Iran chciał nastraszyć sąsiadów. Zamiast tego doprowadził ich do furii. I może tego gorzko pożałować [ANALIZA]
Iran chciał zastraszyć region rakietami i zmusić arabskie monarchie do nacisku na Stany Zjednoczone. Zamiast strachu wywołał jednak gniew — a państwa Zatoki zaczynają mówić jednym, antyirańskim głosem.
Posłuchaj artykułu
x1 x2 x1.75 x1.5 x1.25 x1 x0.75 00:00 / 00:00 Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Win McNamee / Staff, ATTA KENARE / AFP; TR/NurPhoto / AFP W ramce książę koronny i premier Arabii Saudyjskiej Mohammed bin Salman. W tle dym i ogień nad miejscem nalotu na międzynarodowe lotnisko Mehrabad w Teheranie, 7 marca 2026 r. W odpowiedzi na ataki Izraela i Stanów Zjednoczonych Iran rozpoczął nieukierunkowane uderzenia na terytoria Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratów Arabskich, Kataru, Kuwejtu, Bahrajnu, Iraku, Jordanii oraz Omanu, w praktyce jednocząc przeciw władzom w Teheranie koalicję oburzonych państw arabskich.Ocalałym ajatollahom najwyraźniej wydawało się, że kraje te odpowiedzą na ataki, wywierając presję na Stany Zjednoczone i Izrael, aby przerwały swoją kampanię bombardowań. Tak się jednak nie stało.Iran chciał podnieść stawkę i zmusić sąsiadów do reakcji. W Zatoce narasta jednak coś innego — polityczna wściekłość. Eksperci tłumaczą, dokąd może zaprowadzić ta coraz bardziej niebezpieczna gra.
- Tekst publikujemy dzięki uprzejmości serwisu The Insider. Prosimy o wsparcie niezależnych rosyjskich dziennikarzy z The Insider
28 lutego, kilka godzin po pierwszych amerykańsko-izraelskich uderzeniach na Iran, siły zbrojne Islamskiej Republiki rozpoczęły działania odwetowe. W przeciwieństwie do czerwca 2025 r. ich celem nie był już wyłącznie Izrael, lecz także państwa arabskie. Taki scenariusz był do przewidzenia. Iran wcześniej ostrzegał, że w przypadku ataku uderzy w amerykańskie instalacje w regionie — przede wszystkim w liczne bazy wojskowe USA — oraz zablokuje Cieśninę Ormuz. Podobny przykład miał już miejsce latem, gdy irańskie siły uderzyły w amerykańską bazę lotniczą Al Udeid w Katarze. Był to jednak pojedynczy incydent.Tym razem natomiast, oprócz baz amerykańskich, irańskie rakiety i drony zaczęły trafiać również w infrastrukturę cywilną: rafinerie ropy naftowej, elektrownię, porty, lotniska, centra danych, a nawet hotele. Ataki w największym stopniu dotknęły Zjednoczone Emiraty Arabskie, Katar, Arabię Saudyjską, Kuwejt i Bahrajn, jednak Iran uderza także w iracki Kurdystan — region, w którym znajdują się amerykańskie placówki wojskowe i dyplomatyczne, a także uzbrojone formacje irańskich partii kurdyjskich od dziesięcioleci sprzeciwiających się władzom w Teheranie. Rakiety wystrzeliwane w kierunku Izraela są przechwytywane nad Jordanią, a kilka irańskich pocisków, które nie dotarły do celu, spadło również na terytorium Syrii.Spośród wszystkich monarchii Zatoki Perskiej najmniej ucierpiał dotąd Oman — kraj, który niemal do ostatniej chwili utrzymywał rolę mediatora pomiędzy Waszyngtonem a Teheranem. Mimo to odnotowano uderzenia w tankowce u wybrzeży Omanu, a także atak na port w Duqm.
“Iran doskonale zdaje sobie z tego sprawę”
Dla arabskich monarchii skutki wojny wykraczają daleko poza same zagrożenia militarne. Oprócz kwestii bezpieczeństwa w niektórych państwach wstrzymano funkcjonowanie instalacji naftowych i gazowych, a także eksport energii. Cieśnina Ormuz, łącząca Zatokę Perską z Zatoką Omańską, jest jednym z najważniejszych na świecie wąskich gardeł transportu energetycznego — przez jej wody przechodzi około 20 proc. globalnego handlu ropą naftową i skroplonym gazem ziemnym (głównie z Kataru). W ostatnich dniach ruch morski przez cieśninę niemal całkowicie ustał.Każde zakłócenie — czy to w wyniku ataków na statki, wzrostu składek ubezpieczeniowych, czy ograniczeń w żegludze — natychmiast odbija się na rynkach światowych. Oczywiście państwa mające dostęp do alternatywnych szlaków transportu morskiego znajdują się w nieco lepszej sytuacji.
