11 March, 2026

Legendarny dyplomata załamuje ręce nad stanem świata. “Przez lata w Niemczech myślano: Rosja to nasz przyjaciel”

— Architektura bezpieczeństwa Europy Środkowo-Wschodniej wymaga bezpiecznej Ukrainy, bo to ona jest zwornikiem. Jeśli ten zwornik wypadnie, cała konstrukcja się zawali — mówi Wolfgang Ischinger, przewodniczący Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa.

Posłuchaj artykułu

x1 x2 x1.75 x1.5 x1.25 x1 x0.75 00:00 / 00:00 Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy Legendarny dyplomata załamuje ręce nad stanem świata. "Przez lata w Niemczech myślano: Rosja to nasz przyjaciel" Paulo Figueiredo Junior / Shutterstock, EPA/CLEMENS BILAN / PAP Wolfgang Ischinger na tle mapy Europy i Bliskiego Wschodu. Zdjęcie ilustracyjne Korbinian Leo Kramer: Jesteśmy świadkami geopolitycznego trzęsienia ziemi. Wojna Rosji przeciwko Ukrainie trwa już piąty rok, a gwałtownie narastający kryzys na Bliskim Wschodzie dodał nowy, niebezpieczny wymiar. Z jakim porządkiem międzynarodowym faktycznie mamy do czynienia?Wolfgang Ischinger: Porządek, który — jak wierzyliśmy — budowaliśmy od czasu aktu końcowego Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie 50 lat temu, leży dziś w gruzach. Każdy, kto twierdzi, że istnieje jeszcze jakikolwiek realny porządek — wytyczne i zasady regulujące zachowania państw — oszukuje samego siebie. Niestety, to gorzka rzeczywistość. Oczywiście, wcześniej doświadczaliśmy już poważnych kryzysów różnego rodzaju, także na osi transatlantyckiej: w Wietnamie, w Bośni, w Iraku 20 lat temu. Ale nigdy wcześniej nie mieliśmy do czynienia z układem sił, jaki mamy obecnie: Europa przechodzi wewnętrzną próbę wytrzymałości. Siły odśrodkowe i presja z zewnątrz są ogromne. Pochodzą nie tylko z Moskwy, ale także z Waszyngtonu, bo obecna administracja USA wydaje się nie wierzyć już w Unię Europejską jako wspólnotę.

  • Oto 12 brutalnych lekcji z wojny Trumpa z Iranem. Wnioski są wyjątkowo ponure. I dotyczą całego świata [KOMENTARZ]

Europa otoczona jest teraz podwójną wojną. Od 2014 r. trwa wojna w Ukrainie, a teraz mamy również tę wojnę z Iranem, która moim zdaniem szybko się zakończy. Możemy jedynie mieć nadzieję, że nie potrwa ona tak długo jak wojna w Ukrainie, ale nie ma żadnej pewności, że wkrótce się skończy i to w dobrym scenariuszu. Czy zatem dyplomacja nadal odgrywa kluczową rolę?Jako dyplomata zawsze musisz zakładać najgorszy scenariusz. Nie można prowadzić polityki, opierając się na iluzjach. W najczarniejszym wariancie musimy się liczyć z tym, że wojna w Ukrainie wcale nie zmierza ku końcowi — zwłaszcza że w ostatnich miesiącach Stany Zjednoczone nie zajęły jednoznacznego stanowiska po stronie Ukrainy. Nie widzę żadnej gotowości do kompromisu czy ustępstw ze strony Rosji — wręcz przeciwnie. A jeśli chodzi o wojnę z Iranem, wszystko jest możliwe. Co to oznacza dla dyplomacji? W tym miejscu nie zgadzam się z założeniem pańskiego pytania. Uważam, że to jest właśnie godzina dyplomacji. Tyle że trzeba z dyplomacji korzystać. Dyplomacja wymaga pomysłów, propozycji, kogoś, kto potrafi wiarygodnie je przedstawić — i, co najważniejsze, odpowiedniego wyczucia czasu.

