlandii Trump nie weźmie, chyba że będzie koniecznie chciał zrobić coś, by przejść do historii jako “najlepszy prezydent w dziejach USA”. A pamiętajmy, że w tym roku przypada 250. rocznica powstania Stanów Zjednoczonych. Wygląda na to, że zostanie wypracowane jakieś kompromisowe porozumienie. I tak pewnie będzie, bo każdy musi wyjść z twarzą z takiej sytuacji. Dania i państwa europejskie, które stanęły po jej stronie, to jednak nie Wenezuela, a Trump poszedł za daleko, co dano mu odczuć. Jeżeli jednak — załóżmy — Amerykanie zajęliby Grenlandię, kto jest następny?
Islandia. Kandydat na ambasadora USA w Islandii już powiedział, że to będzie 52. stan.
Jeżeli spojrzymy na mapę, najpierw zobaczymy Grenlandię. Obok jest tzw. Droga Duńska, czyli szlak żeglugowy z Rosji do Ameryki, pomiędzy Grenlandią a Islandią, którą Amerykanie, a wcześniej Brytyjczycy wykorzystywali i chronili militarnie w czasie obu wojen światowych. Jest to zatem naturalny dalszy ciąg ewentualnej amerykańskiej ekspansji. Trochę tak jak na Bałtyku mieliśmy ekspansję rosyjską — Ingria i Karelia, Finlandia, Wyspy Alandzkie, później ewentualnie Szwecja i cieśniny duńskie. To jest to samo, ten sam styl imperialnego myślenia.
Grenlandia i IslandiaMapy Google / Mapy Google
Kto rozbija Europę?
Mamy z dwóch stron stale powtarzane podpowiedzi, że Europa jest rozbita, słaba, już się nie liczy, a tak naprawdę jest po Europie. To przypadek te suflowane informacje?
Rzeczywiście może się wydawać, że jest rozbita i poniekąd tak jest. Jednak Europa ma potencjał. Mamy ludzi, naukowców. Niestety, nie inwestowaliśmy przez długi czas ani w wojsko, ani dostatecznie w naukę, w odpowiednie gałęzie przemysłu i gospodarki, mówiąc szerzej. Teraz musimy odrobić zaległości.
Musimy też zdecydować się na jakiś model funkcjonowania. W tej chwili wydaje się, że federalizacja Europy jest niemożliwa, nie jesteśmy w stanie się zjednoczyć ze względów politycznych, ponieważ ruchy populistyczne, finansowane z Rosji, tak ogłupiły miliony Europejczyków, że myślenie o zjednoczonej Europie jest nierealistyczne. Wystarczy popatrzeć, co się dzieje w Polsce, ale też we Francji, na Węgrzech, w Czechach, Niemczech, Hiszpanii, we Włoszech.
Tygodnik Przegląd nr 6Dziennikarze Tygodnika Przegląd / Materiał parasowy
Te ruchy są autentyczne czy też lewarowane pieniędzmi z zewnątrz?
Nie musimy stawiać znaku zapytania. Wiemy, że są finansowane, a ponadto wspierane z zewnątrz poprzez social media. Jeśli więc Rosjanie nie mogą nas w tej chwili pokonać militarnie w otwartym konflikcie, mogą nas niszczyć w ten sposób, że będą nas skłócać, osłabiać i marginalizować. Krok po kroku.
Amerykanie też to robią. Wzmacniają ugrupowania skrajne, antyeuropejskie. To jest w ich oficjalnej doktrynie.
Bo dla Trumpa Unia Europejska jest wrogiem. I nie mówmy o tym, że prowadzi politykę transakcyjną. On nie zachowuje się jak kupiec, ale jak szef firmy, który dąży do wrogich przejęć. A to nie jest transakcyjność.
- Czytaj: Mistrzowskie posunięcie Donalda Trumpa w Davos. Wykorzystał starą sztuczkę sprzed 50 lat [KOMENTARZ]
Wrogie przejęcie Wenezueli, wrogie, chociaż na razie tylko planowane, przejęcie Grenlandii, granie na szybkie dogadanie się z Rosją… Po co Ameryce Rosja?
