16 March, 2026

“Ludzie tutaj już ze sobą nie rozmawiają”. Ostatni rolnicy rozpalają ogień i czekają na wysiedlenie

Blask ogniska wśród okolicznych pól oznacza dla Wiesława Bonieckiego jedno. Znów któryś z jego ostatnich sąsiadów dał się “urobić” spółce CPK i ogniem sprząta opuszczane gospodarstwo.

Posłuchaj artykułu

x1 x2 x1.75 x1.5 x1.25 x1 x0.75 00:00 / 00:00 Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy "Ludzie tutaj już ze sobą nie rozmawiają". Ostatni rolnicy rozpalają ogień i czekają na wysiedlenie Maciej Kałach / Onet Wiesław Boniecki w swoim domu w Nowym Oryszewie Tekst powstał w ramach współpracy z Instytutem Reportażu— Chcemy, żeby nasze gospodarstwo działało do końca świata i o jeden dzień dłużej — deklaruje 68-letni Wiesław Boniecki. Gdyby nie Centralny Port Komunikacyjny (CPK), planowany pod Baranowem między Warszawą a Łodzią, Boniecki wiedziałby, że jego ziemia przyniesie plony jeszcze przez długie dekady. Byłoby komu o nią dbać.— Z żoną mamy trójkę dorosłych dzieci. Dwie córki wybrały kształcenie niezwiązane z rolnictwem. Ale syn zdobył dyplom Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie i gospodarzymy razem na 20 hektarach — mówi głowa rodziny z Nowego Oryszewa.

Gospodarz i jego “Malbork”

Nowy Oryszew odwiedzam w listopadzie 2025 r. podczas jednej z najpewniej ostatnich wypraw do wsi zamienianych w CPK — bowiem jego budowa ma ruszyć w bieżącym roku (już pod nową nazwą: Port Polska).Boniecki jest drugim z rolników, który we własnym domu zgadza się opowiedzieć, dlaczego z takim uporem trzyma się ziemi przeznaczonej na nowe lotnisko pod Baranowem. Pierwszy to Tadeusz Szymańczak z sąsiedniego Skrzelewa, który uchodzi za lidera sprzeciwu wobec rządowej spółki, realizującej CPK. Jednak w lutym 2026 r. Szymańczak oskarżył spółkę o “wysiedlenie”. Ta odpowiedziała, że rolnik ze Skrzelewa zdecydował o opuszczeniu majątku, aby uzyskać specjalny bonus, wprowadzony zeszłoroczną nowelizacją ustawy o CPK — adresowaną do ostatnich gospodarzy pozostających na terenie przyszłego lotniska. Natomiast pod koniec lutego spółka sprecyzowała Onetowi, że Boniecki wciąż pozostaje właścicielem nieruchomości na terenie planowanego lotniska.W listopadzie zarówno Nowy Oryszew, jak i Skrzelew zamieszkuje jeszcze po kilka ostatnich rodzin (z kilkudziesięciu według stanu sprzed ogłoszenia projektu lotniska). Los tych wsi ostatecznie przesądza decyzja z grudnia. Wtedy wojewoda mazowiecki wydaje postanowienie o rygorze natychmiastowej wykonalności decyzji lokalizacyjnej dla CPK, co w praktyce uruchamia procedurę wywłaszczeniową i pozwala rozpocząć ustalanie odszkodowań za nieruchomości przejmowane pod lotnisko. HtmlCode Ziemia Bonieckich to wyłącznie produkcja roślinna — w połowie zboża.— Poza tym ziemniaki i buraki, w płodozmianie mieliśmy też cebulę. Tylko przy jej uprawie jest teraz mnóstwo problemów ze wciornastkiem, takim malutkim szkodnikiem — opowiada rolnik. Na wciornastka gospodarz znalazł rozwiązanie. Cebulę zastąpił soją.— I nie żadną modyfikowaną genetycznie, jak ta sprowadzana do nas zza granicy — podkreśla Boniecki. Ale wobec CPK dobrego rozwiązania nie widzi. "Ludzie tutaj już ze sobą nie rozmawiają". Ostatni rolnicy rozpalają ogień i czekają na wysiedlenie Kraniec Nowego Oryszewa z opuszczonym już gospodarstwem jednego z dawnych sąsiadów Wiesława BonieckiegoMaciej Kałach / Onet — Mówią o nas: “czemu ci rolnicy tacy zdziwieni, skoro plany nowego lotniska między Warszawą a Łodzią były jeszcze w latach siedemdziesiątych?”. To niech taki mądry mi wyjaśni: czemu ja dostałem zezwolenie na budowę nowej przechowalni [plonów], którą ukończyliśmy w 2017 r., czyli na kilka miesięcy przed ogłoszeniem pomysłu CPK przez PiS? — pyta Boniecki.Gospodarz doskonale pamięta, jak dowiedział się o tym pomyśle.— Zawisła kartka na płocie o pilnym zebraniu w Wiskitkach, czyli w miasteczku, które jest siedzibą naszej gminy. A ja akurat dom ocieplać skończyłem — wspomina Boniecki — Styropianu w naszych ścianach tyle, że one teraz grube jak ściany zamku w Malborku, do tego wymienione wszystkie drzwi i okna. Nie istniały wtedy programy typu “Czyste powietrze”, a my wydaliśmy mnóstwo pieniędzy. Ale cieszyłem się, że będzie nam ciepło na starość. Bo pamiętam mrozy z końcówki lat osiemdziesiątych. I pamiętam, jak urzędnik odmówił nam przydziału butli gazowej do kuchenki, na której łatwiej moglibyśmy przygotowywać posiłki. Wtedy mieliśmy tutaj tylko dwie liche izby bez żadnych wygód. W tym pierwszym domu był ziąb, a dzieci chorowite. Drugi, czyli ten, w którym teraz mieszkamy, budowaliśmy przez 15 lat.