  • Tekst publikujemy dzięki uprzejmości serwisu Kyiv Post. Prosimy o wsparcie pracy niezależnych ukraińskich dziennikarzy z portalu Kyiv Post

W tej chwili widzę, że my, Europejczycy, siedzimy co najwyżej na ławce, na marginesie boiska. Nie bierzemy czynnego udziału w rozmowach o Ukrainie, nie byliśmy też poważnym partnerem dla Waszyngtonu ani w sprawie Gazy, ani teraz w sprawie Iranu. Stany Zjednoczone uważają, że poradzą sobie z tym wszystkim lepiej samodzielnie. Mam co do tego poważne wątpliwości.Mam uczucie deja vu. W styczniu 2003 r. byłem ambasadorem w Waszyngtonie. Ledwo wspólnie zaangażowaliśmy się w Afganistan, moi amerykańscy rozmówcy przyszli i powiedzieli: Teraz idziemy do Iraku. Niedawno przeczytałem jeszcze raz mój artykuł, który wtedy napisałem do “Washington Post”.“Najpierw pierwsza wojna”. Zgadza się. Wiem, że w porównaniach historycznych trzeba być bardzo ostrożnym. Ale wierzę, że powinniśmy wyciągać wnioski z przeszłości. I właśnie tego się obawiam: my na Zachodzie możemy stracić z pola widzenia wsparcie dla Ukrainy, bo cała uwaga skupia się teraz na Iranie. To ma bardzo konkretne skutki. Co się stanie, jeśli wojna z Iranem potrwa jeszcze kilka tygodni i USA uznają: ledwo starcza nam amunicji i części zamiennych do Patriotów, żeby chronić własnych ludzi na Bliskim Wschodzie? Dla Ukrainy nie zostało nam już nic. Legendarny dyplomata załamuje ręce nad stanem świata. "Przez lata w Niemczech myślano: Rosja to nasz przyjaciel" Wolfgang Ischinger wygłasza przemówienie zamykające Monachijską Konferencję Bezpieczeństwa, 15 lutego 2026 r.SVEN HOPPE/dpa / PAP Obawiam się, że musimy uznać rzeczywistość podwójnej wojny i to, że obrona interesów Ukrainy może nie być już możliwa w takim stopniu, jak byśmy sobie życzyli. Wojna z Iranem może pochłonąć większość energii Stanów Zjednoczonych — i naszej również. To bardzo mnie niepokoi.

“Dyplomacja wymaga, by przy włączonych kamerach mówić inaczej niż za zamkniętymi drzwiami”

Narasta przekonanie, że współczesna dyplomacja stała się do pewnego stopnia spektaklem — rozmowy dyplomatyczne trwają, podczas gdy równolegle przygotowywane są działania wojskowe. Rosja wciąż przedstawiała się jako otwarta na pokój tuż przed rozpoczęciem inwazji na Ukrainę, a USA negocjowały z Iranem w sprawie programu nuklearnego. Czy w takich warunkach dyplomacja nie traci wiarygodności?Musimy tu być uczciwi i precyzyjni. Jest wiele powodów do niezadowolenia z amerykańskiej dyplomacji. Ale z drugiej strony, my Europejczycy w ogóle nie potrafiliśmy uruchomić żadnej ścieżki negocjacyjnej z Rosją w sprawie Ukrainy. Tu muszę uchylić czoła i powiedzieć: dziękuję, rządzie amerykański — przynajmniej to wy rozpoczęliście. To samo odnosi się do Bliskiego Wschodu. Kto doprowadził do trudnego zawieszenia broni w Strefie Gazy? Nie my — to Donald Trump. Trzeba więc uczciwie przyznać: amerykańska dyplomacja, wsparta siłą militarną, okazała się do pewnego stopnia skuteczna.

