Grzywna dla spekulanta, obóz dla żartownisia. Po co komunistom była Komisja Specjalna?
Komuniści stworzyli Komisję rzekomo po to, by walczyła z nadużyciami. Ale dziesiątki tysięcy drakońskich niby-wyroków posłużyły w istocie do pacyfikacji wolnego rynku w trakcie tzw. bitwy o handel. A potem przy ich pomocy dławiono również wolność słowa.
Posłuchaj artykułu
x1 x2 x1.75 x1.5 x1.25 x1 x0.75 00:00 / 00:00 Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Beemwej / Wikipedia Commmons Pomnik Ofiar Terroru Komunistycznego w Jaworznie Robotnik Jan K. Na stacji kolejowej pod Tarnowem zaśpiewał po pijanemu piosenkę, w której prosił Matkę Boską, by “wspólnie zabili Stalina”. Kara: dwa lata obozu pracy.Gospodyni domowa Irena K. ze wsi pod Kaliszem. Rozpowszechniała pogłoski o cudach — obrazach religijnych, które rzekomo same się odnawiały. Zarzucono jej, że “odrywała ludzi od normalnych zajęć i działała na szkodę mas pracujących”. Cztery miesiące obozu.Władysław F., sołtys z Kuślina. Przy świadkach wskazał na afisz z prezydentem Bierutem, przypinającym medal górnikowi, i powiedział: “Ten pysk ma taki sam jak Hitler”. Pół roku obozu za “wrogą działalność”. Bolesław S., kierownik sklepu z Lublina. Sprzedawał spod lady znajomym żyletki. Kara: siedem tygodni obozu pracy. Bronisława G., sklepikarka z Lublina. Butelka lemoniady kosztowała u niej 40 zł zamiast 27. Dostała za to stutysięczną grzywnę, którą ewentualnie można było zamienić na pół roku obozu pracy. Abstrahując na moment od samej wagi tych czynów — “oskarżeni” nie mieli prawa do obrony i apelacji, a o ich “wyrokach” nie decydował niezawisły sąd. Wymierzała je Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym.
Zabrać się ostro za lichę i spekulację
Skąd się wzięła Komisja? Oficjalnie hasło do jej powołania rzuciła latem 1945 r. centrala związków zawodowych. Oczywiście była to organizacja już całkowicie podporządkowana rządzącym komunistom — tym ostatnim chodziło o uzyskanie wrażenia, że pomysł jest oddolny. Władza ludowa — a ściślej: politbiuro Polskiej Partii Robotniczej — deklarowała, że chce się ostro zabrać za lichwę, spekulację, łapownictwo, szaber oraz inne patologie czy wręcz przestępstwa “szczególnie niebezpieczne w okresie odbudowy Państwa”, ujmując to językiem jednego z najważniejszych aktów ówczesnego prawa karnego.
- Czytaj także: Stu świadków z dna piekła. Ocalił ich w pewnym sensie chaos
Tych zjawisk nie wymyśliła komunistyczna propaganda — istniały naprawdę. Ale niektóre z nich były w pewnym sensie naturalne dla chaosu po okupacji, stanowiły wręcz spadek po niej.Nielegalny ubój czy w ogóle czarnorynkowy handel pozwoliły setkom tysięcy Polaków fizycznie przetrwać wojnę. I były powszechne w pierwszych miesiącach po wyzwoleniu, kiedy głód, czy ogólniej: niedobory towarów pierwszej potrzeby, stanowiły raczej regułę niż wyjątek. Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo "To było zabójstwo polityczne" W okresie tuż po wojnie handel podnosił się z gruzów. Nie było sieci dostawczych, obrotu hurtowego, a często po prostu sklepów. “Szmuglerzy i handlarze naręczni zwyczajnie byli społecznie potrzebni, dostarczali towarów, które w żaden inny sposób nie mogły trafić na rynek” — pisze o tamtym okresie prof. Marcin Zaremba w książce “Wielka Trwoga”.
