Gdy była w zakonie, skrzywdził ją biskup. “Zobaczyłam ciemną stronę życia zakonnego”
— Przyjął mnie w swoim apartamencie, w którym zamieszkał jako biskup. Mówiłam mu o moim wyjeździe do Ukrainy i nagle zauważyłam, że przysiada się na sofę obok mnie, po czym wyciąga do mnie ręce, podnosi mnie i sadza sobie na kolanach — mówi w rozmowie z Onetem Zofia Schacht-Petersen. Kobieta po 35 latach ujawniła, że gdy była w zakonie, to molestował ją biskup Jan Szkodoń.
Posłuchaj artykułu
x1 x2 x1.75 x1.5 x1.25 x1 x0.75 00:00 / 00:00 Audio generowane przez AI (ElevenLabs) i może zawierać błędy
Robert Kowalewski / Agencja Wyborcza.pl Zofia Schacht-Petersen Szymon Piegza, Onet: Pani Zofio, 35 lat to jest szmat czasu. Prawie połowa życia.Zofia Schacht-Petersen: Bardzo długo.35 lat nosiła pani w sobie tajemnicę, że biskup Jan Szkodoń panią molestował.Był moim spowiednikiem jeszcze na studiach na Uniwersytecie Jagiellońskim. Poznałam go na zjeździe Duszpasterstwa Młodzieży w Kalwarii Zebrzydowskiej, w połowie lat 80. Pamiętam, że wyszliśmy na spacer na dróżki kalwaryjskie i rozmawialiśmy.Dlaczego akurat on?Spodobał mi się sposób, w jaki sposób wygłaszał Słowo Boże. Był też otwarty na młodzież, zapraszał nas do spowiedzi. Miałam poczucie, że jest człowiekiem głęboko osadzonym w wierze. Był autorytetem?Ogromnym. W trakcie studiów zgłosiłam się do zakonu jako kandydatka. To było zalecenie sióstr, żeby w trakcie przygotowania do życia zakonnego mieć kierownika duchowego i stałego spowiednika. Spytałam ks. Szkodonia, czy może być moim kierownikiem i zgodził się.
- Ujawnia, jakie tajemnice skrywają polskie kurie. “Liczba tych spraw jest niebywała”
Spowiadałam się co dwa tygodnie w kościele sióstr felicjanek przy ul. Smoleńsk, po mszy porannej, którą czasem tam odprawiał. Kiedy nie miał mszy u sióstr, przychodziłam do niego do seminarium na Podwalu i spowiadałam się w rozmównicy.
Ujawniła, że była molestowana przez biskupa. “Zaczął mnie przytulać, dotykać moich piersi”
W 1988 r. został biskupem pomocniczym w Krakowie.Ja w tym samym roku skończyłam polonistykę. Po obronie pracy magisterskiej wyjechałam do domu zakonnego. Byłam dumna, że moim spowiednikiem był ksiądz, który został biskupem. Ufała mu pani?Oczywiście i czułam, że mnie bardzo wspiera, towarzyszy w różnych trudnościach związanych z moim powołaniem i rozwojem duchowym. Kiedy wyjechałam do nowicjatu, zapewnił mnie, że mogę mieć z nim kontakt, kiedy tylko będę tego potrzebować.Od krakowskich księży, którzy pamiętają biskupa Szkodonia jeszcze z seminarium, słyszałem, że wielu miało go za świętego człowieka. Jakby unosił się nad nim jakiś nimb świętości.Ja też tak myślałam. Sprawiał wrażenie bardzo skromnego, cichego, mądrego, zastanawiał się nad każdym słowem. Myślę, że wtedy był takim człowiekiem. Może zmienił się, kiedy został biskupem? Nie wiedziałam o tym, dlatego po skończonym nowicjacie w Otwocku pojechałam do niego poprosić o poradę.W jakiej sprawie?Dostałam decyzję od przełożonych, że mam pojechać do pracy w Ukrainie. Taka decyzja w zakonie nazywa się “wolą Bożą” i siostry są formowane do tego, żeby tak właśnie ją traktować. Wiedziałam, że to będzie bardzo trudne zadanie i bardzo się tego bałam, a była to moja pierwsza poważna placówka po nowicjacie i pierwszych ślubach. Prawdę mówiąc, nie chciałam tam jechać. Biskup mógł w takiej sytuacji pomóc?Nie umiałam o tym szczerze rozmawiać z przełożonymi, a siostry cieszyły się, że nie wyrażam sprzeciwu, choć właściwie mogłam. Nie byłyśmy zgromadzeniem misyjnym, więc każda z nas teoretycznie mogła nie wyrazić zgody na pracę poza granicami Polski, jednak nikt ze mną o tym poważnie nie rozmawiał. Uznano, że się cieszę, bo kiedy przełożona generalna powiedziała mi, że jadę na Ukrainę, nerwowo się uśmiechnęłam i odjęło mi mowę.