  • Role się odwróciły. Donald Trump upokarzał Ukrainę. Teraz musi ją prosić o pilną pomoc

Na jak długo, to już inna kwestia. Dyplomacja działa i musi działać także w tej sytuacji. Ale zgodzę się w jednym: nie widziałem potrzeby, by zrezygnować z wysiłków dyplomatycznych wobec Iranu i przejść do rozwiązań militarnych.Nie dostrzegam, żeby próby zawarcia jakiegoś porozumienia z Iranem były z góry skazane na niepowodzenie — może nawet coś w rodzaju JCPOA [umowy Baracka Obamy z 2015 r.]. To porozumienie było niewystarczające, to prawda — dotyczyło tylko wzbogacania uranu, nie obejmowało rozwoju rakiet ani destabilizującej roli Iranu w regionie. Ale założeniem było, że po tym pierwszym kroku kolejne nierozwiązane kwestie będą omawiane. Gdy USA pod rządami Trumpa wycofały się z umowy w 2017 r., wszystko to zostało zamrożone na 10 lat. Fakt, że rozmowy z Iranem — które my, Niemcy, rozpoczęliśmy w 2003 r. wspólnie z Francją i Wielką Brytanią — ostatecznie się rozpadły, nie jest naszą winą. Tu naprawdę wiele się działo w sferze dyplomacji, ale część tych działań nie przewidywała skutków długoterminowych. Podczas Monachijskiej Konferencji Bezpieczeństwa wielokrotnie podkreślano, że Europa musi stać się bardziej strategicznie autonomiczna i nie może wpaść w uzależnienie od Waszyngtonu. A tymczasem mamy takie sytuacje jak niedawno w Gabinecie Owalnym, gdy Donald Trump publicznie krytykował Hiszpanię, a europejski partner, czyli Niemcy, nie stanął w obronie sojusznika.Niestety, dyplomacja wymaga, by nieraz, przy włączonych kamerach, mówić inaczej niż za zamkniętymi drzwiami. Słyszałem, że Friedrich Merz w prywatnej rozmowie rzeczywiście stanął potem w obronie europejskich partnerów. Co byśmy zyskali, gdyby kanclerz Niemiec powiedział przed kamerami prezydentowi USA: “To skandal, wychodzę stąd”? Nic by to nie zmieniło. Legendarny dyplomata załamuje ręce nad stanem świata. "Przez lata w Niemczech myślano: Rosja to nasz przyjaciel" Friedrich Merz i Donald Trump w Gabinecie Owalnym. Waszyngton, 3 marca 2026 r.SAMUEL CORUM / POOL / PAP To trudne pytania, bo dotyczą kwestii spójności. Ale to nie Unia Europejska tworzy te niejasności. Nasze niejasności są jawne: w wielu sprawach zagranicznych premier Węgier Viktor Orban zajmuje stanowiska różne od pozostałych 26 państw członkowskich. Inaczej wygląda sprawa z Donaldem Trumpem — tu dyplomacja miesza się z widowiskiem. Ale abstrahując od Waszyngtonu, widzę poważne, wręcz egzystencjalne zagrożenie dla UE, bo jest pod ogromną presją z kilku stron naraz: po pierwsze z wewnątrz, i Orban bynajmniej nie jest jedynym problemem. I ze strony skrajnej prawicy, która może dojść do władzy przy poparciu administracji Trumpa.Właśnie tak — a po drugie problemem jest Putin, który począwszy od 2008 r. w Gruzji, a potem od 2014 r. w Ukrainie, pokazał, że jest gotów łamać wszelkie zasady rządzące współistnieniem państw w Europie. Spadek roli Rady Bezpieczeństwa ONZ widać wyraźnie przynajmniej od 2014 r. Oto państwo stałe w Radzie, które atakuje sąsiada bez choćby próby usprawiedliwienia tego na forum Rady w świetle prawa międzynarodowego. Ale to nie jedyne pole gruzów. Drugi to polityka UE wobec Bliskiego Wschodu.Jaka europejska polityka wobec Bliskiego Wschodu? Jeśli w ogóle taka istnieje…Mam tyle lat, że pamiętam jeszcze czasy, kiedy funkcjonowało tzw. Bliskowschodni Kwartet. UE, Stany Zjednoczone, Rosja i ONZ siedziały przy jednym stole i rozmawiały po partnersku o przyszłości regionu — o dobrych i złych drogach. Dziś UE — jak już mówiłem — znajduje się na marginesie, może co najwyżej komentować. W najlepszym razie europejscy przywódcy siedzą jak kwiatki doniczkowe na uboczu. Na szczycie w sprawie Gazy w Szarm el-Szejk w zeszłym roku byli obecni, ale nawet nie zaproszono ich do podpisania finalnego oświadczenia.