Cieśnina OrmuzMapy Google/X Arabia Saudyjska może częściowo przekierować eksport przez Morze Czerwone, Zjednoczone Emiraty Arabskie mogą korzystać z sieci rurociągów, a Oman — położony nad Oceanem Indyjskim — w ogóle nie jest zależny od cieśniny. Jednak takie państwa jak Katar mogą stanąć przed poważnymi problemami.Należy także pamiętać, że model gospodarczy monarchii arabskich od dawna opiera się na wizerunku stabilności, bezpieczeństwa i przewidywalności. To właśnie ten obraz przyciągał do regionu międzynarodowe banki, fundusze inwestycyjne, firmy technologiczne oraz turystów. W rezultacie region stał się jednym z najważniejszych na świecie centrów finansowych, logistycznych i transportowych, łączących Europę, Azję i Afrykę.
Długotrwała kampania militarna podkopuje te fundamenty — a Iran doskonale zdaje sobie z tego sprawę.
Większość ekspertów od Bliskiego Wschodu uważa, że Teheran zdecydował się uderzyć w państwa arabskie, aby zmusić je do wywarcia nacisku na Waszyngton w celu zakończenia kampanii militarnej przeciwko Iranowi oraz podnieść stawkę negocjacji — zanim globalna gospodarka ucierpi zbyt poważnie. Kalkulacja wydaje się opierać na założeniu, że monarchie nie będą w stanie wytrzymać długotrwałej wojny — i to nie tylko one, ale także państwa gospodarczo z nimi powiązane.
- Dlaczego rakiety spadają na Kuwejt czy Dubaj? Wyjaśniamy, kto jest kim w konflikcie na Bliskim Wschodzie
Przynajmniej w krótkiej perspektywie Iran najwyraźniej się jednak przeliczył. Państwa arabskie, które przez wiele miesięcy oficjalnie opowiadały się za dialogiem między Iranem a Stanami Zjednoczonymi, potępiły działania Teheranu. Co najważniejsze, amerykańsko-izraelska kampania bombardowań nadal trwa.
“Odtworzenie antyirańskiego sojuszu”
Arabia Saudyjska, Bahrajn, Jordania, Kuwejt, Katar oraz Zjednoczone Emiraty Arabskie wydały wspólne oświadczenia wraz ze Stanami Zjednoczonymi, w których irańskie ataki nazwano “lekkomyślnymi i nieuzasadnionymi”.”Potwierdzamy nasze prawo do samoobrony wobec tych ataków, podkreślamy nasze zaangażowanie w bezpieczeństwo regionalne oraz wysoko cenimy skuteczną współpracę w zakresie obrony powietrznej i przeciwrakietowej, która zapobiegła większym stratom w ludziach i zniszczeniom” — głosi tekst opublikowany 2 marca.
Dym w Dosze, stolicy Kataru, po ataku Iranu, 1 marca 2026 r.AFP/East News / East News Pojawiły się również inne podobne dokumenty, w tym deklaracja wszystkich sześciu monarchii Rady Współpracy Zatoki (w tym Omanu, który nie podpisał wspólnego oświadczenia z Amerykanami). Przedstawiciele Kataru, ZEA, Arabii Saudyjskiej i Kuwejtu wydali także osobne oświadczenia dotyczące prawa do odpowiedzi i/lub działań w samoobronie.
- “Zakładnicy” Iranu mają dwa wyjścia, oba złe. “Nowa era wojny międzypaństwowej”
Według zachodnich dyplomatów często cytowanych przez izraelskie media Arabia Saudyjska, ZEA, a być może także Katar są “bardzo blisko” przeprowadzenia uderzeń na Iran — choć prawdopodobnie miałyby one głównie symboliczny charakter. 3 marca izraelska stacja telewizyjna N12 poinformowała nawet, że Katar już uderzył w terytorium Iranu, choć władze w Dosze temu zaprzeczyły. Mimo to takich działań w najbliższych dniach nie można wykluczyć.
Jednocześnie w regionie pojawiają się ostrzeżenia przed bezpośrednim udziałem w wojnie. Były premier Kataru Hamad bin Jassim Al Thani stwierdził, że państwa Zatoki nie powinny »dać się wciągnąć w bezpośrednią konfrontację z Iranem«, ponieważ wyczerpałoby to ich zasoby i pozwoliło »Izraelowi wyjść z konfliktu silniejszym«.