- Jego przypadek to jedna z najstraszniejszych historii w polskim Kościele. Ma ciąg dalszy
Szukałam wsparcia u księdza, o którym wiedziałam, że z nim kiedyś mogłam szczerze mówić o trudnych rzeczach z mojego życia.Jak to spotkanie wyglądało?Przyjął mnie w swoim apartamencie, w którym zamieszkał jako biskup. Mówiłam o Ukrainie i nagle zauważyłam, że przysiada się na sofę obok mnie, po czym wyciąga do mnie ręce, podnosi mnie i sadza sobie na kolanach. Potem zaczął mnie przytulać, dotykał dłońmi mojego ciała, zwłaszcza piersi, wprawdzie przez ubranie, ale to było dla mnie obce, nigdy nikt mnie w ten sposób nie dotykał. Przed zakonem nie miałam chłopaka. Przytulał i dotykał siostrę zakonną?To był szok. Dziś mam poczucie, jakbym wtedy była w dwóch różnych rzeczywistościach. Jeszcze teraz, gdy o tym mówię, to drżę.Jak długo to mogło trwać?Nie pamiętam dokładnie, ale myślę, że około 20-30 minut, nie więcej. Do dziś pamiętam siebie w tym rozbiciu. Czułam, że to nie jest w porządku, ale nie mogłam nic zrobić, nie mogłam się ruszyć. Dziś, po wielu latach terapii wiem, że to samoistna reakcja organizmu w sytuacji tak wysokiego stresu, że przechodzi w stan przetrwania. Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo "To był po prostu gwałt". Dziennikarz o wstrząsających relacjach egzorcyzmowanych kobiet
Zakonnica była molestowana przez biskupa. “Próbowałam sobie tłumaczyć, że on chciał mi pomóc”
Dziś sama pani zajmuje się psychoterapią traumy.Osoby, które nie mają tej wiedzy, często nie rozumieją, że brak aktywnej obrony w takiej chwili, to nie jest decyzja, ale autonomiczne unieruchomienie ciała, mimo wyraźnej świadomości, że dzieje się coś złego i należałoby działać. Tak wysoki stres, jeśli nie jest uzdrowiony, objęty uwagą, może rozwinąć się w zespół stresu posttraumatycznego, z którym jeszcze trudniej się uporać. Ja zrozumiałam to wiele lat po wyjściu ze zgromadzenia, kiedy przechodziłam moją własną terapię traumy.Pani od razu wiedziała, że to, co robi biskup, jest złe.Tak, choć, tak jak wiele ofiar molestowania, próbowałam sobie tłumaczyć, że on chciał mi pomóc, że to może ja zrobiłam coś niewłaściwego, że jakimś gestem pozwoliłam mu na to, co zrobił.