  • Hegemoni mogą rozedrzeć Bliski Wschód. Eksperci ostrzegają przed “bałkanizacją” Iranu

To nie może być odpowiedź dla 450 mln Europejczyków. Moglibyśmy to zmienić — gdybyśmy, i tu wracamy do pierwszej kwestii, problemu Viktora Orbana — mówili jednym głosem.

“Czy chcemy trzymać się interpretacji prawa międzynarodowego, która miała chronić władców, a nie ludność?”

Czy Europa powinna więc w końcu pogodzić się z tym, że obecna administracja USA myśli w kategoriach transakcji i polityki siły, a nie wartości i reguł? Jak Europa powinna radzić sobie z Trumpem, Vance’em, Rubio i resztą, gdy Waszyngton jawnie odrzuca porządek oparty na zasadach, tworzy własne formaty — jak Rada Pokoju — a po kilku tygodniach atakuje Iran? Widzimy, do czego to doprowadziło: izraelskie wojska lądowe są w południowym Libanie, państwa Zatoki Perskiej pod ostrzałem, a regionalny konflikt grozi eskalacją. Gorzka prawda jest taka: moglibyśmy postępować inaczej, gdybyśmy nie byli tak bardzo uzależnieni od USA ze względu na Rosję i wojnę w Ukrainie. Miło jest mówić o europejskiej suwerenności i autonomii, ale to — w najlepszym wypadku — perspektywa na 10 lat. To z pewnością nie jest coś, co da się osiągnąć w krótkim czasie, od ręki.Dlatego musimy próbować tej trudnej sztuki balansowania: z jednej strony, utrzymywać zaangażowanie Stanów Zjednoczonych — po stronie Ukrainy, czy przynajmniej po naszej stronie w konfrontacji z Rosją. Jednocześnie musimy próbować bardziej stanowczo stanąć na własnych nogach.Niemcy same wydadzą za kilka lat 150 mld euro (ok. 640 mld zł) na obronność. To trzy razy więcej niż w zeszłym roku. We wszystkim, co robimy w tej dziedzinie, musimy jasno mówić: nie robimy tego, by przywrócić wielkość Niemiec, tylko w trosce o bezpieczeństwo Europy — i by uniezależnić się od USA. A więc cel jest podwójny: utrzymać zaangażowanie USA, a jednocześnie budować większą niezależność. I fakt, że niemiecki kanclerz odbywa z Donaldem Trumpem choćby w miarę cywilizowaną rozmowę — to już dużo znaczy.Ale czy unikanie jasnego nazwania ataku na Iran naruszeniem prawa międzynarodowego to również element “utrzymywania zaangażowania USA”?Sam pochodzę ze świata prawa międzynarodowego. I trzeba uczciwie powiedzieć, że nie ma mandatu dla tej wojny według zasad ustanowionych przez społeczność międzynarodową przed dekadami. Ale to wciąż zbyt powierzchowna analiza polityczna. Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo Wojna na Bliskim Wschodzie. Witold Jurasz o planach USA, których tak naprawdę nie było Bo nie odpowiada na kolejne pytanie: czemu od dziesięcioleci tak bardzo obawiamy się Iranu? Iran przez dekady podważał samo istnienie Izraela i, według naszej oceny, dążył do uzyskania zdolności nuklearnych.Eksperci twierdzili jednak, że to i tak wymagałoby jeszcze lat. Tak, ale mieli tysiące wirówek pracujących bez przerwy, a to nie służy niczemu innemu niż wzbogacaniu uranu do poziomu broni jądrowej. Jeszcze 10, 12 lat temu, w kontekście Libii i Syrii, pisaliśmy całe książki o tzw. odpowiedzialności za ochronę — zasadzie prawa międzynarodowego przyjętej ogromną większością przez Zgromadzenie Ogólne ONZ. Chodziło o to, że jeśli państwo lub rząd nie jest w stanie lub nie chce chronić własnej ludności, społeczność międzynarodowa ma obowiązek interweniować.