Bez skrępowania procedurami
Część toksycznych zjawisk okresu powojennego komuniści sami wzmacniali. Przykłady? Chaotyczna wymiana pieniędzy na początku 1945 r. czy utrzymanie obowiązkowych dostaw dla wsi.Nieufność do nowej władzy utrzymywała się na wysokim poziomie, nie pomagały też zapowiedzi nacjonalizacji handlu. Świeżo zrekrutowani milicjanci łatwo dawali się korumpować. To wszystko tworzyło idealne środowisko właśnie dla spekulacji, lichwy czy pokątnego handlu dobrami pochodzącymi z szabru. Mogłoby się wydawać, że walczyć z taką przestępczością powinien zwykły wymiar sprawiedliwości. Jednak komuniści z kilku powodów chcieli stworzyć do tego celu instytucję nadzwyczajną — czyli właśnie Komisję Specjalną. Miała ona w sposób doraźny i w jakimś sensie nieskrępowany tradycyjnymi procedurami zajmować się czynami “godzącymi w interesy życia gospodarczego i społecznego państwa” — i te zadania celowo określono w sposób ogólny.
- Polecamy: Atomowa tajemnica III Rzeszy. Brawurowa akcja komandosów
Wyroki bez wyroków
Chodziło o to, by można było dowolnie poszerzać zakres czynów, którymi Komisja miała się zajmować. “Nie było takiej dziedziny życia gospodarczego i społecznego, w którą by Komisja nie wkraczała” — zauważał jeden z jej wysokich funkcjonariuszy.Mało tego: dostała ona uprawnienia po części milicyjne, po części prokuratorskie, a po części sądowe. — Mogła więc zbierać dowody, oskarżać i wydawać wyroki. Było to całkowite zaprzeczenie reguł, które kojarzymy z państwem prawa — mówi mi prof. Piotr Osęka, historyk zajmujący się głównie dziejami PRL i dyrektor Instytutu Studiów Politycznych PAN. “Wyrok” należy tu wziąć w cudzysłów — Komisja Specjalna była w istocie organem pozasądowej represji. Dodajmy, że “oskarżony” mógł się o jej orzeczeniu dowiedzieć po fakcie. Nie dawano mu więc prawa ani do obrony, ani do apelacji.Prof. Osęka: — Komisja mogła ukarać np. spekulanta w kilkanaście dni, a nie w ciągu paru miesięcy procesu i apelacji. I jeszcze zadbać o to, by sprawę odpowiednio pokazano w kronikach filmowych.
Mniej prawników, więcej głosu ludu
Z przypadkami “lżejszymi” delegatury Komisji radziły sobie same. Te bardziej złożone można było tak czy inaczej skierować do prokuratury. Terenowymi ramionami Komisji były jej delegatury, powstające we wszystkich województwach. Na “pierwszej linii” byli inspektorzy, działający w pewnym sensie jak nieumundurowani milicjanci (i nieraz zresztą uzbrojeni). Prof. Osęka: — Mogli występować jako “tajemniczy klienci” w drobnym, codziennym handlu. Nieraz podpuszczali sprzedawców, dopytując, czy jakiś towar, którego oficjalnie nie ma, można byłoby kupić za wyższą cenę — a potem nagle wyciągali legitymacje. Mogli bardzo szybko osobiście sprawdzić, czy ktoś sprzedaje spod lady, podnosi ceny albo nielegalnie pędzi bimber.Większość wyższych funkcjonariuszy Komisji, w tym ludzie mianowani szefami delegatur, znalazła się w niej bez przygotowania prawniczego. Dopiero później nadrabiali te braki np. podczas specjalnych kursów. To była zamierzona polityka.
- Czytaj: Tak miała wyglądać prawdziwa Polska Ludowa. “Moment rewolucyjny”
Prawdziwego celu nie ogłoszono
Chodziło o to, by ten rewolucyjny organ nie został “skażony” nadmiarem legalizmu. A to byłoby nieuchronne, gdyby zdominowali go prawnicy z przedwojennym wykształceniem — już tylko z tego powodu politycznie niepewni. Komisja sama miała być swoistą akademią dla komunistycznych kadr. Poza tym represje prowadzone przez Komisję miały mieć wydźwięk “głosu ludu”. Już jesienią 1945 r. inspektorzy ruszyli w teren. Wkraczali z kontrolami do sklepów, na targowiska, ale i na dworce czy do kawiarni. Czasem przybierało to formę niemal ulicznych obław.