- Ksiądz wcisnął jej krzyż do ust i wlewał wodę święconą. “Prawie tam umarłam” [FRAGMENT KSIĄŻKI]
Kiedy wróciłam do Warszawy, do junioratu, zaczęło do mnie docierać, że tak nie jest. Że nie ma w tym żadnej mojej winy. Próbowałam napisać do niego list. Chciałam ubrać w słowa, że ta sytuacja była dla mnie nieakceptowalna, że coś takiego nigdy nie powinno się wydarzyć. Niestety nigdy go nie wysłałam. Dlaczego?Nie wiem. Nie potrafię na to pytanie logicznie odpowiedzieć. Może obawiałam się, że będzie mi tłumaczył, jak kiedyś moja matka po tym, jak mnie zbiła, że musiała to zrobić, bo zachowywałam się źle. Może wyobraziłam sobie, jak mówi do mnie tym swoim spokojnym, cichym głosem, że przecież nic takiego się nie stało.Na pewno po tym wydarzeniu zawaliła mi się jakaś struktura oparcia i zaufanie do autorytetu Kościoła. To jest bardzo trudne doświadczenie.Co z wyjazdem do Ukrainy?Pojechałam i to była naprawdę bardzo trudna praca.1991 r., zaraz po upadku Związku Radzieckiego.I ta ciągła niepewność, czy tam jest bezpiecznie. Niektórzy radzili nam nawet, żeby jadąc pociągiem przez zachodnią Ukrainę, nie przyznawać się, że jesteśmy z Polski. W tamtej okolicy były bardzo silne nastawienia nacjonalistyczne i chęć natychmiastowej zmiany i odcięcia się od sowieckiej przeszłości, ale też duma, że Ukraina jest dla Ukraińców, a nie innych nacji.
- Ksiądz chciał być w związku z 15-latką. Ujawniamy wstrząsające kulisy
Zamieszkałam w Żytomierzu i pracowałam jako katechetka w katedrze, a także w weekendy dojeżdżałam do pracy do okolicznych wiosek. Nie miałam wtedy prawa jazdy, więc jeździłam autobusami albo pociągiem, czasami po 70 km w jedną stronę.Jak długo pani tam wytrzymała?Dwa lata. Po powrocie z Ukrainy byłam zupełnie wyczerpana i miałam depresję. Siostry chciały mnie wtedy wysłać do pracy z upośledzonymi chłopcami w Rzeszowie, ale wtedy już potrafiłam odmówić. Dostałam “wolę Bożą” do Milanówka, pod Warszawą.
Przemoc i molestowanie w zakonie. “Zobaczyłam ciemną stronę życia zakonnego”
Tam doszło do kolejnego przemocowego zachowania ze strony księdza.Miałam rozmowę z zakonnikiem na temat sytuacji w parafii. Na koniec rozmowy mnie przytulił. Kompletnie nie rozumiem, dlaczego, ale w trakcie tego mocnego uścisku poczułam u niego podniecenie. Do dziś pamiętam, że to wzbudziło we mnie totalne obrzydzenie i straszną niechęć do tego, co się dzieje. Zobaczyłam wtedy tę ciemną, niedostrzeganą wcześniej stronę życia zakonnego i choć sama idea takiego życia jest piękna, to w rzeczywistości siostry są, a może tylko wtedy tak było, traktowane jak tania siła robocza, bez osobowości i praw.Siostry zakonne traktowane są przedmiotowo jak służące?Myślałam, że czas formacji będzie rozwojem, a nie pracą ponad siły, sprzątaniem codziennie tam, gdzie jest czysto albo smażeniem do czwartej rano tysięcy pączków na tłusty czwartek, które potem wysyłałyśmy setkami w paczkach do księży i biskupów. Nie chciałam, żeby tak wyglądało całe moje życie. Ja i moje koleżanki nie po to wstępowałyśmy do zakonu.Skąd w ogóle wziął się ten pomysł na życie?Wie pan, dziś się z tego śmieję, ale moja mama powtarzała mi, że poszłam do zakonu, żeby uciec od trudów życia. Tak naprawdę było zupełnie odwrotnie. Byłam szczerze zafascynowana papieżem Janem Pawłem II, jego twórczością i filozofią. Jego pierwsza pielgrzymka do Polski w 1979 r. zrobiła na mnie piorunujące wrażenie.