Odwrotnie niech pan zapyta: po co Rosji Ameryka? Otóż po to, żeby po tej stronie Atlantyku mieć spokój. Robić, co się chce. Żeby po prostu zniszczyć Europę. A w szerszym kontekście — wzmocnić swoją pozycję, o ile to w ogóle jest możliwe, bo wydaje mi się, że Chin czy Indii to oni już nie mają szans dogonić. A ponieważ Europa w tym gronie jest najsłabsza, stanowi pierwszy, naturalny cel.
Przecież bogaci Rosjanie byli i pewnie wciąż są zachwyceni Europą. Kupowali tu domy, wysyłali dzieci na studia, przeprowadzali się.
Wysnułbym więc z tego wniosek, że raczej broni atomowej nie użyją, przynajmniej nie na wielką skalę. Godziłoby to w ich zasoby i rodziny. Natomiast podporządkować sobie Europę będą próbowali. Jak najbardziej. Byłem kiedyś w Helsinkach na wykładzie amerykańskiego profesora, który opowiadał, jak Chińczycy kradną wszystkie możliwe projekty w Stanach Zjednoczonych. I mówił: oni mają projekty naszych najnowszych łodzi podwodnych. Tylko jeszcze nie potrafią tego porządnie poskładać, bo nie mają odpowiedniej kultury technicznej. To samo jest z Rosją. Oni to wszystko, co jest na zachodzie Europy, chcieliby mieć, ale nie mają tego otoczenia. Tej, powiedzmy, kultury użytkowania. Jeżeli więc chcieliby to mieć, a nie mogą, przychodzi im do głowy coś innego: lepiej to zniszczyć.
Na zasadzie psa ogrodnika? Nie wierzę.
To niech pan obejrzy na YouTubie te wszystkie filmiki o tym, co Rosjanie myślą o zachodniej Europie czy o Polsce. Dominuje przekaz: oni nie mają prawa żyć lepiej od nas! A jeżeli tak myślą, to gdyby tu weszli, w pierwszym odruchu zniszczyliby wszystko. A my co? Europejczycy przestali myśleć o Europie w kategoriach obowiązku, myślą tylko w kategoriach przywilejów i praw, zapominając o obowiązkach wobec samych siebie. Tu jest pęknięcie psychologiczne, bo z jednej strony jesteśmy oczywiście bardzo dumni z Europy i bardzo dobrze nam się żyje, nawet chyba za dobrze, ponieważ zapominamy o obowiązkach.
A z drugiej strony, jak trzeba położyć karty na stół i określić się, że będę tego bronił, okazuje się, że wielu po prostu chciałoby uciec. Co więcej, wielu też myśli — np. w Polsce, i to nie tylko w Konfederacji, ale i w PiS — że to Unia Europejska jest zagrożeniem dla narodowych wartości, cokolwiek miałoby to znaczyć. Niech pan zobaczy, jak się wypowiadają politycy tzw. prawicy w sprawie Trumpa, relacji europejsko-amerykańskich. Ich przekaz jest w zasadzie sprzeczny z interesami naszej ojczyzny.
- Witold Jurasz: w lodach Grenlandii może rozstrzygać się przyszłość bezpieczeństwa Polski
Polska dwóch polityk
Dla mnie niepojęte było, gdy mówili: w kwestie Grenlandii nie wtrącajmy się, to sprawa między Ameryką a Danią, oni muszą się dogadać. A pół godziny później opowiadali, że zostaliśmy przez Zachód w 1939 r., a potem w Jałcie i Poczdamie, porzuceni i zdradzeni.
Polityka zagraniczna od 2015 r. stała się w Polsce funkcją polityki wewnętrznej, tylko i wyłącznie. Strona pisowska cały czas to właśnie uprawia. To się pogłębia. Mamy tak naprawdę dwie polityki zagraniczne dwóch wrogich sobie plemion. Jeden ośrodek, ten, który uważa, że trzeba z prezydentem Trumpem iść ręka w rękę, wmanewrował się w taką sytuację, że w kontekście pomysłu utworzenia Rady Pokoju, Grenlandii, Unii Europejskiej nie wie, co właściwie zrobić. Natomiast drugi obóz jest wciąż szantażowany przez pierwszy wizją jakiejś zdrady Polski przez Europę Zachodnią i konieczności bezwzględnego stawiania na USA. Co gorsza, proszę zauważyć, że w tej sytuacji mamy dwa Zachody.