Harowali, żeby teraz odpocząć

Droga do własnych 20 ha w Nowym Oryszewie rozpoczęła się dla Bonieckiego od chryzantem i pomocnego krewnego.— Rodzice byli rolnikami tak z doskoku. Dzierżawili od gospodarzy odrobinę ziemi pod Wiskitkami, żeby trzymać tam jakieś świnki i krówki, ale głównie na potrzeby rodziny — tłumaczy 68-latek. — W tych Wiskitkach, na komornym, czyli w mieszkaniu komunalnym, mama opiekowała się mną i dwoma moimi braćmi, a tata jeździł po Polsce. Jako robotnik robił odwierty pod wydobycie siarki w Tarnobrzegu, miał też dużo odwiertów na Polesiu. Ale potem mu się te delegacje sprzykrzyły i poszedł pracować na taśmę w Ursusie.Gdy Boniecki miał 10 lat, “na komornym” w Wiskitkach pojawiły się chryzantemy.— Rosły z sadzonek, które dostałem od wujka, będącego oparciem dla całej rodziny. Wujek uczył mnie, jak uprawiać te kwiaty, żebym zarobił przed 1 listopada. Wstawiłem je do pokoju, chroniąc przed przymrozkami. Łapały światło na stole przysuniętym do okna przy rozsuniętych firankach — wspomina 68-latek. Boniecki stuka pięścią w ściany swojego “Malborka” i patrzy przez okno na pola, które mają się zmienić w dojazd dla szybkich pociągów na przylotniskowy dworzec.— Te lotniska jakoś za mną chodzą — zamyśla się gospodarz. — Najpierw było Okęcie, w sąsiedztwie Warszawy-Ursusa, gdzie zaraz po skończeniu technikum ogrodniczego w 1977 r. pracowałem w wyuczonym zawodzie dla miejskiego przedsiębiorstwa. Gdy dwa lata później powołano mnie do wojska, również byłem tam ogrodnikiem. A moja jednostka była po sąsiedzku z lotniskiem Ławica w Poznaniu. "Ludzie tutaj już ze sobą nie rozmawiają". Ostatni rolnicy rozpalają ogień i czekają na wysiedlenie Wiesław Boniecki przed swoim domem w Nowym OryszewieMaciej Kałach / Onet Po wyjściu z wojska, z odłożonych dzięki wcześniejszej pracy oszczędności, Boniecki kupił 3 ha w Nowym Oryszewie.— Kiedy w 1986 r. przekonałem Asię, żeby została moją żoną, tych hektarów, dzięki kredytowi spółdzielczemu, było już dwa razy więcej — mówi rolnik. Żonę wziął na gospodarkę z bloków w niedalekim Mszczonowie. — Pierwsze 10 lat tutaj to była harówka — wspomina Joanna Boniecka. — Ja nawet w ciąży, z wielkim brzuchem, sadziłam w nocy pomidory, bo w dzień za gorąco, a roboty zawsze potąd. A to ogórki zebrać, kapusty trzy rodzaje, biała, czerwona, włoska, a to powkładać cebulę do skrzynek i na rynku w Żyrardowie sprzedawać. Wszystko bez kombajnów, bez taśmociągu, jak teraz. Najpierw z zysków oddawaliśmy bankowi za kredyt, a reszta szła na życie, ale było i tak, że na chleb brakowało. Sąsiadka pożyczała, oddawaliśmy, jak tylko odzyskiwaliśmy płynność.

“Do końca będziemy liczyć na opamiętanie”

Małżeństwo Bonieckich nieustannie powtarza, że ich gospodarstwo jest “wyharowane”. Ale skoro lata tej największej harówki już za nimi — a coraz więcej obowiązków bierze na siebie syn, dyplomowany rolnik, ze wsparciem nowoczesnych urządzeń — spodziewali się odpoczynku “na swoim”, wśród pól Mazowsza. — Ale nie chodzi o nas i też nie o to, że jesteśmy przeciwko rozwojowi. Tylko o głupotę Polaków. Na świecie toczy się walka, kto będzie dostarczał dobra, w tym żywność, a kto skończy jako rynek zbytu. Polska zamienia się właśnie w rynek zbytu, skoro zalewamy najlepsze grunty rolne betonem — przekonuje Boniecki. — A po drugiej stronie Wisły są dużo gorsze ziemie. "Ludzie tutaj już ze sobą nie rozmawiają". Ostatni rolnicy rozpalają ogień i czekają na wysiedlenie Jedno z opuszczonych gospodarstw w Nowym OryszewieMaciej Kałach / Onet U Bonieckich nie usłyszałem ich “planu B”. — Do końca będziemy liczyć na opamiętanie rządzących — mówi rolnik.Za to usłyszałem o ogniskach. W Nowym Oryszewie — tak jak w Skrzelewie — zostało jeszcze kilku gospodarzy, negocjujących z CPK.— Ale ludzie tutaj już ze sobą nie rozmawiają. Jeśli ktoś jest w końcu skutecznie “urobiony” przez spółkę, nie ma sąsiedzkiego pożegnania — opowiada Boniecki. — Taki ktoś gromadzi na kupę to, czego nie zabiera ze sobą, a przez dziesięciolecia na gospodarstwie zbiera się także mnóstwo rupieci. I rzuca na tę kupę zapałkę.

Podobne artykuły