- Skandale w diecezji sosnowieckiej. Przeanalizowaliśmy porażający raport o krzywdzie dzieci [WYKRESY]
Miałam też głęboką wiarę, że Duch Święty działa w Kościele i w moim sumieniu. Po to wybrałam zakon, żeby słuchać Ducha Świętego, modlić się i żyć we wspólnocie sióstr. Stan konsekracji zakonnej, który nam pokazywano jako drogę do świętości i uduchowienia, faktycznie polegał na tym, żeby być podręczną pomocą, sprzątaczką, kucharką, a czasem “przytulanką” dla księży. Nawet teraz, kiedy o tym mówię, czuję ogromny sprzeciw i ból. Choć minęło tyle lat od opuszczenia zakonu.
Biskup Jan SzkodońWaldemar Deska / PAP Nikt nie próbował pani zatrzymać?Niektóre siostry żałowały, że odchodzę. Mnie też było żal, że je zostawiam, bo doskonale wiem, jak były traktowane i że niektóre z nich również były molestowane przez księży. To była tajemnica poliszynela. W tym ostatnim roku mojego pobytu w zakonie, w Milanówku, stworzyłyśmy z młodszymi siostrami naprawdę wspaniałą przyjacielską grupę. Starsze siostry “donosiły” na nas, nie podobało im się, że nie dochowujemy tzw. obserwancji, czyli porządku zakonnego. Na szczęście miałyśmy wtedy bardzo mądrą i dojrzałą przełożoną i ona nie robiła z tego problemu. Kiedy jednak zdecydowałam się odejść, jedna ze starszych sióstr wzięła mnie raz na bok i mówi: “siostro Olu, uważaj, bo jedna odeszła i popełniła samobójstwo”. Albo: “jak będziesz mieć dzieci, to one mogą być chore”.Kara boża za porzucenie zakonu?Tak, one chyba naprawdę były przekonane, że Bóg mnie za to ukarze i chciały mi pomóc.Jak bliscy przyjęli pani decyzję o odejściu?To dosyć trudne, ponieważ zawsze słyszałam, że jestem złym człowiekiem, że przynoszę wstyd rodzinie. Jeszcze większym wstydem było moje odejście z zakonu. Nie dostałam wtedy od bliskich żadnego wsparcia. Wszyscy się odwrócili.Pomagała mi wtedy modlitwa i wiara w Boga. Miałam głębokie duchowe doświadczenie kiedyś, w bardzo trudnym momencie w Ukrainie. Paradoksalnie wtedy poczułam i zrozumiałam, że Bóg naprawdę istnieje i nie może mnie nie kochać, bo, jak mówi Ewangelia, jest Miłością, a miłość nie nienawidzi i nie odrzuca. To dodało mi sił, chyba właśnie to doświadczenie pozwoliło mi przetrwać i wzmocniło mnie. Wiem, że po wielu latach odwiedziła pani jeszcze biskupa Szkodonia.To było 10 lat po tamtej sytuacji, kiedy mnie molestował, i sześć lat po moim odejściu z zakonu. Byłam mężatką, a mój synek miał rok. Byliśmy wtedy z mężem w Krakowie. Odwiedziłam moich rodziców, chciałam pokazać mężowi moje rodzinne miasto, odwiedziłam też biskupa Szkodonia.