  • Krytykujmy Donalda Trumpa za tę wojnę. Ale róbmy to z sensem. Prawo międzynarodowe nie powstrzyma irańskiej bomby atomowej [OPINIA]

To jest kluczowy punkt: czy w XXI w. chcemy trzymać się interpretacji prawa międzynarodowego sięgającej XVI–XIX w., która miała chronić władców, a nie ludność? Czy może raczej przyjąć interpretację, która chroni człowieka, gdy jest prześladowany lub mordowany przez własnych rządzących, jak obecnie w Iranie? Musimy uwzględniać tę nowoczesną funkcję ochronną prawa międzynarodowego w całej ocenie. Zatem to jest moment, by odłożyć ideały i obrać bardziej pragmatyczny kurs?Nie, aż tak daleko bym nie poszedł. Oczywiście, my Niemcy i my jako Unia Europejska, powinniśmy trzymać się zasady, że takie działania nie powinny być podejmowane z naruszeniem prawa międzynarodowego. Pytanie polityczne brzmi: czy naprawdę istniała aż taka presja, by teraz działać?Czy była jeszcze możliwość uzyskania dobrego wyniku negocjacyjnego? W zasadzie — tak. Czy mamy pewność, że państwa regionu uważały, iż jedynym wyjściem jest interwencja militarna? Przypuszczam, że było wręcz odwrotnie. Ze wszystkiego, co wiem, kraje regionu, świat arabski, namawiały Izrael i USA do dalszych negocjacji, bo obawiały się dokładnie tego, co się teraz dzieje: że same zostaną zaatakowane. Wiele państw Zatoki Perskiej żyje z turystyki, nie mówiąc o wpływach z ropy. Innymi słowy, czy można to wszystko uzasadnić merytorycznie? Najważniejszy argument merytoryczny brzmi: nigdy nie wolno rozpoczynać interwencji zbrojnej, czy dążyć do zmiany reżimu, jeśli nie ma się bardzo precyzyjnego i skoordynowanego planu na to, kto przejmie potem władzę.A teraz widzimy na własne oczy, że nie wiadomo, czy Waszyngton taki plan w ogóle ma. Skoro właśnie syn Alego Chameneia został wyznaczony na nowego najwyższego przywódcę religijnego, widzę bardzo ciemną przyszłość. Nie znam tego człowieka, ale wiem, że jego ojciec i żona właśnie zostali zabici przez Amerykanów i Izraelczyków. Trudno mi sobie wyobrazić, by teraz pojechał do Waszyngtonu i powiedział: chciałbym zostać waszym przyjacielem. Krótko mówiąc, możemy mieć do czynienia z kolejnym twardogłowym przywódcą.Gdybyśmy mieli pewność, że to wszystko doprowadzi do realnej zmiany reżimu, można by powiedzieć: cel uświęca środki. Ale wcale nie jestem pewien, że można się spodziewać takiego rezultatu w krótkim czy średnim terminie.

“Ukraina musi pozostać absolutnym priorytetem Europy”

Jeśli nie wiemy, jak długo potrwa ta wojna z Iranem, a także ile zasobów USA na nią przeznaczą: z jednej strony rosną ceny ropy i energii na świecie, Rosja finansuje dużą część swojej wojny dzięki eksportowi surowców, Chiny mogą zwiększyć zakupy rosyjskiej ropy, a systemy obrony powietrznej, takie jak Patrioty, mogą teraz trafić na Bliski Wschód zamiast do Ukrainy. To wszystko może w efekcie osłabić Ukrainę. Z drugiej strony Iran jest ważnym partnerem militarnym Rosji. Jeśli Iran faktycznie zostanie militarnie poważnie osłabiony, to może podciąć także rosyjskie zdolności wojenne. Czy wojna z Iranem osłabi Rosję i pomoże Ukrainie — czy wręcz przeciwnie?Gdybym był na miejscu Zełenskiego, myślałbym tak: skoro Witkoff i Kushner stwierdzili po trzech rundach rozmów z Iranem, że dalsze negocjacje są bez sensu, Zełenski powinien im zadać pytanie: ile rund rozmów potrzebujecie z Rosją, by zrozumieć, że z nią też nie ma już o czym rozmawiać?