W każdym razie monarchie arabskie zaczęły już myśleć o swojej przyszłości. W obliczu wspólnego zagrożenia Arabia Saudyjska i ZEA odłożyły na bok dzielące je spory i po raz pierwszy od końca 2025 r. — kiedy saudyjskie lotnictwo zbombardowało transport, który przybył ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich do jemeńskiego portu Mukalla — zorganizowano rozmowę telefoniczną między następcą tronu Mohammedem bin Salmanem a prezydentem Mohammedem bin Zayedem. Obaj przywódcy zadeklarowali sobie wzajemne wsparcie.
Książę Arabii Saudyjskiej Mohammed bin Salman podczas spotkania z prezydentem Donaldem Trumpem w Gabinecie Owalnym w Białym Domu w Waszyngtonie, USA, 18 listopada 2025 r.Nathan Howard / POOL / PAP W praktyce oznacza to odtworzenie antyirańskiego sojuszu, który dominował podczas pierwszej kadencji Donalda Trumpa. Jednak jeśli i kiedy zagrożenie ze strony Iranu zostanie wyeliminowane, rywalizacja między dwoma ambitnymi regionalnymi graczami — Arabią Saudyjską i ZEA — najprawdopodobniej powróci.
“Niepokój wielu państw regionu”
Podobnie jak monarchie arabskie, również Europa została wciągnięta w wojnę wbrew własnej woli. Po ostrzelaniu brytyjskiej bazy wojskowej na Cyprze oraz francuskiej bazy w ZEA Paryż i Londyn zdecydowały się wysłać do regionu okręty wojenne i samoloty. Zwróciły się także do Ukrainy o pomoc w zwalczaniu irańskich dronów.Fakt, że atak na brytyjską bazę został przeprowadzony przez libański Hezbollah, a nie bezpośrednio przez Iran, niewiele zmienia. Zbrojne formacje Hezbollahu są bowiem głównymi regionalnymi pełnomocnikami Teheranu. Stanowi to osobny problem zarówno dla państw regionu, jak i dla Europy — przede wszystkim dla Francji, która wraz z monarchiami arabskimi i Stanami Zjednoczonymi była gwarantem zawieszenia broni między Izraelem a Hezbollahem w 2024 r. Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo Jak wojna w Iranie wpłynie na Polskę? "Przed nami trudne wybory" Hezbollah zaatakował również terytorium Izraela, stwarzając ryzyko odwetowych uderzeń, które mogą ponownie pogrążyć Liban w ruinie. Rząd w Bejrucie zapewnia, że zajmie się Hezbollahem i apeluje do mediatorów o powstrzymanie izraelskich nalotów. Trudno jednak oczekiwać, aby było to możliwe, dopóki trwa konfrontacja z Iranem. Z niepokojem sytuację obserwuje także Ankara. Podobnie jak Oman, Turcja aktywnie próbowała zapobiec wojnie między Iranem a Stanami Zjednoczonymi. W przeciwieństwie do terytoriów państw arabskich Turcja była wcześniej oszczędzana przez Iran, mimo że jest członkiem NATO i znajduje się na jej terytorium wiele amerykańskich instalacji wojskowych.Być może Teheran nie chciał stracić politycznego wsparcia Ankary, a może obawiał się zdecydowanej odpowiedzi. Turecka armia jest zahartowana w boju, a Recep Tayyip Erdogan nie słynie z braku determinacji. Jednak gdy Iran zaczął wystrzeliwać rakiety w kierunku tureckiego terytorium, wszelkie rozmowy o neutralności stały się bezprzedmiotowe. Niestabilność regionalna nie ominie Turcji — zwłaszcza jeśli w grę wejdzie czynnik kurdyjski.
- Plan Trumpa wobec Iranu się rozpada. Śmierć Amerykanów wywołuje gniew w USA. Chaos obejmuje kolejne kraje [ANALIZA]
Sądząc po ostatnich publikacjach, Stany Zjednoczone i Izrael mogą wspierać działania irańskich Kurdów przeciwko reżimowi. Główne polityczne i zbrojne siły irańskich Kurdów od wielu lat mają swoje bazy w Iraku. Tuż przed wybuchem wojny pięć opozycyjnych kurdyjskich ugrupowań ogłosiło utworzenie Koalicji Sił Politycznych Irańskiego Kurdystanu. Jej deklarowanym celem jest walka “o obalenie Islamskiej Republiki Iranu, o prawo narodu kurdyjskiego do samostanowienia oraz o utworzenie narodowego i demokratycznego podmiotu w irańskim Kurdystanie, opartego na politycznej woli narodu kurdyjskiego”.