- Polecamy: Biskup odpowiada przed sądem. Ujawniamy wstrząsające kulisy sprawy [HARMONOGRAM SPRAWY]
Co ciekawe, całkowicie zapomniałam później o tym spotkaniu. Przypomniało mi się niedawno, gdy podczas przeprowadzki przypadkowo trafiłam na zdjęcie, które w trakcie wizyty zrobił mój mąż. Dziś wydaje mi się, że chciałam mu pokazać, że mimo wszystko ułożyłam sobie życie, że mam rodzinę, że przetrwałam.Kilka lat temu Marcin Wójcik opublikował w “Gazecie Wyborczej” reportaż o kobiecie, która mówiła, że molestował ją biskup Szkodoń. To było pierwsze publiczne oskarżenie. A dla mnie to był absolutny cios. Z drugiej strony, pomyślałam: więc to teraz. Gdzieś głęboko miałam przeczucie, że są inne ofiary i że to zostanie ujawnione, ale nie wiedziałam kiedy.A później była jeszcze kolejna pokrzywdzona.Poznając historię pani Moniki, miałam wrażenie, że czytam o sobie. Ta napaść seksualna ze strony biskupa, choć wydarzyła się wiele lat po mnie, była bardzo podobna.Gdy czytałam ten reportaż, miałam wrażenie, że w głowie słyszę jego głos i choć nie pamiętam, co mówił, kiedy mnie przytulał, ale przypomniał mi się ton jego głosu. Do dziś dźwięczy w moich uszach. Miałam też gigantyczne wyrzuty sumienia.Dlaczego?Że nic z tym nie zrobiłam, że np. nie wysłałam mojego listu do niego, że może gdybym inaczej zareagowała w 1991 r., to Szkodoń nie skrzywdziłby kolejnych kobiet. Często osoba pokrzywdzona bierze na siebie całą winę, a przecież nie była pani niczemu winna. To wyłącznie sprawca jest odpowiedzialny.Dziś to wiem, ale mimo to jest we mnie wielki ból i gniew, że coś takiego w ogóle się stało.To jest jakieś poczucie zdrady przez Kościół?Bardzo długo nad tym myślałam. Mam w sobie ogromny sprzeciw, ale uważam, że my, wierni, nie możemy brać odpowiedzialności za grzechy duchownych, a jednocześnie mamy prawo domagać się prawdy i ujawnienia tych przestępstw.Nawet wtedy, kiedy biskup nie żyje.Kiedy doświadczyłam z jego strony molestowania, nie był moim sąsiadem, znajomym, ale przedstawicielem instytucji, jaką jest Kościół. Z tego powodu nadal ja i inne ofiary mamy prawo domagać się od tej instytucji zadośćuczynienia.
- Skandale w diecezji sosnowieckiej. Przeanalizowaliśmy porażający raport o krzywdzie dzieci [WYKRESY]
Ale nie to jest głównym motywem mojego działania teraz. Ja wiem, że jestem częścią Kościoła, a Kościół założony przez Jezusa i Apostołów jest większy niż polski Episkopat.
Była molestowana przez biskupa, teraz napisała list do Episkopatu. “Nie mogę dłużej milczeć o przestępstwie”
Napisała pani też o tym w liście, który został wysłany do polskich biskupów.Napisałam, że ujawniłam swoją prawdę w solidarności z innymi osobami skrzywdzonymi. Że nie mogę dłużej milczeć o przestępstwie, nawet jeśli sprawca nie odpowie za to przed sądem. Nie mogę i nie chcę dłużej milczeć o grzechu osób, które zobowiązały się do naśladowania Chrystusa.Przez lata, dekady biskupi byli na takie głosy kompletnie głusi.To jest bardzo ciekawe, co się dzieje z tymi ludźmi, że w pewnym momencie tracą kontakt z rzeczywistością. Wydaje mi się, że to kwestia władzy, która po prostu deprawuje. I po to jest ten list?Chciałam stanąć przed biskupami jak równy z równym. Wielu z nich jest moimi równolatkami, mogli być moimi szkolnymi kolegami. Chciałam ich zapytać, czy wierzą w to, że Jezus Chrystus jest żywym Bogiem w Kościele, w którym wszyscy jesteśmy braćmi? Czy wierzą w obecność Boga wśród nas, w świecie, czy interesują ich tylko pieniądze, splendor i wygoda?To pytania, które mogliby sobie zadać podczas rachunku sumienia.Myślę, że biskupi nie mają pojęcia o prawdziwym życiu i problemach swoich wiernych. Znowu przypomina mi się moja matka, która zarzuciła mi: “poszłaś do zakonu, żeby uciec od trudów życia”.