- Przeczytaj: “Tajny architekt” III Rzeszy. Kim był “nazista numer dwa”
Konfiskowali podejrzany towar. Wlepiali grzywny za brak widocznego cennika czy zawyżone ceny. Tropili nadużycia dotyczące dystrybucji pomocy międzynarodowej z UNRRA, czy manipulacje kartkami (choćby na mięso czy opał), które były w użyciu niemal do końca lat 40.Orzeczenia Komisji Specjalnej natychmiast publikowano w prasie. To miała być część kary, próba środowiskowego napiętnowania sprawcy, zastraszenia innych — ale też w jakimś sensie przekierowania społecznej uwagi na “wrogów ludu” w sytuacji powszechnych niedoborów.
Broń w bitwie o handel
Jednak prawdziwego celu powołania Komisji Specjalnej, władza nie ogłosiła wprost. Komunistom chodziło o zduszenie prywatnej działalności gospodarczej — tj. handlu i usług — na modłę sowiecką. Ten proces zyskał formalne umocowanie w postaci ustawy o zwalczaniu drożyzny i nadmiernych zysków w obrocie handlowym.Uchwalono ją w czerwcu 1947 r., a więc już po sfałszowanym referendum i wyborach do Sejmu. Na mocy tych przepisów sprzedawcę zawyżającego ceny można było skazać nawet na 5 lat więzienia czy kilka milionów zł grzywny. Ale nie mniej ważnym orężem w tej bitwie było konfiskowanie towarów czy utrudnianie producentom dostępu do surowców, a także domiary podatkowe.W państwowej propagandzie zaś głównym wrogiem stał się spekulant — rzeczywisty i wymyślony. “Przekaz brzmiał: spekulanci to krwiopijcy bogacący się naszym kosztem” — pisze Zaremba. W ramach tej tzw. bitwy o handel komunistom udało się właściwie rozgromić sektor prywatny w gospodarce.
Jeszcze jedna cegła w murze cenzury
Ważny zwrot w pracy Komisji nastąpił latem 1950 r. Posłano ją na “kierunek natarcia”, który w ogóle nie był brany pod uwagę w momencie jej powstawania: walkę z tzw. szeptaną propagandą. Komisja miała karać za “powodowanie paniki w celu szkodzenia interesom mas pracujących”.Sam przepis nie był nowy. Już w 1946 r. w komunistycznym prawie pojawiło się przestępstwo “rozpowszechniania fałszywych wiadomości, mogących wyrządzić istotną szkodę interesom państwa polskiego, bądź obniżyć powagę jego naczelnych organów”. Tyle języka urzędowego — w praktyce była to jeszcze jedna cegiełka w murze cenzury.To prawo nakładało na obywateli przymus mówienia o rzeczywistości tylko tak, jak mówiła władza — albo trzymania języka za zębami. Dotyczyło to też czysto prywatnych rozmów. Obywateli karano również za to, że posiadali np. album albo książkę wydaną przed wojną — bo na okładce były postacie “zakazane”, jak choćby marszałek Piłsudski czy prezydent Mościcki.
- “Żelazo”. W tej akcji służby PRL rabowały na Zachodzie razem z kryminalistami
Tworzyło to porządek bez mała orwellowski. Te “szeptankowe” represje prowadzono już w czasie, gdy opozycja polityczna była właściwie zdławiona. Poważniejszymi sprawami (np. tropieniem prawdziwych i wyimaginowanych szpiegów) i tak zajmowała się bezpieka –a więc Komisja dobierała się do skóry zwyczajnym ludziom, którzy nie musieli mieć z polityką dosłownie nic wspólnego.Za “szeptankę” mogła zostać uznana nieprzyzwoita piosenka, którą ktoś zaśpiewał po dwóch głębszych. Dowcip polityczny. Powtórzenie plotki, że idzie III wojna światowa. Dobre słowo na temat gen. Władysława Andersa. Nieostrożna wzmianka o Armii Czerwonej, “bratnim narodzie radzieckim” albo przywódcach ZSRR.