Dlaczego pan uważa, że jest dwoistość? Prezydent nie prowadzi polityki zagranicznej, tylko rząd.
To nie takie proste. Prezydenci, poprzedni i obecny, uważali i uważają, że relacje ze Stanami Zjednoczonymi są niemal wyłączną domeną głowy państwa.
Konstytucja takich uprawnień jej nie daje.
I co z tego? Realia są takie, że nie jesteśmy krajem, który może Ameryce cokolwiek dyktować. Niestety. Przede wszystkim dlatego, że jesteśmy średniej wielkości krajem europejskim, a nie żadnym mocarstwem, i mamy taką sytuację wewnętrzną, jaką mamy. Ośrodek prezydencki powie więc: to my jesteśmy odpowiedzialni za stosunki z USA, mamy świetne relacje z Ameryką i właśnie dogadaliśmy się z prezydentem Trumpem w takiej i takiej sprawie. Rząd wtedy musi zająć stanowisko. A zajmując to stanowisko, nie może poprzeć własnego prezydenta. I faktycznie zdezawuować prezydenta Trumpa, przeciwstawić się, ale to już trochę inna sprawa. Taka dwoistość w obecnej sytuacji międzynarodowej w przypadku państwa o takiej wielkości i potencjale jak Polska jest samobójcza. Trzeba o tym mówić otwarcie i wzywać do opamiętania, chociaż nie wiem, czy to coś da. Jestem tu raczej pesymistą.
Jeżeli płacimy miliardy za czołgi Abrams czy śmigłowce Apache, jeżeli podpisujemy kontrakt na budowę elektrowni atomowej, więc pompujemy w amerykańskie firmy dziesiątki miliardów dolarów, to mamy prawo wymagać.
Tu nie chodzi o to, że oni nam niczego nie zaoferują. My możemy się obawiać, że oni staną się naszym wrogiem. Nie otwarcie, to znaczy nie w taki sposób, że USA dokonają inwazji i zajmą Polskę. To zresztą prawdopodobnie nie byłoby jeszcze najgorsze. Tylko nagle może się okazać, że Trump gdzieś się dogadał i będzie kolejny pakt Ribbentrop-Mołotow, ale teraz jako Trump-Putin, a my znajdziemy się po wschodniej stronie granicy stref wpływów. A pamiętajmy, że dla Trumpa Putin wczoraj, w niektórych sprawach, był przyjacielem — spotykał się z nim na Alasce. Dzisiaj jest wrogiem, a przynajmniej konkurentem, jeśli chodzi o panowanie nad Grenlandią. A jutro? Nie wiemy, co będzie jutro.
Czyli tworzy się nowy porządek światowy. Sojusz transatlantycki dogorywa.
Już jest martwy, bo zamordowane zostało wzajemne zaufanie.
A my, Europejczycy, czy jeszcze żyjemy?
Żyjemy i jakieś karty mamy. Może tak wyjść na końcu, że jeżeli Europa porozumie się z Chinami i z Indiami, to Amerykanie ze swoją koncepcją MAGA i izolacjonistyczną doktryną Monroego strzelili sobie w stopę. Europa też ma pewien lewar — sprawy gospodarcze, długi amerykańskie itd. To nonsensowne zadzieranie z Europą może więc dla Stanów Zjednoczonych w dłuższej perspektywie źle się skończyć. Natomiast Trumpowi Europejczycy zawdzięczają przebudzenie, uświadomienie sobie konieczności podjęcia działań mających na celu wszechstronne wzmocnienie Starego Kontynentu. Z tym, że to nie jest łatwe zadanie i nie wiemy, na ile będzie mogło zostać zrealizowane. W każdym razie z dzisiejszej perspektywy sprawy nie wyglądają dobrze. A co przyniesie przyszłość? Zobaczymy. Gdy prawo międzynarodowe przestaje obowiązywać, wszystko zaczyna zależeć od osobowości i siły przebicia konkretnych polityków oraz podejmowanych przez nich działań.