- Alarmujące dane dla Kościoła katolickiego. Liczby są bezwzględne [WYKRESY]
Dziś doskonale wiem, co to znaczy żyć, założyć rodzinę, urodzić dzieci, stracić męża, samotnie wychować dzieci. Co znaczy w tym najtrudniejszym czasie tracić pracę, bo nie jestem “dyspozycyjna”, bo muszę sama codziennie zdążyć odebrać dzieci z przedszkola i szkoły. Wiem, co to znaczy, kiedy katolicka rodzina odwraca się, bo “my się nie rozwodzimy”. Co to znaczy nie mieć nikogo, kto wspiera i zależy mu na codziennym życiu moim i moich dzieci. Pojawił się ktoś wtedy, kto panią wspierał?Taką osobą stał się wtedy mój obecny mąż, Karsten. Jest Duńczykiem i był zszokowany tym, jak wygląda życie samotnej matki w Polsce. Zachęcał mnie: poszukaj wsparcia w gminie, w Kościele, może są jakieś samotne starsze osoby, które odbiorą ci dzieci z przedszkola. Nikt się nie zgłosił. Za każdą pomoc, za każdą godzinę pobytu opiekunki z dziećmi musiałam zapłacić. Nie było nikogo, kto by po prostu zaprosił mnie z dziećmi na obiad w niedzielę.A Karsten troszczył się o nas, przyjeżdżał z Danii, kiedy tylko mógł, prowadziliśmy razem szkolenia, zapraszał mnie z dziećmi do Danii na święta, wakacje. W końcu zdecydowałam się zostać z nim i dziećmi w Danii.Przypuszczam, że to nie była prosta decyzja.Nie było mi łatwo także dlatego, że ważna była dla mnie Eucharystia, przynależność do Kościoła. Kiedy powiedziałam spowiednikowi, że chcę związać się z Karstenem i chciałabym, żeby nadal był moim kierownikiem w związku niesakramentalnym, usłyszałam, że jeśli to zrobię, to “nie ma dla mnie miejsca w Kościele”. Czyli kolejne odrzucenie.Zastanawiam się, czy któryś z biskupów, księży, zdaje sobie sprawę z dylematów, problemów, jakie niesie z sobą zwykłe codzienne życie ludzi? Mam ochotę krzyczeć do nich: Hej! Gdzie jest wasza wiara? Gdzie jest wasze powołanie? Gdzie jest wasze człowieczeństwo? Gdzie jest Wasz Chrystus?Ja odkryłam go w moich dzieciach, w mojej rodzinie, w moim życiu i życiu zwykłych ludzi, którzy tak jak ja, nie mają lekko. Biskupi, duchowni, a nawet siostry zakonne, którzy uważają, że mają specjalną drogę do zbawienia i prawo osądzania ludzkiego sumienia, po prostu mnie śmieszą. Ale Bóg, w którego wierzę, Jezus, którego spotykam w Ewangelii, nigdy mnie nie zawiódł i nigdy nie opuścił.Pani Zofio, a może po prostu jest tak, że pani wierzy w Boga, a biskupi niekoniecznie?To musi być dla nich dramatyczny dylemat, gdyby okazało się, że poświęcając wszystko dla kariery, tak naprawdę stracili z oczu swoje ideały, Boga i dawno przestali być przewodnikami w wierze. Współczuję im i rozumiem, że — niektórzy zwłaszcza — boją się zajrzeć w swoje sumienia. Jeśli padłaś/eś ofiarą przestępstwa, zmagasz się z depresją, odczuwasz długotrwały smutek, masz myśli samobójcze lub podobnych stanów doświadcza ktoś z twojego otoczenia — nie czekaj, zadzwoń pod jeden z numerów pomocowych. Wszystkie dostępne są bezpłatnie i czynne całą dobę, siedem dni w tygodniu:
- 22 699 60 52 — Państwowa Komisja ds. przeciwdziałania pedofilii
- 22 484 88 01 — Antydepresyjny Telefon Zaufania
- 800 702 222 — Centrum Wsparcia dla Osób Dorosłych w Kryzysie Psychicznym
- 116 213 — Telefon dla Osób Dorosłych w Kryzysie Emocjonalnym
- 22 484 88 04 — Telefon Zaufania Młodych
- 800 100 100 — Telefon dla rodziców i nauczycieli w sprawie bezpieczeństwa dzieci
- 112 — W razie bezpośredniego zagrożenia życia lub zdrowia
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: szymon.piegza@redakcjaonet.plCzytaj inne artykuły tego autora tutaj.