Budzi to niepokój wielu państw regionu. Irańska opozycja — od zwolenników następcy szacha Rezy Pahlawiego po sympatyków radykalnie lewicowej organizacji Mudżahedini Ludowi — historycznie nie była przychylna Kurdom. Turcja, Irak i Syria również nie są zainteresowane wzmocnieniem ruchów kurdyjskiego separatyzmu.
Ankara i Damaszek dopiero niedawno zdołały powstrzymać dążenia do szerokiej autonomii w syryjskim Kurdystanie, a wcześniej Waszyngton stanowczo sprzeciwiał się próbom oderwania się irackiego Kurdystanu od rządu w Bagdadzie. Krótko mówiąc, irańscy Kurdowie raczej nie mogą liczyć na szerokie wsparcie z zewnątrz — choć Stany Zjednoczone i Izrael mogą mimo wszystko wykorzystać ich zasoby i tymczasowo ich wzmocnić, aby osłabić reżim w Teheranie.
“Lepiej opowiadać się po stronie silniejszego”
Szerzej patrząc, obecne wydarzenia zmuszają państwa arabskie do przypomnienia sobie doświadczeń Iraku po obaleniu reżimu Saddama Husajna. W latach po amerykańskiej inwazji w 2003 r. Irak doświadczył okupacji, wojny domowej, groźby rozpadu państwa (głównie ze strony irackiego Kurdystanu), wojny z organizacją terrorystyczną Państwo Islamskie oraz dominacji uzbrojonych formacji prorządowych powiązanych z Iranem. Jednocześnie niestabilność polityczna utrzymuje się tam do dziś — wraz ze wszystkimi wynikającymi z niej konsekwencjami gospodarczymi.Oczywiście reżim irański nie został jeszcze obalony, a proces jego ewentualnego upadku może ciągnąć się przez długi czas. Na razie ajatollahowie i ich struktury bezpieczeństwa wykazują znacznie większą odporność niż reżim Saddama Husajna w Iraku. Zmusza to sąsiadów Iranu do zadawania sobie pytania, czy nie poparli ataku na Iran zbyt pochopnie. Co, jeśli reżim przetrwa i będą zmuszeni w jakiś sposób z nim współistnieć? W każdym razie trzeba już teraz podejmować decyzje, z kim budować sojusze i jak zapewnić możliwie największe bezpieczeństwo oraz stabilność gospodarczą w nowych realiach.
- Iran bez głowy, ale wciąż z rakietami. Strażnicy Rewolucji mogą rządzić nawet bez państwa [OPINIA]
Jak zauważają niektórzy arabscy eksperci, dla monarchii Zatoki wciąż nierozstrzygnięta pozostaje kwestia wiarygodności partnerstwa bezpieczeństwa ze Stanami Zjednoczonymi. W 2019 r. administracja Donalda Trumpa nie odpowiedziała militarnie na atak na saudyjskie instalacje naftowe, a później administracja Joego Bidena nie zareagowała na ataki Huti przeciwko ZEA. Podobnie zeszłego lata Katarczycy zostali pozostawieni sami sobie, gdy ich terytorium zostało kolejno ostrzelane przez Iran i Izrael. Teraz natomiast zostali wciągnięci w wojnę i ponoszą straty.Ponadto okazało się, że dyplomatyczne wysiłki monarchii arabskich — wzmocnione obietnicami przekazania Waszyngtonowi bilionów dolarów inwestycji — nie przyniosły żadnego efektu: w praktyce zwyciężyło partnerstwo Stanów Zjednoczonych z Izraelem.
Z drugiej strony pojawia się pytanie: co Arabowie zrobiliby teraz bez amerykańskiej broni? Odpowiedź brzmi: niewiele, przynajmniej na razie. Możliwe jednak, że w najbliższym czasie jeszcze bardziej zintensyfikują współpracę wojskowo-techniczną z Turcją, Chinami i Pakistanem.
Pierwsza lekcja tej wojny dla państw arabskich — a także dla innych graczy regionalnych — jest następująca: lepiej opowiadać się po stronie silniejszego i unikać prowadzenia dawnych bitew, które zostały już przegrane. Jednocześnie regionalne powiązania, umiejętne wykorzystywanie wszystkich politycznych dźwigni, jakimi dysponują arabscy przywódcy, oraz ich znajomość lokalnych realiów nadal będą odgrywać istotną rolę w dalszym rozwoju wydarzeń.