  • Nie czas na ustępstwa. Były ambasador USA ostrzega: złagodzenie sankcji w tym momencie byłoby katastrofą

Odpowiadając na pańskie pytanie: obawiam się, że praktycznie nic z tego, co teraz się dzieje lub może się wydarzyć, nie pomoże Ukrainie. Widziałbym niemal wyłącznie negatywne skutki. Wyobrażam sobie scenariusz, w którym Rosja zarabia jeszcze więcej pieniędzy, a dostawy broni, części zamiennych, Patriotów z USA stają się jeszcze trudniej dostępne. Nie widzę tu niczego naprawdę pozytywnego.Jedyna rzecz, która faktycznie by pomogła, to gdyby amerykański prezydent zatwierdził pakiet sankcji przygotowany przez Lindseya Grahama i innych senatorów już ponad pół roku temu. Obejmowałby wszystkie kraje kupujące rosyjską ropę. To uderzyłoby zapewne także w wolumen chińskich i indyjskich zakupów. Niestety, ten pakiet wciąż nie został wprowadzony w życie. Innymi słowy, USA mogłyby wywierać większą presję — i szczerze mówiąc, my, Europejczycy, także. Nadal sami kupujemy sporo ropy. Wrócę do swojego pierwotnego punktu: najpierw to, co najważniejsze. Dla nas hasłem powinno być: najpierw Ukraina. Ukraina musi pozostać absolutnym priorytetem Europy.A więc w sytuacji, gdy Stany Zjednoczone i Izrael coraz bardziej angażują się na Bliskim Wschodzie, Europa powinna teraz niezwłocznie i zdecydowanie zwiększyć wsparcie dla Ukrainy?Tak, jak najbardziej. Skoro USA ustawiły się tam, to teraz spada to na naszą odpowiedzialność. To nasz kontynent, to nasz sąsiad, a Ukraina ma w przyszłości zostać członkiem UE. Musimy się o nią zatroszczyć.Jeśli dobrze rozumiem, Europa musi wyjść z tego, co Zełenski niegdyś nazwał “trybem Grenlandii” — tego zamrożonego marazmu — i zacząć działać zdecydowanie, by wywrzeć presję na Rosji? Uważam, że musimy obrać podwójną strategię. Z jednej strony jeszcze mocniej wspierać Ukrainę — dostarczając broń, amunicję itd. Ale drugą stroną powinno być to, że nie zostawiamy dyplomacji wyłącznie Stanom Zjednoczonym. Musimy dążyć do tego, by przy każdych rozmowach USA z Rosjanami i Ukraińcami w pokoju byli także przedstawiciele Europy.Dla mnie jedno jest jasne: każde rozstrzygnięcie tych negocjacji, które nie jest poparte przez Europę, w ogóle nie powinno być brane pod uwagę. I nie możemy zgodzić się na żadne porozumienie, które zmuszałoby Ukrainę do oddania terytoriów, które nie są nawet okupowane. Legendarny dyplomata załamuje ręce nad stanem świata. "Przez lata w Niemczech myślano: Rosja to nasz przyjaciel" Donald Trump, Wołodymyr Zełenski i europejscy przywódcy w Białym Domu. Waszyngton, 18 sierpnia 2025 r.EPA/Aaron Schwartz / POOL / PAP A jeśli administracja USA zagrozi całkowitym porzuceniem Ukrainy, gdyby nie przeforsowała własnej wersji porozumienia?Nie widzę tego tak jednoznacznie. Pomoc Ukrainie wciąż cieszy się w USA dużym poparciem. Gdyby zwolennicy Ukrainy pokazali, że prezydent ją porzuca, nie pomogłoby mu to w wyborach do Kongresu. Wręcz przeciwnie. I dlatego uważam, że tak ważne jest, by Ukraina miała takiego prezydenta jak Zełenski, który przez lata tak skutecznie występował w obronie swojego kraju. Sympatia Niemiec wobec Ukrainy była przez