Dwa lata za napis w toalecie
Ktoś napisał wiersz, w którym narzekał, że polska trzoda chlewna jest wywożona pociągami do ZSRR. Ktoś inny napisał modlitwę do Matki Boskiej, by pomogła Polsce w walce ze “smokiem ogromnym ZSRR”. Ktoś słuchał z sąsiadami Radia Wolna Europa czy Głosu Ameryki. Ktoś zeskrobał scyzorykiem wąsy na portrecie Bieruta. Ktoś wspomniał, że za zbrodnię katyńską odpowiadają Sowieci. Ktoś napisał w toalecie: “H** Stalinowi w dupę” i “Niech żyje Eisenhower”.Dziesiątki przykładowych wniosków o rozpoznanie takich spraw przed Komisją Specjalną możemy znaleźć w zbiorze “Szeptane procesy” (red. Maciej Chłopek). Opisane w niej przypadki sprawiają momentami wrażenie zmyślonych, absurdalnych – wywoływałyby śmiech, gdyby nie to, że na takich podstawach państwowa machina wysyłała ludzi bez sądu na rok czy dwa do obozu pracy.
Celem było przede wszystkim o zastraszenie obywateli. Mieli się obawiać, że zawsze ktoś gdzieś ich podsłucha i doniesie. Nie chodziło tylko o to, by karać tych, którzy ośmielali się żartować z władzy — chodziło także o to, by pozostali tak się wystraszyli, żeby żadne żarty nie przyszły im nawet do głowy
— wyjaśnia mi prof. Osęka.Komisja od 1951 r. ścigała także za czyny chuligańskie (akompaniowały temu tytuły prasowe w rodzaju: “Pozna łobuz pracy obóz”). Mało tego: mogła karać za “wstręt do pracy” czy “niebezpieczeństwo popełnienia nadużyć” — a więc kara pozostawała tu bez związku z czynem. W ten sposób za druty mogła trafić np. rodzina osoby, która uciekła za granicę.
Pół roku za świnię pod podłogą
Komisja Specjalna miała do dyspozycji dwa obozy pracy, do których kierowała “skazanych”. Przez dziewięć lat istnienia tego organu wydano 80-90 tys. takich decyzji — i ta liczba musi robić wrażenie, nawet gdy opatrzymy ją zastrzeżeniem, że nie wszyscy “skazani” ostatecznie do obozów trafili.Pierwsza taka placówka mieściła się w Chrustach. To była filia tzw. Centralnego Obozu Pracy w Jaworznie — największego tego typu ośrodka w powojennej Polsce. Działała do jesieni 1946 r. Drugą założono w Mielęcinie koło Włocławka.
Pomnik Ofiar Więżniów Obozu w JaworznieRoman Koszowski / PAP Oba te obozy założyło uprzednio Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego i Komisja Specjalna w zasadzie je od tego resortu wydzierżawiła. Oprócz tych dwóch miejsc osadzano “skazanych” w ośrodkach pracy przymusowej, które znajdowały się np. przy kopalniach.
Ukryłem świnię pod podłogą. Niewielką. Miałem schowek. Było to niemądre, bo jak Komisja weszła, to się maciora wystraszyła stukotu oficerek i zaczęła tak kwiczeć, że tamci tarzali się ze śmiechu. A potem przestali się tarzać i złamali mi kolbą szczękę. I zabrali na pół roku do obozu
— to relacja człowieka, który trafił do Chrustów (przytacza ją Marek Łuszczyna w książce “Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne”).
- Jak zwykli ludzie stali się nazistami? “Esesmani byli dumni z tego pomysłu”
Skarżyli się na warunki jak w niemieckich obozach
Chrusty były obozem ciągle przepełnionym, ale o względnie łagodnym reżimie. Szybko się okazało, że to miejsce jest po prostu za małe wobec potrzeb. W efekcie utworzono placówkę w Mielęcinie.Tam było znacznie gorzej. Osadzeni nie bez powodu pisali skargi, iż warunki przypominają “niemieckie obozy koncentracyjne”. Nie dbano o elementarne wyzwania sanitarne, jakość żywienia osadzonych czy o podstawową opiekę zdrowotną — więc wśród osadzonych szerzyły się m.in. gruźlica i szkorbut.Władze obozu wymuszały dyscyplinę karami. Było wśród nich pospolite bicie, ale też m.in. izolacja w bunkrze, dźwiganie ciężkich betonowych bloków czy kopanie nikomu niepotrzebnych dołów, które następnie trzeba było zasypywać. To było niemal ironiczne: Mielęcin był obozem pracy przymusowej — a jednocześnie władze tego ośrodka nie były w stanie zorganizować dla większości więźniów sensownej pracy (np. w stolarni nie było drewna, a w szczotkarni — włosia do produkcji szczotek). Największą jednoczesną liczbę osadzonych (1,8 tys.) obóz osiągnął w roku 1949.