długi czas bardzo ograniczona. Przez lata w Niemczech myślano: Rosja to nasz przyjaciel, a gdzieś pośrodku jest Ukraina. Dopiero w ostatnich latach powoli zaczęło docierać, że to właśnie przez Ukrainę dwukrotnie przeszły Wehrmacht, SS i Gestapo — raz w jedną, raz w drugą stronę. Być może nie ma w Europie miejsca, które bardziej ucierpiało z rąk niemieckiej machiny wojennej, niż Ukraina. Ale w niemieckiej świadomości publicznej tego nie było.Już w 1998 r., w niemieckim MSZ, napisaliśmy w analizie dla rządu, że architektura bezpieczeństwa Europy Środkowo-Wschodniej wymaga bezpiecznej Ukrainy, bo to ona jest zwornikiem. Jeśli ten zwornik wypadnie, cała konstrukcja się zawali. Niestety, ta trafna diagnoza nigdy nie została przełożona na realną politykę. Wciąż byliśmy zafascynowani Gorbaczowem i darem zjednoczenia Niemiec, więc ciągle pielgrzymowaliśmy do Moskwy. Boris Johnson niedawno argumentował, że trzeba natychmiast zwiększyć presję militarną na Putina. Europejskie wojska, jego zdaniem, nie powinny czekać na zawieszenie broni, tylko już dziś rozważać interwencję. Co pan sądzi o tej propozycji?Pomysł dobry w intencjach, ale nierealistyczny. Nie znam w Europie nikogo, kto wysłałby wojska do Ukrainy bez porozumienia z Rosją. Gdybyśmy to zrobili, gdy wojna wciąż trwa, sami stalibyśmy się stroną konfliktu.A nawet jeśli wojna by się skończyła: gdyby wprowadzono wojska bez uzgodnienia tego w ramach porozumienia, Rosja uznałaby to za powód do zerwania zawieszenia broni. Słyszę, co mówi Siergiej Ławrow o gwarancjach bezpieczeństwa. Rosyjska linia jest jasna: możecie wymyślać dowolne gwarancje — dla nas wszystko to jest całkowicie nie do przyjęcia.Trzeba być realistą. W jednym punkcie zgadzam się z Borisem Johnsonem: jeśli wierzymy, że ostatecznie Ukraina będzie potrzebować obecności wojsk europejskich na swoim terytorium, by zabezpieczyć swoją egzystencję, to rzeczywiście należy wywrzeć na Rosji znacznie większą presję. Większa presja na Rosję jest absolutnie konieczna bez względu na wszystko. Czy to doprowadzi Rosję do zaakceptowania obecności wojsk? Jestem sceptyczny.

  • Trump nieświadomie rzucił Putinowi koło ratunkowe. “Prezent dla Moskwy”

Widzę jednak inną możliwość, choć rzadko się o niej mówi. Można by — w określonych okolicznościach — rozważyć stacjonowanie wojsk z krajów nienależących do NATO w celu zabezpieczenia linii kontaktu na Ukrainie — gdyby odbyło się to pod auspicjami ONZ lub podobnej międzynarodowej struktury. Przykładowo: kraje takie jak Pakistan czy Indie wystawiały kontyngenty ONZ-owskie na całym świecie przez ostatnie 40 lat. Mogę sobie wyobrazić, że taka siła mogłaby być dla Rosji do zaakceptowania. Ale to pytanie na przyszłość. W tej chwili nie widzę żadnego ruchu w tym kierunku.Uważam, że debata o gwarancjach bezpieczeństwa stanie się poważna dopiero wtedy, gdy będzie za nią szła realna obecność wojskowa lub rosyjskie zobowiązanie do drastycznego ograniczenia sił na zachodnich okręgach wojskowych. To byłaby klasyczna kontrola zbrojeń. Nie ma w tym nic nowego. Problem w tym, że obecnie w tej dziedzinie nie dzieje się nic.

Podobne artykuły