Potworzyliście Komisje Specjalne, Obozy Pracy, aby ludzi wartościowych męczyć i to męczyć głodem, nie dość, że pozbawiony wolności, to głód go męczy, bo nie pozwalacie mu chociaż raz na miesiąc paczki posłać. Opisujecie o Niemcach, że torturował głodem, ale chociaż paczki wolno było posyłać, a wy co robicie?
— skarżył się w donosie do naczelnika więzień-informator.
Komisja coraz mniej niezbędna
W rekordowym 1952 r. Komisja Specjalna skierowała do obozów pracy ponad 22 tys. ludzi, a rok później prawie 19 tys. W 1954 r. ta liczba spadła prawie trzykrotnie, a pod koniec roku Komisję zlikwidowano. Oficjalnie dlatego, że straciła rację bytu — w dekrecie likwidacyjnym władze twierdziły, że spadła po prostu liczba przestępstw, którymi Komisja miała się zajmować. To była prawda, ale tylko po części. — Zadania związane np. z tropieniem nielegalnego uboju czy bimbrownictwem przejęła po prostu milicja. A temat spekulacyjnych cen już wtedy w zasadzie nie istniał, bo prywatnych sklepów, poza pojedynczymi butikami czy osiedlowymi warzywniakami, już właściwie nie było — mówi prof. Osęka.
- Polecamy: Tajemnica hotelu Bristol. Odkrywamy historię ukrytą w liście sprzed 115 lat
Socjalistyczny model gospodarczy był już wtedy utrwalony, w dodatku istnienia Komisji nie można było “zmieścić” w reżimie prawnym, który narzuciła konstytucja z 1952 r.Najważniejszą jednak okolicznością, która stała za likwidacją Komisji, wydaje się “odwilż”, która rozpoczęła się w krajach bloku wschodniego po śmierci Stalina (marzec’53). Tempo tych przemian nie było oczywiście wszędzie takie samo. — 1954 r. był przełomowy dla całego aparatu bezpieczeństwa PRL — mówi prof. Osęka.
Symbol bezprawia, kuźnia kadr
Impulsem do tego przełomu była przede wszystkim ucieczka na Zachód płk. Józefa Światły, wysokiego funkcjonariusza MBP. Krótko po jego zniknięciu w Berlinie Zachodnim Radio Wolna Europa zaczęło nadawać audycje z jego udziałem, w których Światło demaskował szereg tajemnic komunistycznej władzy w Polsce. Opowiadał o bezprawiu, terrorze — ale i o wystawnym życiu ludzi partii.
Józef Światło, fot. ForumOnet To wszystko zapoczątkowało to spory ferment w aparacie władzy. Z więzienia wyszedł Gomułka, zaczęły się przekształcenia w bezpiece (w tym likwidacja MBP). Z wolna ruszały też amnestie. Dotyczyły nie tylko tysięcy więźniów politycznych, skazanych przez sądy, ale również tych “skazanych” przez Komisję Specjalną.
- Czytaj: Józef Światło. Brawurowa ucieczka najsłynniejszego zbiega
System zmienił się w mniej bezwzględny i żarłoczny. Ale ludzi, którzy kierowali Komisją Specjalną, ominęły nawet powierzchowne rozliczenia PZPR z nadużyciami epoki stalinizmu. Przewodniczący Komisji, Roman Zambrowski — który był na przełomie lat 40. i 50. jedną z najważniejszych osób komunistycznej władzy — nigdy w żaden sposób za to nie odpowiedział.Za to cały zastęp funkcjonariuszy Komisji Specjalnej zrobił po jej likwidacji spore kariery w aparacie PRL. Komisja okazała się więc nie tylko jednym z symboli bezprawia pierwszej dekady komunistycznych rządów w Polsce. Sprawdziła się również — zgodnie z zamiarem jej twórców — jako kuźnia kadr tamtej władzy.